LANZA DEL VASTO

 

               BUDUJ ARKĘ  

                                                                                 

I. ŹRÓDŁA.. 1

PIELGRZYMKA  DO  ŹRÓDEŁ        I  ŹRÓDŁA ZAKONU.. 1

II     ETAPY.. 32

Tournier w Saintonge i Tourette-sur-Loup. 32

Nowa pielgrzymka do Indii 33

La Chesnaie de Sénos. 33

Akcja  cywilna. 34

Przeciwko  torturom,  przeciwko bombie. 34

ARCHE   DZISIAJ. 41

WYFRUWANIE  Z  ULA.. 42

III   DEFINICJE  I  KONSTYTUCJE. 42

DEFINICJE   ARCHE. 42

KONSTYTUCJE. 53

IV.        ŚLUBY.. 61

SIEDEM  ŚLUBÓW... 61

KOMENTARZ   DO   ŚLUBÓW... 62

V.     ZAKON   I   RUCH.. 106

REGUŁA.. 106

O  PRAWIE. 112

O  MAŁŻEŃSTWIE. 120

O  MAŁŻEŃSTWIE. 120

ZAKON   I  RUCH.. 123

PRZYRZECZENIE   SPRZYMIERZONYCH.. 126

DOKTRYNA DUCHOWA.. 128

CZY  DOKTRYNA  SPOŁECZNA?. 128

VI.        RELIGIA.. 130

POSTAWA  RELIGIJNA  ARCHE. 130

OTWARCIE  I  WIERNOŚĆ.. 136

O  ŚWIĘCIE. 148

VII.       MODLITWY.. 152

WSPÓLNOTOWE  MODLITWY ARCHE. 152

CHRZEŚCIJAŃSKA  MODLITWA  ZA  GANDHIEGO.. 154

MODLITWY ZA TYCH,      KTÓRZY  MODLĄ  SIĘ  INACZEJ. 156

O  TY,   NAD  WSZYSTKO  NAJWYŻSZY.. 161

OSTATNI  LIST  CHANTERELLE  DO  PRZYJACIÓŁ.. 162

OSTATNI  LIST  CHANTERELLE  DO  PRZYJACIÓŁ.. 162

 

 

I. ŹRÓDŁA

 

            PIELGRZYMKA  DO  ŹRÓDEŁ   I  ŹRÓDŁA ZAKONU

 

Kiedy jesienią roku 1936 wyruszyłem do Indii, to nie Indii tam szukałem.

W odróżnieniu od wielu innych nie uległem zauroczeniu  tą sławetną duchowością Wschodu, widziałem w niej tyle żywotnej mocy, co chaosu. Czytałem oczywiście kilka wspaniałych tekstów zrodzonych w tamtej kulturze, lecz nie bez trudu nawróciwszy się na własną religię, chciałem przede wszystkim zgłębić Pismo Święte i wprowadzić w życie jego wskazania. Jeżeli pytano mi się:ŤCzy jesteś chrześcijaninem?ť odpowiadałem: ŤByłoby zarozumialstwem powiedzieć tak. Ja staram się nim byćť.

Tak się gorliwie starałem, że odkryłem w końcu moje powołanie, które najbardziej odpowiadało mym wrodzonym skłonnościom oraz ideałom, powołanie do włóczęgostwa, do życia bez dachu nad głową i bez trzosa.

Już w Paryżu i w Rzymie dla atrakcji wchodziłem w przygodę z ubóstwem, pracowałem jako tragarz bądź udzielałem lekcji łaciny, myłem garnki w nocnej knajpie bądź rzeźbiłem  portret w kości słoniowej i zarobiwszy w ten sposób na kawałek chleba, resztę czasu poświęcałem mym studiom i przyjaźniom.

Lecz ubóstwo w mieście nie może usatysfakcjonować, gdyż jest sztuczne. Pociągnęła mnie droga, szerokie horyzonty. Wyruszyłem więc w dal i deptałem różne ścieżki, zdany na Opatrzność. Rzadko bywa, aby w wiejskiej zagrodzie odmówiono ci kawałka chleba i kubka wody, a nieraz gospodarz zaprosi cię do stołu na kolację, a nawet na pole, gdzie  spędzisz cały dzień  pieląc marchewkę bądź zbierając truskawki. I zdarza się, że rodzina, która cię gościła przez trzy dni, z łzami w oczach żegna się z tobą przed bramą.

Byłem dumny z mej pustej kieszeni, zazdrosny o moją jaskółczą swobodę. Dziękowałem Panu za jego obecność w pięknych rzeczach i za dobrych ludzi, których ziemia nosi, za niebo, za chmury, za zielone drzewa, kwiaty i ptaki. Nigdy już potem nie dane mi było doświadczyć tej czystej radości życia.

Lecz ta obfitość prostego szczęścia, radości, młodości, te wielkie wakacje nie mogły trwać wiecznie, gdyż oto świat stanął w obliczu wojny. Nie czułem się związany z tym światem, walecznie mu się przeciwstawiałem, ale nie pragnąłem, aby on runął osądzony przez ogień. Wraz z nim przepadłoby w zgliszczach tyle cennych i drogich rzeczy. Morze cierpienia i okropności groziło temu ludowi, który był bardziej zabłąkany aniżeli zły, bardziej nieświadomy aniżeli winny.

Niewinni oni nie są, z pewnością nie jesteśmy niewinnymi. Wojna nie przychodzi tak jak trzęsieni ziemi, jak meteor spadły z kosmosu, tu czy tam. W potwornościach ludzkiej historii objawia się niewątpliwie surowa sprawiedliwość. Lecz jakie zło popełniliśmy, aby zasłużyć na takie horrendalne kary? Wojnę wydają się wspierać raczej  nasze zalety  aniżeli wady. Jeżeli ludzie nie mieliby tak wysokiego poczucia obowiązku, honoru, byliby niezdolni do orężnych batalii, tak jak ku ich szczęściu nie potrafią prowadzić wojen małpy.

Przecież wszyscy ludzie są ludźmi, czyż więc to w naturze narodu tkwi ta bestialska siła pchająca nas do wzajemnego mordowania się? Czy zło tkwi zatem w instytucjach, a nie w człowieku? W cywilizacji, która się zdeprawowała — podpowiada Rousseau. Lecz czym są instytucje, czym jest cywilizacja bez człowieka?

Wojna jest plagą trzymaną w ręku człowieka. Dlaczego człowiek nie może powstrzymać swej ręki?

Niektórzy dopatrują się przyczyn zbrojnych konfliktów w nienawiści czy przesądach, lecz są to wyjaśnienia fantastyczne i romantyczne, podobnie jak dziecinne jest przypisywanie ich źródeł w „ekonomicznych potrzebach ludów” bądź w spisku jakichś jednostek, którzy widzą w tym zysk dla siebie. Takie rozumowania jedynie zaciemniają obraz i nie pozwalają uchwycić istoty rzeczy.

Przerażony Edyp wyrywa sobie oczy, gdy odkrywa jakie zbrodnie, nie zdając sobie z tego sprawy, popełnił.  Gdzież jest więc nasz błąd, jakiego świętokradztwa nieświadomie  się dopuściliśmy, że musimy je odpokutować przez okrucieństwa wojny? Być może badając pokój, w jakim żyjemy, odkryjemy naszą winę, przyczynę przyszłej wojny, do wywołanie której, każdy z nas się przykłada.

I to wcale nie od strony niemoralności, w wyzwoleniu ciemnych żądz należy szukać przyczyny katastrof, lecz właśnie w ludzkiej  sprawiedliwości, w interesach uczciwych ludzi...

Po prostu w walce każdego z każdym o zysk, o zajęcie pierwszego miejsca. To w tej grze odmawiam udziału, ja, żebrzący trubadur. Lecz ucieczka nie jest rozwiązaniem ani zwycięstwem. Nie daję żadnej odpowiedzi na problem, żadnego lekarstwa na zło. I gdyby wszyscy postępowali jak ja, nie byłoby co prawda wojen, ale również cywilizacji.

A przecież sam nie mało korzystałem ze świata, który odrzucam, i nadal korzystam. Nie mogę więc być jak ten, który odmawia płacenia rachunku po spożyciu dobrego posiłku (powiedzmy: połowy posiłku). Za wszystkie dobra, które otrzymałem, czym się odwdzięczyłem? Jakąś złotą myślą, kilkoma wierszami, modlitwą: bukietem polnych kwiatów! Czy wyrównałem rachunek?

Nie spłacony dług jest tym samym co nadużycie.

A gdyby kazano mi płacić daniną  krwi? Lub rozlaniem krwi drugiego?

Mając pod sobą ścieżkę, przed sobą otwarte horyzonty filozofuję sobie swobodnie, wytaczam argumenty przeciwko zbrojeniom, przeciwko militarnym rozwiązaniom, ale gdyby konkretnie wezwano mnie na wojnę do Abisynii, to co?

— Tu dyskusja się przerywa i mówię stanowczo: NIE! Róbcie sobie ze mną, co wam się podoba, możecie mnie rozstrzelać, ale ja na pewno nie będę mordował Murzynów. I wiem, że wojna w Abisynii byłaby tylko początkiem, następnie wysłano by mnie zabijać Francuzów, czy Anglików, czy Niemców i pewnego dnia znalazłbym się na długość bagnetu z Rainer-Maria Rilke...

Więc, nie!  Absolutnie, nie!

Z jakiej doktryny wyprowadzam ten zdecydowany sprzeciw?  Nie wiem, ale wiem, że sprzeciw jest słuszny i uzasadniony, a jeżeli nie można go wywieść z jakiejś doktryny, to bez wątpienia doktrynę należy z niego wywieść.

Lecz czy faktycznie należy tworzyć taką doktrynę? Rzuca mi się ona w oczy z kart Ewangelii. I jak to się dzieje, że chrześcijanie są na nią ślepi, że Kościół błogosławi działa i głosi teorię „wojny usprawiedliwionej”, która służy do usprawiedliwiania wszystkich wojen, jak choćby tej, ewidentnie niesprawiedliwej wojny w Abisynii, nie wzbudzającej jednak najmniejszego oburzenia wśród duchowieństwa i wiernych.

Na próżno natomiast wypatruję od nich, polityków, filozofów, socjologów Doktryny Sprawiedliwego Pokoju, pokoju bez wewnętrznych sprzeczności, nie zawierającego w sobie ziarna przyszłego konfliktu, pokoju, który w sposób naturalny nie rodziłby  wojny!

Nie brakuje pobożnych życzeń i uroczystych modlitw o pokój, ani platonicznych utopii, ani międzynarodowych trybunałów, które jednak nie posiadają dosyć mocy, aby wyegzekwować swe uchwały, czy dosyć mądrości, aby wzbudzić dla nich szacunek. Przede wszystkim brakuje metody.

Metody, dzięki której można by się obronić, bez uciekania się do siły, która pozwoliłaby zatrzymać zło inaczej aniżeli przy pomocy innego zła (zwanego często „mniejszym złem”), która zahamowałaby  niesprawiedliwość drugiego inaczej aniżeli przez zastosowanie wobec niego  niesprawiedliwości...  Nowy sposób, ludzki sposób rozwiązywania ludzkich konfliktów.

Kto taką metodę stosuje w życiu, kto jej naucza?  Tylko Gandhi.

On, Hindus, poganin, ojciec pariasów, obrońca ciemiężonych, wyzwoliciel swego ludu, wskazuje drogę wyzwolenia dla wszystkich ludów — w tym punkcie to właśnie on realizuje w pełni nauczanie Chrystusa, gdyż Ewangelia bez non-violence[1], czyli bez non-violence, jest jak sól, która straciła swój smak...

Te myśli krążyły już od dawna w mym sercu, ale niewyraźnie, nie w takiej formie jak je przedstawiam tutaj i potrzeba mi było lat, abym potrafił wydobyć je na światło i podążyć w kierunku, jaki mi wskazują.

 

 

 

W mych poszukiwaniach wstrzymały mnie kłopoty mojego młodego przyjaciela Łukasza Dietricha, który wzywał mnie na pomoc. Zająłem się więc nim i pomogłem mu odkryć jego wspaniałe talenty, z których nie zdawał sobie sprawy, ukazałem mu jego wzniosłą duszę, którą on uważał za straconą.

Wymogłem na nim napisanie dwóch książek, L’Injuste Grandeur  oraz  Bonheur des tristes, ażeby go wyleczyć z ran przeszłości. Potem udaliśmy się razem do Paryża w poszukiwaniu wydawcy, uznałem bowiem, że trochę sławy dobrze mu zrobi, wzbudzi w nim zaufanie do siebie, czego mu wyraźnie brakowało. Ciekawe, dlaczego nigdy nie pomyślałem, aby własną książkę zanieść do wydawcy, czy przynajmniej ją skończyć.

Moje wysiłki nie poszły na marne, w ciągu roku Łukasz Dietrich stał się znany, podziwiany, otoczony tłumem ludzi i co więcej zaręczył się ze śliczną młodą Angielką z dobrej rodziny, którą kochał do szaleństwa. Posiadł wszystko, co należało, aby być zadowolonym (wszystko z wyjątkiem zadowolenia, do czego nie był zdolny, doświadczał tylko ekstazy bądź rozpaczy).

Lecz ja byłem wreszcie wolny i gotowy do rozpoczęcia własnej przygody. I wszystkie okoliczności zdawały się sprzyjać mym projektom, gdyż znaleźli się przyjaciele chętni dopomóc mi w mej wyprawie.

Inną zachętą (jakże cenną!) było odzyskanie względów w oczach mej matki po tylu latach  duchowego oddalenia. Biedna matka! Z całą pewnością miała powody, aby być niezadowolona i rozczarowana swym pierworodnym, w którym złożyła całą swą nadzieję, od którego oczekiwała wielkich rzeczy, a oto on, w sile wieku, skończywszy trzydzieści pięć lat, wciąż tylko szukał, włóczył się z jednego miejsca na drugie, i nic nie osiągnął.

Lecz kiedy oznajmiłem jej o moim bliskim wyjeździe, otrzymałem od niej gorące listy, tryskające entuzjazmem, w których wyznała, że podróż na Wschód była marzeniem jej młodości! I to ja wyruszę w końcu zamiast niej. Ona krok po kroku będzie mi towarzyszyć  duchem. 

Przyjechała uściskać  mnie do Génes, skąd odpływał mój statek. Jej słowa pożegnania zmieszały się z krzykami mew.

 

 

 

Ta podróż była jak wielka miłość.

O matko, moja matko!  Czym były nasze wielkie piękne marzenia wobec wielkości i piękności, jakie ujrzałem!

A czym było — obok wielkości oraz piękna nabrzeży i krajobrazów, dżungli i ludów, rzek i świąt, świątyń i szczytów górskich — spotkanie z prawdą!

Dużo oczekiwałem od Gandhiego, ale znalazłem więcej, aniżeli mogłem się spodziewać w najśmielszych marzeniach.

Znalazłem sposób na wyjście z nędzy, z nadużyć, ze zniewolenia, z buntów, z wojny.

Odnalazłem:

 sprawiedliwość prostą i oczywistą jak dwa plus dwa równa się cztery, której akty współgrają z symfonią świata;

jedność życia w prostocie;

prostotę mędrca: zewnątrz jak wewnątrz;

non-violence, czyli odrzucenie wszystkiego, co gwałci harmonijny porządek rzeczy.

A poza tym wszedłem w Indie, w ducha Wschodu, którego nie szukałem, ale na brzegach Gangesu, na himalajskich ścieżkach doświadczyłem, czym jest:

poznanie siebie, posiadanie siebie,  ofiarowanie siebie i kochanie  bliźniego jak siebie samego;

wewnętrzna jedność i wiara, czyli poznanie Jedynego;

wszystko to niezwykle mi pomogło ugruntować się w mym katolickim wyznaniu.

 

 

W moich ojczyznach ludzie zawsze mi wyrzucali, że nie jestem jak wszyscy, jakbym był taki specjalnie, dla przyjemności czy z przekory.

Lecz być jak wszyscy jest nadzwyczajnym szczęściem, czego  w Indiach zasmakowałem po raz pierwszy.

Jak wszyscy inni żywiłem się tam jedną miseczką ryżu z pieprznym sosem, miałem dwie suknie, jedną na sobie, drugą suszącą się na gałęzi.

Jak wszyscy tam zajmowałem się rzeczami bardziej interesującymi aniżeli interesy, śpiewałem, modliłem się, medytowałem.

To w Indiach zapragnąłem pozostać do końca mych dni. Pracować na rzecz wyzwolenia kraju, wyzwolenia od obcego okupanta, lecz szczególnie od jego sposobu myślenia i działania i dzięki temu służyć całej ludzkości, ukazując:

jak jeść chleb trudem własnych, a nie bliźnich  rąk wytworzony;

jak zlikwidować nędzę, a pielęgnować ubóstwo;

jak nikogo nie wykorzystywać i nie pozwolić się samemu przez kogokolwiek wykorzystywać ;

jak słuchać dobrych przywódców, jak zmusić ich, aby byli dobrymi;

jak wreszcie należy postępować, aby nikomu nie odebrać życia.

 

 

Jeśli nocne marzenia odróżniają się od rzeczywistości przez ich bezładną ulotność, to marzenia na jawie, wprost przeciwnie, posiadają spójność, której samo życie nie dorównuje.

Aby się przygotować do mej życiowej misji, gdy tylko nastały upały, wyruszyłem na pielgrzymkę poprzez góry Himalaje do źródeł Gangesu. Każdy Hindus jest zobowiązany przez swą religię przynajmniej raz w życiu tam się udać, spotkałem więc na urwistych Bożych ścieżkach dużo pielgrzymów.

I zdarzyło mi się to około świętego Jana w 1937 roku w NarendranČgar, górskiej wiosce, gdzie...

 

 

Jakiś głos mnie zawołał. Odwróciłem się, lecz z tyłu ani wokół, aż po horyzont,nie było nikogo,  a nade mną nocne niebo rozjaśnione błyskawicami burzy wywołanej nadchodzącym monsunem.

Ów głos zawołał:ŤShantidasie[2], co tu robisz?  Wracaj i buduj.ť Oszołomiony wodziłem wzrokiem po niebie, oczekując wyjaśnień, lecz głos rozkazującym tonem powtarzał tylko swoje żądanie, nic więcej nie dodając.

Oddałem się modlitwie, medytacji i refleksji. Zrozumiałem, że muszę sam, patrząc na okoliczności, jakie mi się będą przytrafiać, odkryć mą drogę, me powołanie. Wezwanie było jasne: mam wrócić do mych ojczyzn i budować. Co budować i jak?  O właśnie, na to muszę sobie dać odpowiedź. Wolność człowieka w podporządkowaniu. Wolność, wspaniały dar, od przyjęcia  którego chciałoby się niekiedy być zwolnionym.

ŤCo tu robisz?ť Oczywiście, cóż mam robić w tym kraju, gdzie jest tysiące innych czyściejszych ode mnie, mocniejszych, lepszych, którzy mają swojego przywódcę i ojca prowadzącego ich do zwycięstwa. W moich ojczyznach natomiast nie ma nikogo takiego. Zły czy dobry będę pierwszy i jedyny...

Takie wyróżnienie nie wyniosło mnie w pychę, ale wypełniła mą duszę wątpliwościami i lękiem.

Czyż nie lepiej byłoby wziąć małą część z wielkiej idei aniżeli  rzucać się w zbyt wielką ideę i upaść? Nie, nie mam wyboru. Do and die! — mówi się. Tak, muszę się rzucić, wypełnić jak najlepiej tylko potrafię mą wielką misję i umrzeć!

 

 

 

Wielka misja!  Nic nie jest zbyt wielkie dla mojej wyobraźni. Lecz czy mogłem w mej wizji wznieść się ponad me życie, ponad mój sposób myślenia?

Żeby wypowiedzieć wojnę wojnie trzeba wystawić armię pokoju. Armia pokoju jest podobna do innych oraz całkowicie od nich różna.

Podobna, ponieważ musi być silna, czujna, zdyscyplinowana, gotowa do ataku i gotowa na śmierć.

Lecz z drugiej strony w niczym nie przypomina grup powoływanych pod broń po to, aby niszczyć i zabijać. Żołnierze armii pokoju są jak legendarni rycerze stawiający czoła tyrańskiej władzy. Walczą o sprawiedliwość i życie, nie używając innego oręża jak oręż sprawiedliwości, słowo prawdy, świadectwo i ofiarę siebie samego.

Ich militarne przygotowanie dokonuje się na polu ludzkiego serca, ich wielkie manewry to walka z samym sobą, to kroczenie drogą nawrócenia.

Oni się wiążą przez śluby jak mnisi, gdyż raczej niż armia jest to zakon, zakon gandhyjczyków Zachodu.

Śluby ubóstwa, posłuszeństwa, celibatu, non-violence i nieustannego wędrowania.

Gdyż jest to zakon wędrowny. Zatrzymują się do pracy w fermach, fabrykach czy szkołach tylko na czas potrzebny do zwerbowania innych, którzy podążą wraz z nimi.

Nowi bracia rekrutują się spośród parobków, robotników, studentów. Wszyscy gromadzą się w okresie świętego Jana na leśnej polanie, gdzie przedstawiani są nowicjusze. To jest wielkie święto dla zakonu, podczas którego odnawiane są śluby oraz ustalane plany na cały rok. Potem każdy wyrusza w drogę do przeznaczonego mu kraju.

Wszystko to odbywa się daleko od miejskich ośrodków, w ukryciu przed prasą i publiczną opinią, aby ruch mógł wewnętrznie się wzmocnić i poszerzyć szeregi, zanim zmierzy się ze światem.

Pierwszą wielką akcją będzie Marsz do Więzienia. Armia młodych ludzi pod rozwiniętymi sztandarami z pieśnią na ustach stawi się w tych okratowanych gmachach, zamiast...  w koszarach.

Pielgrzym od pierwszych dni otrzymuje znak, habit, regułę i „brylant reguły”, czym jest punkt nakazujący karać się samemu za przekroczenia reguły i przyjąć na siebie winę brata, wymierzając sobie odpowiednią pokutę, gdy on odmawia tego uczynić.

 

To były dnie i noce rozegzaltowane do białości. Z ich szczytów mierzyłem daleko w przyszłość.

Widziałem już wszystkie armie świata pokonane zwykłą odmową przyjęcia karabinu do ręki przez młodych poborowych. Bo czyż nie są oni ludźmi, całkowicie jak ja? Dlaczegóż więc nie mieliby zostać oni ogarnięci taką samą niezwyciężoną odrazą do zabijania, jakiej ja doświadczam?

Swym śmiałym spojrzeniem sięgałem dalej, w mych oczach gasły wielkie piece, fabryki pustoszały, maszyny rdzewiały, asfalty wielkich miast kruszyła wyrastającą trawą... Dlatego po prostu, że pracowity lud został wyleczony ze zniewolenia.

Bez rewolucyjnego łoskotu odwrócił się od swych wielkoprzemysłowych pracodawców i wrócił na rolę. Tam znalazł chleb, ubranie, narzędzia, dach i pokój. Cóż? Czy to jest tak trudno wrócić człowiekowi do oczywistości?

Napisałem do Gandhiego o mojej wielkiej wizji.

 

 

Wróciwszy do niego, podczas długich godzin przedstawiałem mu moją niezwykłą przygodę.

On przerywał mi kilka razy, wysuwając zastrzeżenia.

Kiedy powiedziałem,  że trzymać się będziemy z dala od polityki i w żadnym wypadku nikt z nas nie będzie się ubiegał o żadne publiczne stanowisko, Gandhi zaoponował:ŤLecz jeśli ofiarują wam władzę, należy ją przyjąćť. Odpowiedziałem: ŤNie ofiarują. Zbyt dużo ludzi jej pożąda, aby miano ją dać tym, którzy jej nie chcąť.

On upierał się dalej:Ť Lecz jeśli ją tobie zaproponują, musisz ją przyjąćť.

ŤPrzebacz mi — odrzekłem — ale nie uczynię tego, co mówisz, ale to, co ty sam czynisz. Co robisz w tej lepiance?ť

Gandhi uśmiechnął się i już więcej na ten temat nie rozmawialiśmy.

 

 

Jedna rzecz mnie u niego dziwiła i kłopotała: brak jednoznacznego określenia swego stanowiska wobec służby wojskowej. Prawda, że w Indiach nie jest ona obowiązkowa, niemniej duchowy  przywódca narodu powinien stanowczo opowiedzieć się w tej materii. Wojnę nazywał Ťpolowaniem na ludziť, ale sam wstąpił w szeregi wojska (jako sanitariusz, trzeba przyznać) podczas zbrojnego konfliktu z Zulusami. A gdy wybuchła pierwsza wojna światowa, zaangażował się w werbowanie ochotników do oddziałów angielskich. I nie wydawał się tego żałować. Nie żałował również tego, iż nic nie osiągnął w tym przedsięwzięciu, które było dla niego tylko gestem dobrej woli wobec przeciwnika znajdującego się w niebezpieczeństwie...

 

Pewnego dnia powiedział mi:Ť Oczywiście, musisz słuchać wewnętrznego głosu, ale być może nie każe ci on się śpieszyć. Mógłbyś ze mną zostać jeszcze z pięć lat...ť

Nie, nie! Głos brzmiał dobitnie, brzmiał przynaglająco. Groźba wojny zawisła nad Europą i nie było czasu do stracenia, trzeba, trzeba!...

Tak myślał szaleniec. I minęło nie pięć lat, ale dziesięć i więcej, straszliwa wojna przetoczyła się przez świat, za nią wybuchło kilka innych, zanim dane mi było uczynić pierwszy krok.

 

 

ŤTy jesteś jednym z nich — powiedział mi Gandhi — być może uda ci się ich skierować na drogę non-violence . Ja nie jestem do tego zdolny. Jeżeli nawet zaakceptowaliby ideę, nie umieliby jej zastosować w praktyce.

A jaka to byłaby piękna sprawa, gdyby się powiodło! Wasza rasa jest energiczna, zuchwała i młoda. Tak, ona posiada tę młodość, której nam brakuje. Nie ugrzęźliście w zatęchłej przeszłości, jak my...ť

 

 

Kiedy już wszystko mu przedstawiłem, on powiedział:

ŤTo piękne, to bardzo piękne. Twoje projekty są dobrze pomyślane, lecz chciałbym wiedzieć jedną rzecz: czy jesteś wezwany do ich realizacji? Gdyż jeśli nie jesteś, próżne będą twe wysiłki, twe poświęcenie, nic z tego nie wyjdzie. Lecz jeśli jesteś wezwany, wszystko, co konieczne do powodzenia twej misji, będzie ci dzień po dniu udzielane, włączywszy w to mądrość i cnoty.ť

On ma rację: ŤJeżeli Pan domu nie zbuduje, na próżno się trudzą ci, którzy go wznosząť.

Jakiś czas zadręczałem się pytaniem, czy jestem wezwany. Zadręczałem się z powodu skrupułów sumienia, gdyż w głębi siebie nie miałem co do tego najmniejszych wątpliwości. Wątpiłem w siebie samego, w moją zdolność do wypełnienia powierzonego mi przez Boga zadania. Wzmacniałem się zapewnieniem Gandhiego, że Ťniezbędne mi cnoty zostaną mi udzieloneť. Moim błędem było chyba zbyt dalekie wybieganie w przyszłość, powinienem bowiem dać się prowadzić Ťdzień po dniuť.

Pomysł książki rodzi się w twojej głowie, ty go rozwijasz, pogłębiasz i nic ci nie może przeszkodzić napisać ją zgodnie z twoim planem, gdyż jesteś jedynym autorem.

Lecz przedsięwzięcie, jakie miałem rozpocząć, będzie dziełem setek, tysięcy autorów, albo nie będzie wcale. Każdy własną ręką wpisze w nie sens swojego życia.

Zna się poślubioną kobietę, ale twarz dziecka poczętego z tego związku, aż do dnia rozwiązania, pozostanie tajemnicą.

Me marzenia wyklute i pielęgnowane w samotniczych medytacjach będą się musiały roztopić we wspólnym dziele.

Jakkolwiek by nie było — uznałem — zanim zacznę coś czynić, muszę przede wszystkim sam być „uczyniony”. A zdawałem sobie jasno sprawę, że sam nie byłem  jeszcze dostatecznie uformowany...

Wróciłem więc na brzeg Gangesu i w górskie ustronia, aby tam — przez miesiące, jakie mi zostały jeszcze  do odjazdu mego statku —  wraz z ascetami dojrzewać wewnętrznie...

 

 

 

Powróciwszy do Europy, znalazłem się przed murem.

Murem z waty.

Moi przyjaciele świętowali mój  powrót i zachwyceni słuchali moich opowieści z dalekich Indii.

Lecz ich uśmiechnięte serdecznie twarze nie zmieniały się ani na jotę, gdy przystępowałem do sedna rzeczy i poruszałem temat wojny, jej przyczyn, objawiając im swoją wizję. I tu wyrastała trudność nie do pokonania. Gdyby bowiem wysuwali przeciwko moim prawdom gwałtowne argumenty, miałbym czym ich wszystkich zmiażdżyć. Ale cóż można było zrobić, gdy oni, rozanieleni, we wszystkim mi tylko przyklaskiwali. Powiedzenie Ťnikt nie jest prorokiem we własnym krajuť ukazało mi się w nowych wymiarach. To nie zawsze prorok u siebie jest prześladowany, zmuszony do zamilknięcia, to jego ogień profetyczny może wygasnąć w słodkim popiele wspomnień.

Próbowałem także iść z mą misją do zwykłych ludzi spotykanych w poczekalniach, w pociągach (pokojowo nastawionych ludzi, których wbrew ich woli zły rząd rzuca — tak się mówi — w straszliwe wojny). Moim jedynym niewątpliwie sukcesem było wprowadzenie ich w stan oszołomienia. Spoglądali na mnie, jakbym z księżyca spadł.

Jakiż wniosek z tego wyciągnąć, jeżeli nie ten, że jeszcze nie dojrzałem. Kiedy dojrzeję — myślałem — dzieło samo się będzie wypełniać, jak owoc, który sam z siebie odrywa się od gałęzi.

A jak będę wiedział, kiedy moja godzina wybije? Tak, Panie, jaki znak mi dasz?

Już wiem: nie uczynię kroku, dopóki ktoś nie przyjdzie do mnie z zapytaniem: ŤCo trzeba robić?ť Wtedy będę wiedział, że to Ty mnie posyłasz...

I zamilkłem na pięć lat.

 

 

Zresztą w atmosferze ziemskiej było tak hałaśliwie, że nie miałem wiele szans uczynić się słyszalnym. Dyktatorzy — jeden z mordą psa, drugi z ryjkiem szczura — ujadali ze swych balkonów pośród wrzasku i tupotania tłumów.

Ukryłem więc w głębi duszy me największe pragnienie, aby ono tam dojrzało, i wyruszyłem do Ziemi Świętej.  Tego roku przewędrowałem częściowo na piechotę, częściowo na greckich czy tureckich statkach załadowanych drzewem bądź oliwkami wschodnie wybrzeża Morza Śródziemnego.

W ten sposób dotarłem do pustego Grobu. ŤPrzyjdźcie i zobaczcie, że Jego tam nie ma.ť Nie ma Go tam, gdzie panuje niezgoda i rzeź, nawet jeśli jest to najpiękniejsza kraina w świecie; a zaprawdę, nie ma nic piękniejszego jak Jezioro Genezaret o świcie, ani jedną połyskującą zmarszczką nie różniące się od chwili, gdy na jego brzegu stanął Zmartwychwstały, wołając do rybaków w łodzi: ŤZarzućcie sieć po prawej stronieť.

Strzelano ze wszystkich stron. Na skrzyżowaniu zatrzymał mnie wartownik angielski krzycząc:Ť Nie ma przejścia!

— Dlaczego? To zabronione?

— Nie, not exactly,  lecz... ruchem głowy wskazał mężczyznę leżącego na poboczu drogi, z otwartymi ustami pełnymi mrówek...

— Ja przechodzę!

— Well!  Good luck!

— Dziękuję, niech Bóg cię strzeże, przyjacielu, niech On cię strzeże przed zabijaniem drugich!ť

Kiedy pukałem do furty jakiegoś klasztoru, na zapytanie:ŤKim jesteście? odpowiadałem : Pielgrzymemť, gdyż byłem sam.

U Świętego Grobu mnisi greckiego obrządku i katolicy wiedli gwałtowne spory teologiczne, podczas gdy kopuła, pod którą się znajdowali, wzmocniona prowizorycznie przez angielskiego okupanta, mogła w każdej chwili runąć...

W dzień Bożego Narodzenia wszedłem do Groty Betlejemskiej otoczonej czołgami.

W majestatycznym krajobrazie biblijnym widnieją plamy: blaszane dachy i wieże ciśnień kibuców.

A tam trzech Arabów w kolorowych turbanach, z karabinami w rękach gotowymi do strzału, oczekuje na jakiegoś Żyda w szarej marynarce, uciekiniera z Rosji, Niemiec czy Polski, na ostatnim zakręcie jego długiej drogi ku Ziemi obiecanej.

Oto jeszcze jedno zadanie dla przyszłych Gandhyjczyków Zachodu: religijne pojednanie.

Podczas drogi, rozważając nad mą misją pokoju, dostrzegłem w niej wiele luk i błędów.

Przede wszystkim, karygodne byłoby, gdyby Gandhyjczyk nie zatroszczył się sam o wytworzenie tego, czego potrzebuje, na przykład ubrania.

W zimie więc można by prząść, tkać, szyć, a nadmiar wytworzonej odzieży sprzedałoby się, aby za uzyskane środki zaopatrzyć się w inne niezbędne rzeczy. Lecz do tego konieczny jest warsztat, narzędzia, wspólne życie pod jednym dachem, jednym słowem: dom, który pozostawałby pusty przez większą część roku...

Lecz najważniejsza jest wspólnota, której trzeba dać regułę życia, duchowy i doktrynalny fundament.

 

 

Pewnego ranka, gdy kąpałem się w rzece, woda zapluskała pytająco: Ť A kobiety, co z nimi zrobisz?ť

O właśnie!  Nie myślałem o tym. A przecież one są Ťnajlepszą częścią ludzkościť — jak mówi Gandhi — strumieniem życia i wszelkiej ziemskiej radości... Głupi, kto sądziłby, że można coś dobrego dokonać bez nich.

A więc zwerbuje się dziewczyny do naszej armii.

— Dobrze! — powiedział głos— a co potem?

— Potem... jak nakazuje logika ( a logice nie sposób się sprzeciwić), logika nakazuje je poślubić.

— A potem?

— Potem będą dzieci, chmara dzieci i smoczki, i pieluchy, i porządki,  i kuchnia, cały rozgardiasz.

I z tym rozgardiaszem trudno będzie się włóczyć po drogach...

Lecz, patrzcie, wszystko się pięknie układa: te domy, te warsztaty, z którymi jeszcze przed chwilą nie wiadomo było co robić... Rozwiązanie nasuwa się samo: skoszaruje się tam nasze kobiety i niech tkają, przędą i nas wyczekują. A my, wolni, wyruszymy w świat z misją pokoju.

Nareszcie idea zaczyna się ucieleśniać! Staje się ludzka, prawdopodobna, prawie realna.

 

 

 I teraz zacząłem się rozgrzewać, rozczulać nad tymi nieoczekiwanymi perspektywami naszego powołania.

ŤStarajcie się naprzód o Królestwo Boże i o Jego sprawiedliwość, a wszystko inne będzie wam dodane.ť

A jeżeli to wszystko inne będzie mi dodane pod postacią kobiety?  Mnie, pielgrzymowi?  Niech będzie!  Ożenię się na sposób marynarski. Tak, jak kapitan po długiej podróży, doznawszy mnóstwo przygód, tajfunów, wrócę pewnego dnia do portu. Tam odnajdę moją piękną, moją słodką, moją wierną, siedzącą przy krosnach obok kołyski...

I nie będę jak ci bezwstydni mężowie, którzy hańbią się spaniem ze swymi żonami ( łajdactwo! zniewaga! bluźnierstwo: spać!)

Przez siedem dni i nocy pod rząd będziemy się kochać dogłębnie, bez rozejmu, bez litości, na zatracenie ciał!...

A potem, w jękach i szlochach ucałujemy się po raz ostatni i rozstaniemy się, gdyż wyjechać to narodzić się troszkę od nowa. Podczas siedmiu miesięcy rozłąki będziemy tęsknić za sobą, śnić o sobie, obiecywać... Genialny sposób pogodzenia szóstego przykazania ze zdrowymi radościami i solidnymi cnotami rodzinnymi, jak również z poezją.

Nic mi innego nie pozostaje, jak znaleźć dziewczynę, której by taka miłość równie odpowiadała, jak mnie... Lecz sądzę, że taki rodzaj kobiet istnieje. Chyba nawet spotkałem w Damas jedną z tego szeregu, powiedziała mi ona na pożegnanie:Ť Proszę szybko wyjeżdżać, gdyż kocham pana.ť  Ach! kwiecie biały! piękniejszy i cenniejszy od pereł. Za takie wyznanie wartaś, abyś była  kochana całe życie.

 

 

Pewnego dnia, oparty o mur z kamieni, przyglądałem się wieśniakowi, który rozdrapywał ziemię drewnianym radłem ciągnionym przez osła, i myślałem: jeżeli wszyscy żołnierze, wszyscy robotnicy stłoczeni w fabrykach odrzucili by swe jarzmo i podążyli za mną, świat stałby się  szczęśliwszy. Lecz w tej konkretnej sytuacji, czy to ja mam powiedzieć do tego chłopa: ŤZostaw swoją pracę i chodź za mnąť, czy też raczej on powinien mnie złajać słowami: ŤChwyć się pługa, konkretnej roboty, albo przestań jeść chlebť?...

Przejrzałem!  Wieczne pielgrzymowanie ukonstytuowane w system było błędem, który tego dnia odrzuciłem.

Innym błędem było naiwne myślenie, że można zlikwidować wojny przez rozbrojenie, rozwiązanie się armii. Armia bowiem nie jest przyczyną wojny, lecz tylko jej instrumentem. Kiedy nie zna się przyczyny choroby, wszystkie lekarstwa, jakie się stosuje, są truciznami powiększającymi zło. Ci, którzy ze względów ideowych odmawiają służby wojskowej, w pełni mogą się usprawiedliwić w swym sumieniu tylko wtedy, gdy wraz z przyjęciem karabinu do ręki, odmawiają również uczestniczenia we wszystkim tym, co sprawia, że wojna staje się nieunikniona.

Wojna jest plagą, lecz nie jedyną. Widzę trzy inne, niemniej poważne, wywołane przez człowieka przeciw człowiekowi: zniewolenie, nędza i rewolta.

Te cztery plagi są  organicznie związane z sobą i pracują jedna w drugiej. Należy znaleźć ich wspólny korzeń i przejrzeć fatalną grę, czego żaden socjolog nie uczynił, ani nawet nie próbował. Najwięksi myśliciele, jak Arystoteles, Montesquieu czy Vico, nie dostrzegli tej zależności.

 

 

Wróciłem z pielgrzymki wyzwolony z mych błędów, z mych marzeń, chcę powiedzieć, wróciłem całkowicie rozbrojony, ogołocony, zbity z tropu, nie wiedząc, co myśleć i robić.

I w dwadzieścia dni po moim przyjeździe wybuchła wojna.

 

 

Jeśli w tym momencie ktoś — wysłannik od Boga tak oczekiwany — przyszedłby do mnie pytając: ŤCo trzeba robić?ť, odpowiedziałbym:Ť Czekać, gdyż noc nadeszła i nie można  było nic zrobićť.

— Nic?  Naprawdę?

— Można coś robić, a nawet trzeba: pracować nad samym sobą, zwalczać gniew, pychę, chciwość, tchórzostwo. Pielęgnować bardziej niż kiedykolwiek odrazę do zabijania. Patrząc na to co się dzieje, wzmacniać w swym sercu przekonanie, że tylko non-violence może rozwiązać problemy ludzkości. Modlić się, aby śmierć tylu ludzi, ogromne zniszczenia nie poszły na marne, aby człowiek wyciągnął lekcję z tych doświadczeń.

 

 

Dwa razy, naśladując Gandhiego, próbowałem zaangażować się jako sanitariusz, ażeby wziąć udział w tej globalnej tragedii i służyć nieszczęsnym, obojętnie z jakiego byliby obozu. Pierwszy raz ofiarowałem swe usługi Finom, zaatakowanym przez Rosjan. Odpowiedziano mi, że przyjmują tylko ochotników walczących z bronią w ręku. Drugi raz chciałem się zaciągnąć do armii francuskiej i tu  komisja wojskowa stwierdziwszy moją zdolność do służby, kazała mi oczekiwać wezwania. Niemcy jednak działali szybciej, błyskawicznym atakiem rozgromili naszą obronę, uniemożliwiając mi karierę bohatera. Wojna wyraźnie nie chciała mnie.

 

 

Nie widząc jasno przyszłości, wróciłem do zwykłego życia, jakie wiodłem przed mym wyjazdem do Indii, przed rozpoczęciem poszukiwań mej drogi.

Ubóstwo przestało być wyborem, ono stało się koniecznością, uciążliwą i przygniatającą, przerywaną niekiedy gościną w zamkach mych bogatych przyjaciół.

Czy mam opisać me powikłane dzieje w wojennej zawierusze? To nie wydaje się dosyć interesujące, a w każdym razie nie związane z tematem, gdyż żyłem w tym czasie tak, jakbym zapomniał o mojej misji.

Jednakże to właśnie wtedy, w mrocznych latach okupacji hitlerowskiej, kształtowały się we mnie różne części, które, oznaczonego dnia, miałem tylko złączyć razem, aby powstała z tego arka, gotowa do wypłynięcia.

 

 

Pierwszego roku schroniłem się w Szwajcarii, nie wiedząc, jaki obrót przybierze wojna, ani w których z mych ojczyzn będę uznany za obywatela wrogiego kraju, jakiego umieszcza się za drutem kolczastym, bądź za niebezpiecznego pacyfistę, zdrajcę, którego należy niezwłocznie  rozstrzelać.

W dostatniej i spokojnej Genewie opluskiwanej wodami jeziora utrzymywałem się za jednego franka dziennie. Byłem goły jak świerszcz. A świerszcze, wiadomo, są obdarzone skocznymi nogami i śpiewają w każdej sytuacji, cokolwiek im się nie przydarzy.

Rozpaliła się we mnie pasja, pasja do muzyki.

Narodziła się ona przez przypadek. Spotkałem muzykę, szukając czegoś innego.

Przygotowywałem się, aby napisać rozprawę o Giles de Rais, i wertowałem w bibliotekach, szukając materiałów odnoszących się do tej postaci i epoki, w której żył. Gilles był muzykiem i stworzył chór. Co śpiewano podczas mszy, a co podczas świątecznych obrządków, co w kuchni zamkowej, a co  na polu? Odkryłem Rose lys lys Guillaume’ego  de Machault, skargę Oliviera Bachelina oraz rzewne piosenki ludowe obficie rodzące się spomiędzy zgliszcz Wojny Stuletniej — i byłem zaskoczony podobieństwem tych melodii z tymi, jakie ja miałem zwyczaj improwizować na mych pielgrzymich drogach, aby podtrzymywać krok.

Lecz z muzyki nie wiedziałem ni do ni sol  i musiałem korzystać z pomocy przyjaciół, aby rozszyfrować spisane nuty. Uważałem , że mój brak talentu jest równy brakowi wiedzy w tej dziedzinie.

Kiedy jednak, odrzucając w tył głowę, na sposób wieśniaków z mego kraju, zaintonowałem moje włoskie strofy, czy po francusku Ma chanson  bądź  Légende de saint Christophe , moi przyjaciele wykrzyknęli z entuzjazmem, że nigdy jeszcze, od czasów trubadurów, którzy stanowią źródło poezji w Europie, nie było poety tak uzdolnionego muzycznie... Nawet me błędy kompozycyjne odbierane były jako swoisty rys tamtej, dawnej epoki.

Można by pomyśleć, że znalazłem się daleko od dzieła pokoju, od wszczepienia na Zachodzie gandhyjskiej idei non violence. Tak też sądziłem. Jednakże, sam o tym nie wiedząc, uczyniłem duży krok naprzód.

 

 

Wróciwszy do Francji, spotkałem się z mym przyjacielem Łukaszem, który dał mi do przeczytania swą ukończoną właśnie grubą powieść, pełną odrażających historii. Nie, to nie było godne jego i on bez trudu dał się o tym przekonać. W szczerej, przyjacielskiej rozmowie wyjawił mi sekrety swego serca, opowiedział o wszystkich swych głupstwach, jakie popełnił podczas mej nieobecności.  I z tego materiału zrodziło się następnie spod jego pióra, które mu włożyłem do ręki, prawdziwe arcydzieło: L’Apprentissage de la ville.

Łukasz odznaczał się miękkim, dźwięcznym głosem i byłem zawsze dogłębnie poruszony jego śpiewem. A znał on wiele piosenek, zasłyszanych u marynarzy, u wieśniaków, u rzemieślników. Ja także skomponowałem jedną, na dwa głosy, w ludowym stylu: Piękna przy ruczaju. I obaj śpiewaliśmy ją razem w uroczym parku zamku Montredon, w Marsylii, gdzie schroniliśmy się wraz z innymi ocalałymi z pogromu artystami.

Jeden przyjaciel powiedział nam raz o młodej dziewczynie, która znała bardzo wiele pięknych piosenek.

Łukasz pobiegł do niej pewnego wieczoru i wyśpiewał jej wszystkie ze swego repertuaru. Ona nie znała tylko jednej: Pięknej przy ruczaju.

— Cudowna, wyznała, gdzie ją odkryłeś?

On wyjawił jej nazwisko autora i według swego zwyczaju cały oddał się pianiu hymnów pochwalnych na moją cześć, czego ona słuchała grzecznie do późnej nocy.

Następnego tygodnia ona go odwiedziła.

Łukasz, chory, leżał w łóżku. Ja, siedząc przy stole, oddany byłem kaligrafowaniu inicjału wiersza. Weszła, wnosząc z sobą powiew ogrodu. Ubrana w rodzaj surduta o barwie jesiennych liści, na głowie miała zdobny we wstążki trójgraniasty kapelusz. Wysoka i smukła, oczy jej zamglone melancholią świeciły blaskami nocy,  na ustach drgał wiosenny uśmiech. Pozdrowiła nas ujmującym gestem, pełnym dostojności.

Poproszona o piosenkę, natychmiast rozpoczęła:

 

Voici la Saint-Jean, la belle journée,

OĚ tous les amants vont ą l’asemblée,

Va, mon ami, va, la lune se lŹve

Va, mon ami, va, la lune s’en va...[3]

Pieśń brzmiała magicznie, czarodziejsko, lunatycznie, głos wibrował z rozdzierającą świeżością.

Trwałem zauroczony, dogłębnie zauroczony. Zauroczony pieśnią i dziewczyną.

 

 

Często szedłem do niej. Jej matka, jej siostra, jej szwagier, jej przyjaciele, wszyscy w tym domu byli muzykami. Wieczorami otwierali książkę i rozpoczynali śpiewanie na cztery czy sześć głosów.. Ja, który nigdy nie umiałem czytać nut, byłem zachwycony.

Potrafiłem improwizować, komponować, a w razie potrzeby także zapisać nuty, lecz nie umiałem czytać ich, nawet tych, które sam zapisałem. Lecz jak to możliwe? — pytano mnie.

Mój sekret polega pewnie na tym, że namiętność zmuszona jest niekiedy przemienić się w cierpliwość i całe godziny, dnie szukałem akordu, który przez profesjonalnego pianistę zostałby znaleziony natychmiast. Byłem jak ślepy rzeźbiarz pracujący po omacku.

 

 

Mój brak wykształcenia muzycznego i jej erudycja w tej dziedzinie zharmonizowały się cudownie. I to ona nauczyła się więcej ode mnie, aniżeli ja od niej.

Ofiarowałem jej ożywcze tchnienie z dali, melopeje z Sycylii czy Wschodu, rozrywające ciasne ramy klasyczne, w których została uwięziona od dzieciństwa.

Za każdą wizytą przynosiłem coś nowego, coś bardziej i bardziej zamierzchłego.  Były to najpierw kantyki z XV wieku, prawdziwa rozkosz dla naszych uszu. Potem odkryłem utwory z XIV a nawet z XIII wieku z zachwycającym O Dame, ô dame   ułożonym przez Thibauld’ego de Champagne.

Spotykałem się z René Nelli, Sire, Déodat Rocher oraz z grupą pisarzy i badaczy langwedockich uważających się za dziedziców tradycji katarskiej. Wśród nich zarecytowano mi Aube, rozpoczynające się od Réis glorios...

ŤOwszem, to piękne — odrzekłem — ale czy jeden z waszych trubadurów nie powiedział, że „poezja bez muzyki jest jak młyn bez wody”? Znajdźcie mi melodię do tego Aube, a ja wam to zaśpiewam.ť

Dostarczono mi nuty do tej pieśni oraz do kilku jeszcze innych i  zaniosłem je w triumfie do mej przyjaciółki, która choć Prowansalka, nie znała swego starożytnego języka, a o samych trubadurach wiedziała tyle co profesor literatury francuskiej w liceum, czyli — nic.

Szybko jednak nadrobiła swe braki i udała się w podróż, aby własnymi oczyma obejrzeć słynny manuskrypt z Montpellier, który — okazało się — różnił się w pewnych szczegółach od transkrypcji będącej w naszym posiadaniu. Powyrzucała więc zbędne bemole i krzyżyki, które jakiś kopista wspaniałomyślnie dorzucił.

 

 

Po nitce do kłębka dotarliśmy razem do źródła tych piękności, to znaczy do śpiewu gregoriańskiego.

Kochałem oczywiście od dzieciństwa łacińską psalmodię, urzeczony słuchałem Kyrie eleison  podczas mszy, Dies Irae rozbrzmiewającego w trakcie  nabożeństwa pogrzebowego. Kochałem to wszystko tak jak woń kadzidła czy dźwięk dzwonów.

Lecz jak to możliwe, że nigdy tych muzycznych klejnotów nie traktowałem jako dzieł sztuki?

Bizantyjska mozaika, mroczna iluminacja witrażu, rzymska krypta wsparta na rzeźbionych kapitelach, strzeliste konstrukcje gotyckie, karolińskie cyborium wysadzane diamentami są także instrumentami kultu, które kontempluje się w zachwycie długimi godzinami, po odbyciu dalekiej podróży. Jakże więc można nie zatrzymać się przy muzycznych zabytkach pochodzących z tej samej epoki, inspirowanych tym samym duchem?

 

 

Amédée de Balhac był pogodnym starcem, kapelmistrzem w seminarium w Nimes i dyrektorem chóru w Marsylii dającego koncerty w kościołach. Moja przyjaciółka i jej siostra były sopranami w tym chórze, ja zostałem przyjęty w szereg basów.

Mistrz wprowadził nas w lekturę neumesów, w system ośmiu tonacji naturalnych, w rytm gregoriański, niepodobny do dwu czy trzytaktowego, niemieszczący się w ogóle w taktach wymierzanych stopami, jest on raczej zawieszony w przestworzach, na skrzydłach anielskich.

Pierwsze Alleluja, które zaintonowaliśmy, było Jústus germinávit sícut lílium., słowo Boga stopione w płomieniu wokalizy. Czułem się jak w śnie na świetlistych schodach, po których wchodzi się i schodzi, nie dotykając stopni...

Wertowaliśmy  stare mszały, psałterze, śpiewniki, odkryliśmy bezcenne skarby Rzymskiego Graduału. Śpiewanie nie było już tylko wysublimowaną przyjemnością dla uszu i umysłu, lecz kontemplacją prowadzącą do ekstazy.

 

 

Z tych wzniosłych źródeł zeszliśmy do naszych ulubionych piosenek ludowych, rozpoznając w każdej z nich szlachetne pochodzenie. Do zeszłego wieku głównie Kościół inspirował twórczość ludu i w jego melodiach rozbrzmiewających na polu czy w izbie, w ustach oracza czy zakochanej prządki, wyczuwalna jest obecność gregoriańskich tonacji.

W niedziele schodziłem z Allauch, gdzie mieszkałem pod wiatrakami, razem szliśmy na mszę, potem tramwajem dojeżdżaliśmy do Aubagne, skąd piechotą już szliśmy do Lascours, gdzie moja przyjaciółka posiadała zaszytą w zaroślach uroczą chatkę, oplecioną dzikim winem. Był tam mały piec, na którym ona przygotowywała zupę, podczas gdy ja biegłem do studni ciągnąć wodę. Godziny przelatywały szybko jak wiatr na łące.

 

 

Pewnego dnia powiedziałem jej:ŤOznajmiam ci radosną nowinę: narodziny mego pierwszego dziecka!ť

Ona drgnęła i na jej twarzy pojawił się nieco wymuszony uśmiech. Wyciągnąłem z mej torby Le Chiffre des Choses (Liczba Rzeczy), książkę, która właśnie została opublikowana w wydawnictwie Robert Laffont.

Ona nic nie wiedziała o mnie, ani że pisałem, ani że odbyłem pielgrzymkę do Indii i Ziemi Świętej, nie wiedziała skąd przychodziłem i dokąd szedłem, nasza przyjaźń była wyłącznie muzyczna.

Jednakże, śpiewając razem przez kilka miesięcy, nieuniknienie zbliżyliśmy się do siebie. Uwieńczone to zostało pocałunkiem. Lecz moje dalsze kroki napotkały jej zdecydowany opór,  co wypełniło mnie podziwem.

Im bardziej stawała mi się droga, tym bardziej czułem się  w obowiązku zrezygnować z niej.

 

 

Le Chiffre des Choses wzbudziła żywe zainteresowanie w wolnej strefie, lecz moja sława poety nie przekroczyła linii demarkacyjnej i nie dotarła do Paryża. Nawet później, po zakończeniu wojny, ta książeczka nie wypłynęła w stolicy, gdyż rozgłos innych mych dzieł oraz akcji, które wiodłem,  nie pozwolił jej wydostać się z cienia.

Po raz pierwszy ujrzałem pieniądze z honorarium, dokładnie siedem tysięcy franków, za które  kupiłem sobie gitarę. I w dalszym ciągu chodziłem na zupę do rosyjskiego kościoła, gdzie za cztery franki dają miskę gorącego barszczu i pajdę chleba.

 

 

Jednego ranka przyjąłem komicznie uroczystą grupę licealistów, którzy chcieli założyć pismo. Moje „sławne imię”, wierzyli, zapewni mu wzlot... Pismo w istocie nazywało się Rakieta.  Przypomniałem sobie, że w ich wieku miałem podobne iluzje i nie chciałem gasić gorących serc. Skopiowałem dla nich list pisany w Port Said, w którym opisywałem moje tarapaty na egipskiej ziemi. Tekst ukazał się pod tytułem Trzy Piastry  i więcej o tym nie myślałem.

 

 

Od kilku już miesięcy Łukasz był „uniesiony do Paryża”, jak to się mówi w Marsylii. L’Apprentissage de la ville  została opublikowana w Robert DenoĎl i był on gościem swego wydawcy.

Będąc uznany w  stolicy zadręczał on prominentów świata literackiego, usiłując zainteresować ich mą skromną osobą, jego Wielkim Przyjacielem. Skutek był przeciwny. Drogiemu Łukaszowi wybaczano szalone kaprysy, lecz mnie DenoĎl znienawidził z całego serca.

 

 

Pewnego poranka Łukasz,wymachując rękoma, wpadł niespodzianie do mego pokoju, podrywając mnie z łóżka. Przyjechał specjalnie z Paryża i z  twarzą tyleż wzburzoną, co wyniszczoną całonocną jazdą pociągiem wykrzyknął, że musi ze mną mówić w niezwykle ważnej sprawie.ŤDobrze, rzekłem, słucham cię.ť

Sprawa w istocie była zbyt ważna, aby można ją było zamknąć w czterech słowach.

W rzeczywistości po dwóch godzinach rozmowy nie dotarliśmy wciąż do sedna sprawy, on wysypywał gwałtownie ze swych ust zdanie po zdanie, a ja cierpliwie oczekiwałem, aż wreszcie zwierzy mi się z jakiejś koszmarnej historii, w jaką został wplątany, i z której ja jeden przyjacielską radą, pomocną dłonią będę zdolny go wyciągnąć.

Nieoczekiwanie zawołał: ŤNigdy nie zgadłbyś, kto mnie wysłał do ciebie!

— Nie, a nawet, że ktokolwiek cię wysłał do mnie. Któż to zatem?

— Robert DenoĎl!  Tak, Robert DenoĎl!ť

I dysząc wyjawił wszystko. DenoĎl przeczytał Trzy Piastry i oświadczył: Ť „Niech Lanza opisze całą swą podróż. Daję mu konkretne zamówienie. Zgadzam się z góry na wszystkie jego warunki, jeśli potrzeba mu zaliczki, będzie ją miał. Wszystko, co chce, mu zapewnię, lecz ja chcę mieć tę książkę!” Ha, i co ty na to?

— To tylko to? — odetchnąłem z ulgą, gdyż spodziewałem się jakiegoś ponurego dramatu.

— Jakże? Uważasz, że to mało? Mrzesz tu z głodu, a gdy spada ci  w ręce fortuna i sława, mówisz z lekceważeniem: „To tylko to”!

Posłuchaj dobrze, trafia ci się okazja nie tylko nieoczekiwana, ale i wspaniała, która zapewni ci teraźniejszość i otworzy przyszłość, i ja wszystko urządziłem dla ciebie. Już jutro możesz wyjechać do Recologne, mojej wioski, gdzie wszyscy nas kochają. Przygotowałem dla ciebie pokoje w domu wuja, który oczekuje na twój przyjazd. Całkiem inaczej będziesz tam mieszkać aniżeli w tej klitce na poddaszu,  możesz spędzić zimę przed trzaskającym ogniem w kominku, w otoczeniu pięknych mebli, puszystych dywanów, w ciszy i spokoju. Mama Fouillot przygotowywać ci będzie posiłki, a jakież ona przyrządza zupy, mój stary, jakież zupy! a jakież ciasta, jabłeczniki, mój drogi, jakież jabłeczniki!...

— Bez wątpienia, odpowiedziałem zamyślony, jeść wszystkie dni, a nawet dwa razy na dzień, już dawno mi się to nie przytrafiło. A mieć czas na pisanie i w dodatku być za to opłacanym, to bardzo interesujące, ale...

— Ale co?

— ... Ale to mnie martwi, że miałbym napisać tę książkę. Podróż odbyłem i korzyść z niej osiągnąłem nadzwyczajną, ale przyrządzić z mych przygód książkę, to tak jakby zaprosić ludzi do wąchania potraw obiadu, który sam jem...ť

Ostry krzyk przerwał me zamyślenie: Ť O właśnie! zawołał Łukasz, on odmówi! Ty mnie to zrobisz, mnie, ty mnie to zrobisz?ť

Tak jakbym zamierzał mu uczynić ogromną, niczym nie zasłużoną krzywdę.

ŤDobrze, dobrze, powiedziałem, żeby go uspokoić, nie mówmy o tym więcej, zgadzam się.ť

Nastąpił moment oszołomienia. Oszołomienia z jego strony, gdyż nie spodziewał się tak szybkiego zwycięstwa.

Oszołomienia z mojej strony wobec zerwania z mym dotychczasowym życiem.

Słowo, które wymknęło się z mych ust, dotarło do uszu mego przyjaciela i już nie mogę go odebrać, niestety, kości zostały rzucone.

Żegnaj moja słodka przyjaciółko! żegnaj muzyko, żegnaj szczęście, żegnaj miłości! gdyż właśnie w tej chwili spostrzegłem z rozpaczą, że byłem zakochany.

Żegnaj poezjo, żegnaj Gilles de Rais. Ukończyłem właśnie pierwsze rozdziały i przygotowywałem spotkanie z Joanną d’Arc; spotkanie wielkiego człowieka, wykwintnego i przebiegłego, z prostą i świętą dziewczyną, ukazujące jego namiętność dla niej, przyczynę zbrodniczych szaleństw i  końcowej przemiany...

Miłość, pieśni, literatura, żegnajcie!

 

 

 Lecz czym jest to wszystko? Aktami, dziełami, poprzez które odpowiadam na wezwanie? Ćwiczeniami przygotowującymi mnie do mej życiowej misji? Czy może raczej wyszukiwaniem sobie zajęć, aby nie umrzeć z nudów?

I głos mógłby mnie upomnieć: co tu robisz?

Co robię?  Czekam. Czekam na znak...

 

 

I teraz jeszcze ta książka, którą jestem zmuszony napisać — znowu literatura.

Pamiętny głos powiedział mi:Ť budujť, a nie Ťpiszť.

Hm, to nie będzie, co prawda, moja misja, ani jej początek, lecz przynajmniej oderwaniem od tego, co mnie od niej oddala...

Zgaduję, kim jest Ten, który cię wysłał, przyjacielu.

Ty na prawdę wierzysz, że był to Robert DenoĎl?

 

 

Przybyłem do Recologne z pierwszymi chłodami. Para mego oddechu tworzyła na mej brodzie sopelki, którymi wiatr wesoło  pobrzękiwał.

Wuj wraz z liczną rodzinę przywitali mnie z otwartymi ramionami. Pokój był ozdobiony na mój przyjazd i ogień trzaskał w palenisku, rzucając płowe odblaski na złocone oprawy książek.

Było w tym domu wszystko, co potrzeba, aby móc w spokoju pracować, i wszystko, co potrzeba, aby w  spokoju ducha nie pracować w ogóle.

Nie trzeba wierzyć, że włóczęga posadzony w wygodnym fotelu, w bliskości płonącego kominka, karmiony dwoma obfitymi posiłkami dziennie daje się w ten sposób udomowić. To właśnie wtedy jego niesforny duch przebiegle się wymyka i znajduje obszary, gdzie się włóczy bez opamiętania.

Dobrze jest mieć pokój do pisania, lecz nie jest dobrze, gdy jego cztery ściany obstawione są po sufit półkami pełnymi książek. Każdy tytuł jest pokusą...

Na próżno usiłowałem skoncentrować się na brzegach Gangesu,  mój umysł baraszkował tu i tam, przeskakując z jednej ciekawostki do drugiej. Wystarczyło, że skupiłem uwagę na jednym punkcie, abym natychmiast został przerzucony na drugi kraniec świata, a stamtąd jeszcze gdzie indziej. A okazji do takich przelotów, czyli upadków, nie brakowało mi.

Znajdowała się, na przykład, na ostatniej półce na prawo Księga Henocha przetłumaczona z wersji abisyńskiej, która mnie uniosła między uwięzione w swych orbitach gwiazdy, płonące z powodu swego grzechu... Była  Historia  Hittitów, było Życie codzienne w Ur,  wielkiego, zdeprawowanego miasta, które Abraham opuścił cztery tysiące lat temu, była Egipska Księga Zmarłych oraz piękna książka Merejkowskiego o Egipcie, która wznieciła we mnie  szlachetne pragnienie napisania czegoś równie wspaniałego o Indiach i która przeszkadzała mi rozpocząć...

Inny demon kusiciel przybrał postać drogiego wuja, który, na moje nieszczęście (lecz może nie trzeba nic żałować) był profesorem muzyki w konserwatorium w Besanćon i żywo się zainteresował mymi kantylenami i kontrapunktami, pomagając mi wyłapać skrzydlaste dźwięki wydobywające się z mych płuc i poukładać je grzecznie na pięciolinii.

Na podstawie Veni Sancte Spiritus, Roberta Pobożnego, króla Francji, skomponowałem oprawę muzyczną do Marszu Królów (dramat bożonarodzeniowy napisany w Marsylii na zamówienie). I wiele piosenek z akompaniamentem gitary. Dobry wuj poprawiał mnie i przepisywał. Usiłował wpoić we mnie jego obrzydzenie do kwint następujących jedna po drugiej, co bynajmniej nie raziło mego ucha, jak również mych szanowanych mistrzów Leonina, Perotina, Adama de la Halle czy Dunstable’ego, tych, urodzonych przed wynalezieniem doskonałego akordu i perspektywy w malarstwie.

Wysłałem me nuty mej przyjaciółce i w rewanżu otrzymałem od niej urocze dialogi muzyczne na dwa głosy, pełne fantazji i słodkiej melancholii i było to następne kuszenie, wcale nie mniejsze od poprzednich.

Były wreszcie zupy i desery mamy Fouillot, które zaczęły dawać mojemu ciału wygląd, jaki ono nigdy nie miało, i były długie spacery po wiejskich dróżkach w mroźnym powietrzu, żeby się rozerwać od innych rozrywek i nie dać się ociężałości.

Od czasu do czasu me rozkosze i wzniosłe natchnienia gaszone były przypomnieniem sobie głównego celu, dla jakiego tu przebywałem: napisanie książki.

 

 

Niezaprzeczalną wyższością konkretnych zleceń, wspartych wypłaconą w żywej gotówce zaliczką, jest to, że nasza uczciwość czuje się ostatecznie zmuszona zwalczyć nie powiem złe skłonności, ale takie, które ciągną nas do czynienia obojętnie jakiej dobrej rzeczy, byleby to nie była ta, jaka jest naszym obowiązkiem...

Upłynął miesiąc, lecz nikt mnie nie popędzał. Z trzynastoma tysiącami franków, z zapasem papieru ofiarowanym przez wydawcę, miałem zapewniony komfortowy warsztat literacki na jeszcze trzy czy cztery miesiące.

Cały problem polegał na napisaniu pierwszej linijki, reszta wytryśnie z mego pióra w sposób naturalny, to znaczy w sposób całkowicie niewytłumaczalny.

Zresztą, w najgorszym wypadku, książkę mogłem uznać za gotową. Tak jak przepisałem mój list z Port Saidu, opatrując go tytułem, mogłem w ten sposób postąpić z innymi listami, których stos, przewiązany sznurkiem, spoczywał tam, w rogu stołu, dając mi poczucie bezpieczeństwa.

W połowie lutego podjąłem śmiałą decyzję i zaprzągłem się do pracy, rozpoczynając przepisywanie pierwszego listu... Natychmiast rozpoznałem, że trwałem w błędzie, zwlekając z przystąpieniem do dzieła.  Wiedziałem przecież z doświadczenia, że pisanie nie jest tak trudne, jak by można sądzić. Wiedziałem, że jest ono bardziej zabawne aniżeli zabawianie się, bardziej nawet przyjemne od próżniactwa.

Z piórem w ręku, magiczną pałeczką przenoszącą mnie w czasie i przestrzeni, znalazłem się na odległych plażach pod palmami kokosowymi, zostawiając  szybom mego pokoju przyjmować deszcz i śnieg francuskiej zimy.

Kroczyłem od nowa przewędrowanymi niegdyś szlakami z zachwytem wcale nie wiele mniejszym, z uwagą jednak bardziej czujną, pogłębiającą dokonane niegdyś odkrycia.

Notatki uczynione w Indiach z pewnością były cenne, lecz głównie do ustalenia czasu i miejsca. Refleksje bowiem tworzą się lepiej z dystansu; podobnie jak jakieś przełomowe wydarzenie w życiu wywołuje w nas raczej krzyki czy szlochy, a nie słowa i dopiero później,gdy ono wygląda ku nam z przeszłości, ze wspomnień,  może posłużyć jako surowiec  do literackiej twórczości.

Tamten, opuszczony w zaroślach posążek medytującego Buddy, przed którym całą godzinę trwałem niemy, z rozwartymi ustami, teraz, po sześciu latach stał się przystępny dla mego rozumu i potrafię to przeżycie opisać w słowach, potrafię wydobyć na powierzchnię sensy zamknięte w kamieniu, który stracił swą nieprzenikliwość...

Oto jak, ożywiony twórczą pamięcią, podjąłem od nowa, na innym już poziomie, mą pielgrzymkę przez indyjską ziemię.

 

 

Normalnie, nie można dobrze pracować i jednocześnie się przechadzać.

Ja wybrałem jedyny zawód, poza myśliwym, w którym można  pogodzić te przeciwieństwa.

Każda bowiem z mych książek mierzy się w kilometrach.

Indie są olbrzymie i wędrówka przez ten kraj rozciąga się na tysiące kilometrów, do czego można dodać kilkaset, aby ją opowiedzieć.

Każdy rozdział mej książki „pisał się” podczas spaceru; wychodziłem z domu z tematem w głowie: wydarzeniem, krajobrazem, postacią, dialogiem i od pierwszych kroków formułowałem końcową myśl, która spinała wszystko bądź otwierała drzwi do następnego.

Potem, wracając do początku głośno improwizowałem i wielokrotnie, nieznużenie podejmowałem wciąż od nowa ten sam wątek. Przypominało to fale na plaży, następujące jedna po drugiej, nowa wpadająca na poprzednią, która rozbiwszy się na brzegu, cofa swe wody.

Żłobiły one swą formę w pamięci i wzmacniały ją przez wytrwałe powtarzanie.

Tylko to, co było dosyć mocne, dosyć wyraziste i w swych dźwiękach oraz sensach układało się w harmonijny szereg, mogło zostać zachowane, reszta rozpływała się jak piana.

Tekst osiągał dojrzałość, kiedy z pamięci  byłem w stanie    wyrecytować go  w całości.

Wtedy szybko wracałem i jednym ciągiem pisałem, czy raczej przepisywałem, to co miałem wydrukowane w głowie.

 

 

Każdego dnia odbywałem taką twórczą przechadzkę, a niekiedy dwa albo i trzy razy. Ale ta płodna i szczęśliwa passa literacka trwała tylko do wiosny. Gdy świeża zieleń zaczęła zdobywać szarość krajobrazów, mą duszę zawładnęły tęsknoty. Marzyłem o Lascours, gdzie kwitły sady migdałowe. Marzyłem o mej przyjaciółce i obsypywałem ją  tyloma pocałunkami, ile drzewo przytrzymuje kwiatów w swych liściach. Ona jest czysta, moja przyjaciółka, mocna, niedostępna, lecz jej obraz nie umiał się obronić...

Jakże te Indie wydały mi się krajem dalekim, prawie nierealnym.

Czasami wychodziłem z tematem dobrze już sprecyzowanym, ze stanowczym zamiarem nadania mu kształtu słownego. Lecz nic mi nie wychodziło, temat się rozwiewał, a do moich uszu dochodziły przytłumione zrazu dźwięki upojnej melodii, które nabierały tonu, barwy i mocy.

Ach — myślałem w takich momentach — książka jakoś się pisze i tego czy innego dnia pióro szczęśliwie dotrze do ostatniej jej strony, ale ta niebiańska pieśń, jeśli pozwolę jej teraz umknąć, będzie stracona na wieki. I biegłem jak szalony do ogrodu, porywałem stamtąd wuja od jego warzyw i siadaliśmy razem przy pianinie, aby zapisać nuty podarowanej mi z góry muzycznej perły.

 

 

Innym razem winny był jakiś tytuł na półce, który przyciągnął mój wzrok. Otwierałem książkę i zaczynałem czytać, najpierw na stojąco, potem siadałem i tego dnia już nie wychodziłem...

Trwałem tak dwa albo trzy dni, zostawiając moje indyjskie małpy  zawieszone na gałęziach, mojego mędrca z otwartymi ustami w trakcie mówienia.

Zadręczałem się tą moją niezdolnością do skupienia się na jednej myśli. Czas uciekał, nadszedł kwiecień.

Zbliżałem się jednak do finału, czym uspokoiłem swoje sumienie. Pozostało mi już tylko przepisać Trzy Piastry, aby zakończyć książkę tym, czym ją rozpocząłem.

 

 

 

A wezwanie?  Sądzę, że ani razu nie usiłowałem poważnie na nie odpowiedzieć, nie przyszła mi nawet do głowy myśl, że poprzez książkę mogę przekazać światu posłanie, jakie otrzymałem z góry.

Moją jedyną troską było możliwie jak najlepsze przelanie na papier mojego pielgrzymkowego doświadczenia, ukazanie Indii, tak jak ja tę krainę widziałem...

Jeśli ta książka była pierwszym krokiem w mej misji, pierwszym kamieniem konstrukcji, to dlatego, że Bóg — jak mówi arabskie przysłowie — Ťpisze prosto zawijasamiť i poprzez nasze wybiegi, błędy prowadzi nas do celu, wzbogaconych o wszystko to, czego nasze błądzenie mogło nas nauczyć.

 

 

Radio Londyn mimo zakłóceń przebijało się ze swymi zagadkowymi komunikatami: ŤSezon czereśni.... tut,tut. Nie pójdziemy do lasu, akacje są ścięte, tut,tut,tut...ť

Na drodze wiodącej do dworca wszystkie słupy telegraficzne zostały ścięte.

Przybyłem do Paryża w listopadowej szarości, wzmocnionej okupacyjną szarością. Na pustym placu Concorde powiewał czarny znak i każdy kto zna hinduską symbolikę, odczyta w nim: ŤRuina i Śmierć.ť

W totalnych ciemnościach nocy poprzez żaluzje, szyby i podwójne zasłony dochodził tupot okutych butów i ryk hitlerowskiego śpiewu... O moi trubadurzy, o moja przyjaciółko!

 

 

Gdy zjawiłem się u DenoĎla, przywitał mnie on z uśmiechem zwycięzcy. Książka miała ukazać się nazajutrz i sukces miała zapewniony. ŤWydrukowaliśmy ją w trzydziestu tysięcy egzemplarzach. Lecz cicho, sza, nie należy o tym mówić, gdyż taki nakład jest zabronionyť (Papier jak i wszystko inne był reglamentowany.)

Spoglądałem z ogromną litością na jego grubą szyję jasnowłosego Belga i myślałem: ŤBiedak! Zrujnuje się, lecz nie ma sensu przestrzegać go, gdyż już jest po fakcie.ť (Moje uporczywe patrzenie na jego szyję miało w sobie coś złowróżbnego, gdyż uderzenie właśnie w tę część ciała spowodowało jego śmierć w przyszłym roku.)

Mówił mi o ostatecznym zwycięstwie Niemców i zdawał się być o tym przekonany, a nawet, nie wiem dlaczego, zadowolony. Życzyłem sobie w mym sercu, aby okazał się mniej fałszywym prorokiem odnośnie powodzenia mej książki.

 

 

Następnego dnia sprawa została uwieńczona sowitą ucztą u Gélinotte’ego. Knajpę prowadziło dwóch braci, z których jeden zapuszczał się na rowerze za miasto i zbierał u wieśniaków drób, jaja, masło oraz inne zakazane do prywatnego handlu artykuły, potem dzięki swemu idiotycznemu wyglądowi udawało mu się je przemycić do lokalu, tak że można było tam otrzymać dobry, burgundzki posiłek jak sprzed wojny, oczywiście, za odpowiednią opłatą.

Biedny DenoĎl nie liczył się z wydatkami. Zaprosił kilkanaście osób, wszystkich, którzy liczyli się w literackim świecie, aby zaprezentować im książkę i autora sezonu.

Wszyscy jedli, pili i mówili, z wyjątkiem mnie. Byłem wegetarianinem i przepuszczałem krążące na półmiskach pieczyste, ukrywając pustkę mego talerza liściami sałaty, czego nikt, szczęśliwie, nie zauważył. Zajmowano się wszystkim, z wyjątkiem mnie, mówiono o wszystkim, z wyjątkiem mojej książki i wszyscy byli zadowoleni; a biedny DenoĎl, z tak szerokim gestem się rujnujący, wydawał się być bardziej zadowolony od innych.

 

Trzeba uznać, że sosy braci Gélonotte skutecznie podziałały na krytyków i pisarzy i przyniosły widome owoce w dziennikach oraz magazynach. Pielgrzymka do Źródeł  była jedyną z mych książek, o której dyskutowano. Inne, których pojawienie się nie zostało skropione przy zastawionym stole, przeszły bez echa.

Kilka tygodni później otrzymałem kopertę, oznaczoną nagłówkiem wydawcy DenoĎl’a, a w niej znalazłem czek na trzysta, nie — trzy tysiące, nie — trzysta pięćdziesiąt osiem tysięcy franków. Dobrze przeczytałem? Tak, zgadza się: trzysta pięćdziesiąt osiem tysięcy!

Lecz cóż to znaczy, ta liczba? Udałem się do banku i przedstawiłem w okienku mój świstek papieru. Kasjer z ospałą miną zaczął spinać banknoty po dziesięć i układać je w stos. Wypchałem nimi prawą kieszeń, potem lewą, potem tylną i jeszcze paczkę umieściłem pod pachą. Zszedłem tak do metra i kupując bilet, musiałem uczynić jakiś niezręczny ruch, gdyż ktoś z kolejki krzyknął alarmująco: ŤHalo! Coś panu wyleciało!ť Zebrałem z posadzki plik rozsypanych banknotów.  Jak na filmie...

 

 

 

Dziesięć, dwadzieścia, trzydzieści lat później wielokrotnie byłem zatrzymywany przez kogoś na ulicy i słyszałem wyznanie: ŤPan uratował mi życie. Byłem więźniem...  Byłem zesłany...  Byłem w obozie koncentracyjnym... Pańska Pielgrzymka do Źródeł spadła mi do rąk. Piłem z niej nadzieję, bez której...ť  Albo: ŤNie wierzyłem w nic. Życie nie miało dla mnie sensu. Teraz odnalazłem moją drogę, jestem szczęśliwy i to wszystko Panu zawdzięczam.ť

Pisanie nie jest więc bezużyteczne — jednakże głos powiedział mi: buduj. Jak, Panie, i kiedy?  Z czym?  Z kim?

 

 

Było to w jeden z tych zimowych dni, kiedy wszystko wydaje się być zawieszone w próżni.

Szedłem w towarzystwie trzech młodzieńców uniesionych gniewem, tym szlachetnym gniewem, który jest pragnieniem piękna.

Byli to chłopcy z dobrych rodzin, zbuntowani przeciw hipokryzji ich świata. W tym czasie uczęszczali na spotkanie grupy Gurdjieffa, lecz w tym cynicznym kręgu nie odnaleźli więcej piękna aniżeli w wielkim obłudnym świecie.

Na rogu ulicy zatrzymaliśmy się i usłyszałem z ich ust wyzwanie: ŤTy, Lanza, byłeś w Indiach, znałeś Gandhiego, musisz wiedzieć, co należy robić!ť

Popatrzyłem na ich lśniące twarze o płomiennych oczach i pomyślałem: ŤAch, więc to wy! Tyle lat na was czekałem. Boże, bądź błogosławiony.ť

I głośno powiedziałem: ŤJutro, w porze kolacji, u Gélinotte’ego, ulica Malar. Z Bogiem.

 

 

Jedliśmy w ciszy zupę i warzywa, a gdy kelner posprzątał talerze, odezwałem się: ŤMacie coś do pisania? Piszcie.ť

Uczniowskie zeszyty otworzyły się na marmurowym stole. Mówiłem przez dwie godziny. Notatki, które z tego powstały, opatrzone zostały tytułem:

                                      KONSTYTUCJE  PATRIARCHALNEGO  ZAKONU

                                                     GANDHYJCZYKÓW  ZACHODU

Zaledwie kilka poprawek i uzupełnień zostały naniesione do tego dokumentu na kapitule generalnej w roku 1975, po trzydziestu latach przemyśleń i praktycznej jego realizacji.

Moi trzej młodzi przyjaciele zapalili się do projektu i odbywaliśmy u jednego z nich regularne spotkania , na których wyłuszczałem moją wizję aż do najdrobniejszych szczegółów, gdyż wszystko było ustalone, nawet kolor guzików habitu.

Po długich latach milczenia, gdy język się rozwiązuje, w tym co się ma do powiedzenia, jest jakiś eksplozyjny ładunek.

 

 

Od mojego powrotu z Ziemi Świętej tylko jeden raz przerwałem ciszę na ten temat, zdarzyło się to w Marsylii z Simone Weil, gdyż ona w pewien sposób przejrzała me serce. Spędziliśmy całą noc w blasku księżyca na tarasie jej pokoju, skąd widać było ponad dachami połyskujące morze...

Niech nikt nie wyciąga z tej romantycznej sceny jakichś dwuznacznych myśli! Nigdy nie spotkałem kobiety mniej pociągającej. Włóczyła się po bruku i kafejkach w swej zielonkawej pelerynie, w męskich buciorach, z baskijkim beretem na głowie, twarz miała niepozorną, długi nos, małe oczka zbliżone do siebie, zwiotczałą wargę skąd zwisały płatki tytoniu do żucia.

Mówiła głosem cierpkim, monotonnym, lecz gdy tak mówiła, po dziesięciu minutach przestawało się ją w ogóle widzieć. Widoczna była tylko jej dusza płonąca w ogniu sprawiedliwości.

Kiedy tej nocy wyjawiłem jej sekrety mego serca, ona odrzekła:Ť Posiadasz diament o licznych fasetach odbijających się nawzajem w sobie.

— Tak, odpowiedziałem, brakuje mu tylko tego, żeby zaistniał.

— On zaistnieje, Lanza, jestem tego pewna, gdyż Bóg tak chce!ť

Nazajutrz wyjechała na wygnanie, gdzie umarła.

 

 

Odwiedziłem panią Salzmann, pierwszą uczennicę Gurdjieffa,  żeby jej podziękować za to, co od niej otrzymałem, a jednocześnie oznajmić, że opuszczam wraz z kilkoma innymi ich grupę i będziemy zakładać wspólnotę, gdzie będzie się praktykować non-violence, medytację, modlitwę i pracę własnymi rękoma.

Na jej zapytanie, co zarzucam nauczaniu Gurdjieffa, odpowiedziałem: ŤNajwiększym błędem w nauczaniu Gurdjieff’a jest sam Gurdjieff...ť

 

 

Kilka miesięcy bywałem w tej grupie  pociągnięty przez mych przyjaciół, Łukasza Dietrich i René Daumal, dla których Gurdjieff był wielkim mistrzem w rodzaju Milarepa czy Marpa, ja natomiast byłem bardziej oczarowany  panią Salzman o srebrzystych włosach, która prowadziła swych podopiecznych z dużą autorytatywnością.

Do samego Guru było się dopuszczanym dopiero po odpowiednim przygotowaniu, gdy uznano, że delikwent jest zdolny znieść jego dziwactwa, żarty, wulgarności, przekleństwa jako próbę wprowadzającą w głębsze wtajemniczenie.

Ja nie byłem narażony na tego typu doświadczenia, wyraźnie mnie oszczędzano. Byłoby bowiem czym się chełpić, gdyby pielgrzym, który przewędrował Azję w poszukiwaniu mądrości, znalazł ostatecznie swego mistrza w Paryżu, na ulicy Colonel-Renard.

Przy końcu posiłku, obficie zroszonego wódką, gdzie każdy otrzymał odpowiedni poczęstunek, gdzie człowiek (człowiek zwykły, taki jak go stworzyła natura i ulica) był zepchnięty na poziom zwierzęcia, gdzie obecne damy były zrównane z Ťgównemť, ja jeden cieszyłem się przywilejem nietykalności, więcej, doznałem najwyższego zaszczytu, zostałem zaproszony na prywatne widzenie z Mistrzem za zasłoną przybytku, to znaczy do centrum mieszczańskiego domu,  ciasnej spiżarni pachnącej kawą i cynamonem. Otyły guru, utkwiwszy we mnie ciężki wzrok, powiedział poważnie:ŤTy dobra glina. Ty rzeźbiarz, prawda? My się rozumieć. Ja modelować ciebie, ja zrobić z ciebie piękna rzeźba...ť

A ja, niewdzięcznik, nie miałem żadnej ochoty poddać mej „dobrej gliny” rękom tego twórcy, aby zostać wymodelowanym na jego obraz i przyjąć tchnienie z jego ust.

Wyszedłszy od niego odetchnąłem pełną piersią i z tkliwością spojrzałem na wszystkich przechodniów.

 

 

Lecz skoro dziękowałem pani Salzman za to, co otrzymałem, nie była to zwykła grzecznościowa formalność.

Zostałem podniesiony na duchu w tym środowisku, spostrzegając,że Francuzi, a nawet Paryżanie, uważani powszechnie za ufających rozumowi, a nie poddających się wierze, nieokiełznani szydercy, są zdolni do zamilknięcia, do przyjęcia nieruchomej postawy ze skrzyżowanymi nogami i oddać się kontemplacji. Więc to możliwe na Zachodzie. Nie będę więc trzymać dla siebie samego skarbów, jakie przywiozłem z Indii.

Z całą pewnością odpychała mnie filozofia Gurdjieffa, lecz jego muzyka robiła na mnie duże wrażenie, zarówno komponowana przez niego samego, jak i ta, którą przywiózł z rodzinnego Kaukazu. A także Ťruchyť, których nas uczył. Rytmiczne figury taneczne derwiszów z Persji wywodzą się z tych samych zasad co Ťpozycjeť jogi, lecz są bardziej przyswajalne przez nasz ruchliwy temperament.

Przyswoiłem sobie także niektóre z ich praktycznych metod pomagające zdemaskować próżność i fałsz naszego cywilizowanego życia. Lekarstwem na nasze roztargnienie (mea maxima culpa!) jest częste i regularne przywoływanie świadomości jak również chłoszcząca denuncjacja naszych sentymentalnych odurzeń oraz granych komedii, naszego mechanicznego myślenia oraz  automatycznego sprzęgnięcia naszych akcji i reakcji. Gruntowna przebudowa naszego świata przyniosłaby ludzkości zbawcze skutki! Szczęśliwy, kto potrafi wychylony przez okno widzieć siebie samego idącego ulicą! Lecz szczęśliwszy ten, kto posiada sztukę skupienia się w sobie, w centrum, u źródła własnych mocy!

Sam oczywiście to wszystko wiedziałem i mógłbym lepiej od nich owe prawdy wyłożyć. Ale podziwiałem ich pedagogikę:  uderzający  sposób zaskakiwania ludzi w ich bałaganie umysłowym, rozbijania w puch ich uzasadnień, intrygowania ich, podbijania, budzenia...

Lecz budzić ich do czego? Pytania najbardziej palące pozostawały bez odpowiedzi.

Wojna i pokój? Rewolucja, nędza i zniewolenie ludów? Sprawiedliwość, miłość, non-violence?

Bóg?

Na żadne z tych pytań to nauczanie nie odpowiadało, gdyż uważało się za Ťtradycjonalneť. Toteż było ono nie do pogodzenia z chrześcijaństwem.

Ono także kłóciło się z Upaniszadami czy Dhammapadą, z Kabałą, Gnozą czy Tao.

Równie obce mistykom Islamu, co ojcom Kościoła.

Lecz olbrzymie braki  tej nauki okazały się równie mi przydatne jak jej punkty mocne, gdyż popchnęły mnie do zdefiniowania mojej, tej, do której ja należałem: nauki Pojednania.

Z łaski Boga byłem chrześcijaninem, lecz jednocześnie wdrożyłem się w dyscypliny jogistyczne, dlatego dotarłem do  wspólnego pnia, skąd,  rozdzielając się, wychodzą wszystkie tradycje, każda jednak czerpie soki z jednego, głównego korzenia.

Tak, przez długi okres milczenia  prawdy dojrzewały we mnie i teraz miałem do mówienia na wiele lat.

 

 

 

Problem polegał na tym, że nie umiałem mówić.

Do przyjaciela, tak, do kilku osób, którym patrzy się w oczy i którzy odpowiadają, tak. Lecz nie do publiczności.

Głosiłem kiedyś konferencje w Niemczech. I trzeba mi było całego  miesiąca na przygotowanie jednogodzinnego przemówienia. Musiałem je napisać, nauczyć się na pamięć i następnie wyrecytować, inaczej po pierwszych dwóch trzech zdaniach bladłem, nie umiejąc powiedzieć ni me ni be, i pozostawało mi już tylko wycofać się ze wstydem.

Jeśli dzisiaj potrafię improwizować na obojętnie jaki temat przed każdą publicznością w jednym z czterech  mych ojczyźnianych języków, to potwierdza się tym stwierdzenie Gandhiego: że skoro Bóg obarcza swego sługę misją, to dostarcza brakujące mu środki, cnoty i talenty, aby ów mógł ją wypełnić.

Elokwencja jednakże nie przyszła mi łatwo, jak i publiczność.

Kierowałem się wówczas do zamkniętych kręgów, uprzedzonych o nieporadności mówcy, cierpliwych, gotowych poczekać, aż dojdę do kropki.

W środku zdania, dokąd dzielnie się zapuszczałem, musiałem nagle się zatrzymywać, aby rozważyć dalszy  kierunek myśli. Byłem jak przy szachownicy, z ręką na koniu czy wieży roztrząsałem wszystkie możliwe posunięcia, moje i przeciwnika, zanim wybrałem to, które pozwoli mi wygrać partię.

Często przetrzymywałem moje audytorium w zawieszeniu przez wiele minut, w ciszy, która przygotowywała je do niespodzianek. Czyniłem to wbrew sobie. Jednakże takie prowadzenie wykładu wzmacniało uwagę słuchaczy i było uważane przez nich za retoryczną metodę.

W ten sposób moje braki służyły mi. Tak samo moje błędy, me nieszczęścia  pouczały mnie, wyprowadzały na prostą drogę, co dowodzi, raz jeszcze, że Bóg pisze prosto zawijasami.

 

 

Każdego dnia modliłem się: ŤPanie, przyślij mi towarzyszy, przyślij mi towarzyszy życia.ť Trzej młodzi zapaleńcy odeszli. Inni ich zastąpili. Było także sporo starszych pań z ich zielonymi kapeluszami. Na każdym spotkaniu nowe twarze.

Otrzymywałem każdego dnia około trzydziestu listów, na które nie byłem w stanie odpowiadać, i z tego stosu jeden przyniósł mi błysk nadziei.

List pochodził od trzydziestoletniego chłopca, ożenionego, ojca czworo  dzieci, który oświadczył, że jest gotowy oddać się ciałem i duszą dla sprawy. ŤProszę robić ze mną, co pan tylko chce. Jeśli każe mi pan opuścić żonę i dzieci, uczynię to. Cały należę do pana...ť Usprawiedliwiał się, że nie może przybyć do mnie z powodu choroby, która go przykuła do łóżka. Pobiegłem do niego na ulicę Saint-Paul. Na korytarzu spotkałem młodą kobietę o wyglądzie wieśniaczym, z okrągłą, rumianą twarzą. Obrzuciła mnie spojrzeniem wystraszonego zwierzęcia. Aha — pomyślałem w duchu — zwietrzyła nieprzyjaciela

Mojego adepta znalazłem w głębi dużej pracowni rozciągniętego na kanapie, jego oczy błyszczały gorączką. Powiedział cichym głosem: ŤPrzechodzę kryzys, jutro będę poddany zabiegowi, lecz to mało ważne, najważniejszy jest Zakon...ť

Wytłumaczyłem mu, że w naszym Zakonie, przeznaczonym nie dla mnichów, ale dla świeckich, samotnych jak i rodzin, wierność małżeńska ściśle będzie wpisana w nasze śluby.

Gdy po jakimś czasie pojawiła się kobieta ze spuszczoną głową, podszedłem do niej i przyprowadziłem ją za rękę do jej męża. Zrozumiała. Ze wzruszającą spontanicznością rzuciła się w me ramiona i patrząc mi prosto w oczy, wyrzekła w szlochach: ŤJestem twoją córką.ť

 

 

Niemcy przegrywali na wszystkich frontach. Włochy zwróciły się przeciwko nim. Nie byłem już bezpieczny w Paryżu. Policja nawiedziła me mieszkanie podczas mej nieobecności, spałem więc u różnych przyjaciół.

Łukasz, którego moje zerwanie z Gurdjieffem mocno zmartwiło, nie zbliżał się do mojego otoczenia. Usiłował mnie nakłonić do schronienia się w Recologne. Przeczuwałem, że pragnie między innymi oddzielić mnie od mojej grupy. On, mocno złączony ze swoją, nie zamierzał podążyć wraz ze mną do jego spokojnej i bezpiecznej wioski. Był również związany z doktorem BenoEt, dyrektorem przytułka dla obłąkanych  w Saint-Lô, gdzie często jeździł, studiując z pasją  zachowania wariatów, aby móc potem z tego materiału stworzyć powieść.

Była poza tym Mutsy, urocza młoda osoba, oficjalnie małżonka starego, bardzo bogatego mężczyzny, lecz z nim nie żyjąca.

Stała się ona przyjaciółką Łukasza. Zwykle zakochana w jednym z dwóch przyjaciół kobieta, nie znosi drugiego, co mimo drobnych niedogodności jest zawsze zbawienne. Lecz tak nie było w tym przypadku, Mutsy bawiła się zazdrością Łukasza, okazując wobec mnie coś więcej aniżeli zwykłą życzliwość.

Przeciąłem tę grę, wskakując do pociągu, który powiózł mnie do Recologne. Stamtąd kierowałem dalej moim kółkiem poprzez korespondencję, a resztę czasu poświęcałem muzyce.

Wkrótce potem nastąpił desant aliantów w Normandii. Straszna rzeźnia, lecz mimo wszystko dobra to nowina, zapowiadająca zbliżenie się końca wojennych okropności.

Łukasz nie dawał znaku życia od tygodni i niepokojące wizje stawały mi przed oczyma. Widziałem mego przyjaciela w otoczeniu swych wariatów i bomb spadających z nieba.

Dziesięć lat wcześniej śnił on własną śmierć, Ťśmierć białąť, pośród  apokaliptycznego krajobrazu, płomieni i wrzasków. Taki koszmar mógł  się zrealizować teraz na jawie.

Toteż doznałem wielkiej ulgi, gdy otrzymałem  w końcu wiadomość, że z niegroźną raną na nodze znajduje się w szpitalu, pod dobrą opieką i w otoczeniu przyjaciół, i że po wyzdrowieniu przybędzie natychmiast do Recologne. Nieco uspokojony oczekiwałem go więc na miejscu, brak następnych listów tłumacząc nieregularnością kursowania poczty w tamtym czasie. Jednego dnia, nieoczekiwanie, otrzymałem naglące wezwanie. Kupiłem w Besanćan rower wyścigowy i w pośpiechu popedałowałem drogami zatłoczonymi niemieckimi oddziałami, które na pieszo bądź w zamaskowanych listowiem ciężarówkach, ciągnęły na wschód i północ.

 Po trzech dniach przybyłem do luksusowej kliniki i zobaczyłem Łukasza rozciągniętego na prześcieradłach jak Chrystus na krzyżu. Gangrena go zżerała. Nie jadł, nie mówił, żył tylko oczyma. Przyjaciele stojący wokół płakali. Patrzył na mnie długo, po czym skierował spojrzenie na Mutsy, chcąc mi tym gestem powiedzieć: ŤTobie ją powierzam, zajmij się nią...ť

Poszedłem szukać kapłana, gdyż przyjaciele z jego grupy myśleli o wszystkim, z wyjątkiem jego duszy.

Umarł w przeddzień wejścia dywizji Leclerc’a do Paryża. Strzelano z dachów i z mostów.

 

 

Przyjaciółką Łukasza musiałem zająć się całkowicie. Bogaty jej mąż uciekł zadenuncjowany przez swych wrogów. Był to czas wyrównywania osobistych porachunków, sól i pieprz święta Wyzwolenia. Nie byłoby dla niej bezpieczne mieszkać u siebie na alei Bois-de-Boulogne, schroniła się więc do mnie aż do końca lata.

Gdy skończyły się zgiełkliwe uroczystości, postanowiłem nawiązać kontakty z moimi przyjaciółmi. Najpierw udałem się z odwiedzinami do mego wiernego z ulicy Saint-Paul. Nie żył. Wdowa, Marion, odziedziczyła jego wiarę i to u niej zaczęliśmy spotykać się w piątki.

Co więcej, w pracowni zaczął obracać się kołowrotek. Trzy dziewczyny, które zamieszkały z młodą wdową i jej czterema dziećmi, uczyły się prząść. Pierwszy rdzeń wspólnoty przybierał formę.

Reguła życia powstała całkiem sama. Wegetariańskie jedzenie, ćwiczenia medytacyjne, wspólna modlitwa, śpiew.

W piątki pościliśmy. Zupę zastępowało słowo, moje pogadanki, nauki i następnie dyskusje. Ludzie tłoczyli się na podłodze przed moim krzesłem. Siadali na stole, pod stołem, na drewnianych schodach wiodących do mieszkania. Spoglądałem pod moje krzesło, żeby sprawdzić, czy ktoś tam się nie umiejscowił. Napływało mnóstwo ciekawych, których  widziało się tylko raz, lecz byli również stali bywalcy, spośród nich kilka znaczących osób.  Serge Moreaux, ślepy muzyk wraz ze swym uczniem, młody André Marcel, który zajął się chórem i wykonywaliśmy  pod jego batutą ludowe i gregoriańskie pieśni , a także Grand Retour . Poezja śpiewana,taniec sakralny, wszystko to było dla nas jednocześnie ćwiczeniem i modlitwą.  Lecz najbardziej zapalony ze wszystkich był Bertin, nadzwyczaj utalentowany rytownik w kości słoniowej.  To on podczas mojej nieobecności prowadził spotkania i niektórzy przekładali jego rozprawy nad moje.

Na  przeciwległym brzegu Sekwany, na wzgórzu Saint-GeneviŹve, Bertin założył drugi ośrodek, warsztat dla chłopców, w ten sposób nasza grupa nabrała harmonijnego kształtu, z prawym i lewym płucem. Uczył  rzeźby w drewnie i spod dłuta wychodziły artystyczne przedmioty, głównie o charakterze religijnym. Sam spędzałem tam sporo czasu, a wielu zamieszkało pod tym dachem. Zarabialiśmy  w ten sposób na życie i uczyliśmy się żyć.

 

 

Trzeci ośrodek stanowiła jedna osoba, Mutsy. I ten ośrodek wymagał ode mnie więcej zaangażowania aniżeli dwa pozostałe z wszystkimi ich mężczyznami, kobietami, parami, z ich niepokojami, wymaganiami, oczekiwaniami, z ich wszystkimi problemami, które — wierzono — ja jestem w stanie rozwiązać.

Mutsy, z wyglądu kobieta salonowa, kryła w sobie naturę dzikiego kota. Aby ją nawrócić, trzeba było użyć raczej metod poskramiacza zwierząt aniżeli tych, jakimi dysponuje ojciec duchowy. Razem z Łukaszem wprawialiśmy się w tę sztukę. Teraz postępowałem podobnie i wydawało się, że osiągałem pewne sukcesy.

Zmiany, które się dokonywały w jej życiu, rzeczywiście zaskakiwały. Opuściła swe bale, przyjęcia, teatry i inne światowe błazenady, zrzuciła swe modne suknie szyte u najbardziej renomowanych krawców, a przywdziała wiejską spódnicę noszoną w jej rodzinnym kraju, Dalmacji, która zresztą pasowała jej cudownie. Wstawała rano i wraz ze swymi dwoma służącymi uprawiała ćwiczenia. Uczestniczyła w piątkowych spotkaniach i stawiała pytania jak inni. Udostępniała nam czasami swój dom w Paryżu czy ogród w Marly na nasze zgromadzenia i święta. W końcu zasiadła przed kołowrotkiem, aby prząść.

 

 

Odczuwałem ją jednak tak z gruntu odmienną, że pomysł związania się z nią sakramentem małżeństwa wydawał mi się nie do przyjęcia i udawałem głuchego, gdy ona to proponowała. Lecz powoli coraz bardziej i bardziej oswajałem się z tą ideą.

Żeby poślubić moje ubóstwo, trzeba jej było zerwać definitywnie ze swym milionerem, który puszczał płazem wszelkie jej wybryki, nie wymagając od niej nic, musiała poddać się komuś, kto będzie ją trzymał krótko i nie obiecuje nic więcej jak trudne i pracowite życie. Był to wzruszający dowód szczerej miłości. Poza tym, nigdy nie spotkałem kobiety bardziej pociągającej, a przecież nie jestem z marmuru, mimo że wielu takiego właśnie chciałoby mnie widzieć.

Następnego lata zabrałem ją z sobą do Włoch, aby ją przedstawić mej matce.

 

 

Tymczasem przytrafiła mi się ogromna radość, gdyż los zetknął mnie znowu z moją przyjaciółką z Marsylii.

Przybyła do Paryża, aby studiować w Schola Cantorum gregoriański śpiew, kontrapunkt i harmonię.

Weszła też do naszej grupy, biorąc udział w piątkowych spotkaniach i oddając swój głos naszemu chórowi. Moje nauczanie było dla niej totalnym zaskoczeniem i objawieniem.

Nadałem jej imię Chanterelle[4], a jako znak dwa ptaki, których splecione ciała tworzyły serce — serce uskrzydlone.

Naszej radości nie dzieliła Mutsy i robiła wszystko, aby ją zniszczyć.

 

 

 

Zaczęto mówić o Lanzistach i Lanzizmie, co mnie rozgniewało. ŤMoi przyjaciele — oznajmiłem — nazywać się będziemy Arche[5], arką Noego, oczywiście. A my, my jesteśmy zwierzętami Arche. Znajdują się tu gatunki, jakich nie spotyka się w ogrodach zoologicznych, na przykład lew, taki jak ja, lew  wegetariański. Kiedy Arche niesiona była wodami potopu, wszystkie schronione w niej zwierzęta powróciły do swej pierwotnej diety, przepisanej przez samego Boga: A dla wszelkiego zwierzęcia polnego i dla wszelkiego ptactwa w powietrzu, i dla wszystkiego, co się porusza po ziemi i ma w sobie pierwiastek życia, będzie pokarmem wszelka trawa zielona (Rdz. 1,30). Jeśli zwierzęta w Arche nawzajem by się zjadały, cóż pozostałoby? Być może ropucha, na którą nikt by się nie skusił!ť

Potem otworzyłem rozdział szósty z Księgi Rodzaju i skomentowałem opisane tam zepsucie moralne ludzkości sprzed potopu. I wszyscy przyznali, że wobec tej powodzi ognia zagrażającemu współczesnemu światu żadna inna nazwa nie przystawałaby lepiej do sytuacji.

 

 

 

 

Ziarno więc zostało rzucone i po trzech latach wspólnego bycia wydawało mi się, że wszystko jest na dobrej drodze. Grupa wzrastała w liczbie, wzmacniała się w wierze. Na zakupionym w Marly terenie ze zrujnowanym domem kopaliśmy, budowaliśmy, sadziliśmy tworząc następny nasz ośrodek. Spędzałem me dnie z dzielną ekipą młodych ludzi. Modlitwę poranną odmawialiśmy na dworze, zwróceni twarzą ku słońcu.

To właśnie ten czas diabeł wybrał, aby włożyć swą łapę w nasze dzieło.

Wszedł, jak to ma w zwyczaju, od zakrystii. Pewna liczba ojców porządnych rodzin zaniepokoiła się, widząc swą dziatwę biegnącą za tym „fakirem” w roboczym ubraniu. Starsza dama przyszła raz do pracowni z zapytaniem: ŤAle co on im robi, że tak ich fascynuje?ť Wysyłano księży, aby przepędzili czarownika, przegnali heretyka. Doszukiwano się w naszym kotle synkretyzmu, manicheizmu, okultyzmu i innych żab. ŤOd chrześcijaństwa do sosu tatarskiegoť — tak nas podsumował jeden jezuita. Wielu z ostrożności odeszło. Spowiednik Chanterelle polecił jej zerwać z grupą. Chciała, aby zapoznał się z notatkami, które sporządzała, gdy wykładałem  podczas naszych spotkań, lecz on krótko uciął: ŤZ demonem się nie dyskutuje.ť

Wtedy wraz z innymi zwróciła się do przełożonego Dominikanów, ojca Avrila, żeby on rozsądził sprawę. W konsekwencji przez kilka miesięcy dwaj mnisi, jeden w białym, drugi w czarnym habicie, siedzieli dyskretnie w kącie podczas naszych spotkań. ŤNie ma tu nic sprzecznego z wiarą i obyczajamiť — zapadł werdykt. ŤZdumiewające jest — oświadczył nawet ojciec — jak można być w naszej epoce tak niezwykle oryginalny, a jednocześnie doskonale tradycjonalny.ť W owym czasie komentowałem Ewangelię i mój komentarz ukazał się później w formie książkowej.

 

 

Najpierw były to ciche szepty, później pomruk, wreszcie szum oburzenia, którego trudno było nie zauważyć. Chodziło o Mutsy, którą języki obrabiały, choć mnie nikt nie śmiał robić uwag.

Nie starałem się o ratowanie pozorów i jeżeli ktoś wysunąłby mi zarzuty wprost, nie uczyniłbym nic, aby się usprawiedliwić. Gadatliwi mieli rację. Ich niepokój dowodził żarliwości, jaką mieli dla wspólnej sprawy.

Było jasne, że Mutsy nie jest zdolna stanąć u mego boku na pokładzie Arche. To nie była jej wina. Nie zaprzęga się kota do pługa.

Musiałem oddalić się od niej, lecz każda taka aluzja wywoływała u niej kryzys rozpaczy, groźby samobójstwa. Uzbroiłem się w cierpliwość i czekałem, aż życie samo przyniesie rozwiązanie.

Ona sama rozplątała sytuację, wpadając we własne sidła. Chcąc wzbudzić we mnie zazdrość, zaczęła umizgiwać się do lorda angielskiego o ryżych wąsach, co pozwoliło mi się wycofać z gry.

Przyjaciele znaleźli mi pokój na poddaszu siedmiopiętrowej kamienicy przy ulicy Pontoise, prawie na rogu nabrzeża Tournelles. Z okna widziałem wieże Notre Dame.

Dziękowałem Panu za to wyzwolenie, będąc świadomy, że mojej odwagi nie starczyłoby na ten krok.

 

 

Bertin po synowsku poprosił mnie o zgodę na poślubienie Marion. Najgorętszy z najgorętszą. Oto — rzekłem w duchu — pierwszy kamień węgielny.

Ślub odbył się jesienią w Crécy-en—Brie.

Siedziałem na końcu długiego stołu z trzydziestoma przyjaciółmi o promieniujących radością twarzach, zjednoczyliśmy się  wszyscy, aby świętować szczęście i życie. Przyjdzie czas — pomyślałem — kiedy wszystkie dni podobne będą do tego.

 

 

Było to w ostatni piątek stycznia. Siedząc na desce służącej mi za łóżko, czytałem rozdział z Ewangelii, który miałem komentować na wieczornym spotkaniu. Potem wyszedłem, gdyż maszerowanie było moim jedynym ogrzewaniem, i rozważałem przeczytany tekst, idąc nabrzeżem Sekwany.

Wróciwszy do siebie po południu, znalazłem na kartce wiadomość:

Zabito dzisiaj Gandhiego. Jestem z tobą na całe życie.

                                                                                                  Jan-Piotr

Byłem wstrząśnięty. Bardziej z zachwytu aniżeli z bólu. Jakże godny pozazdroszczenia los.

Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój, albowiem oni nazwani będą synami Bożymi.

Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości, albowiem do nich należy królestwo niebieskie.

 

 

Straciłem ojca, zyskałem syna. Wiadomość zostawił mi młody człowiek o spojrzeniu tak błękitnym, tak czystym, że nazwałem go imieniem jednego z rycerzy Okrągłego Stołu: Gauvinem.

Kiedy szedłem na spotkanie, obległa mnie na ulicy grupa dziennikarzy i fotografów.

Czterej chłopcy, którzy pracowali w ogrodzie Marly, oczekiwali mnie przy drzwiach i oświadczyli: ŤOddajemy się tobie i Arche na całe życie.ť  Na podwórzu, na schodach, na sali cisnął się tłum ludzi...

Żałoba objęła nie tylko naszą, małą grupę, lecz ogarnęła cały kraj. Nigdy śmierć jednego człowieka nie wzbudziła tak szerokiego poruszenia w świecie. Ludzie w łzach zatrzymywali mnie na ulicy, aby uściśnięciem ręki, pocałunkiem  wyrazić swoją solidarność.

 

 

Nasz mały piec w warsztacie na wzgórzu Sainte-GeneviŹve dawał więcej dymu aniżeli ciepła. Nie można było w nim rozpalać bez natychmiastowego otwierania okna. Dwóch z naszych chłopców zachorowało z powodu zaczadzenia. Oskarżono mnie o zabijanie ludzi i języki od nowa rozpoczęły swą pracę. Ktoś opowiadał, że widział mnie pijanego, uczestniczącego w rozpustnej orgii. Plotka, która spowodowała skandal, odbijający się echem w wyższych sferach. W pewnym salonie markiz i bankier wzięli się za czuby, ponieważ jeden twierdził, że jestem prorokiem i świętym, w oczach drugiego natomiast byłem bezwstydnym szarlatanem. Dowiadywałem się, że Indie przewędrowałem w towarzystwie kochanki, czy nawet w luksusowym samochodzie z dwiema dziwkami u boku. Ktoś najlepiej poinformowany, orzekł, że nigdy nie byłem w Indiach.

W konsekwencji nasza grupa zaczęła się rozsypywać. Jeden po drugim, pod jakimś pretekstem bądź bez, opuszczał  szeregi. Inni, co prawda, przybywali, lecz dziesięciu nowych nie mogło zastąpić jednego dawnego przyjaciela, w którym złożyliśmy tyle nadziei.

 

 

Gdy tylko się pojawił, błagałem w swym sercu: ŤPanie, daj nam go.ť  Miał oczy antylopy i poważne usta. Pisywał do mnie  z Tulonu, gdzie uczył się w liceum. Nazywał się Piotr i jego ojciec był dyrektorem banku w tym mieście. Związał się na pewien czas  z naszą grupą, lecz prędko odszedł. Mówił, że szuka jakiejś wspólnoty wiejskiej, najlepiej związanej z benedyktyńskim klasztorem. Lecz na razie miał jeszcze studia przed sobą i... Słomiany ogień — pomyślałem rozczarowany.

Lecz myliłem się, uznając go za straconego dla nas, gdyż wrócił po dziesięciu latach i poślubił naszą najbardziej ulubioną siostrę. Przy weselnym stole zabrałem głos:Ť Mój ślubny prezent jest niewidzialny. Oto on: Nadaję ci imię MohandČs. Czy wiecie, bracia, co to oznacza? To oznacza, że jest on waszym najstarszym bratem i zajmie moje miejsce, gdy Bogu spodoba się zabrać swego sługę.ť

 

 

Chanterelle przyszła do mnie i powiedziała: ŤWiem teraz, że jesteś w prawdzie,  proszę cię więc o przyjęcie mych ślubów na Świętego Jana, jeśli zdecydujesz się,  mimo tylu ostatnich niepowodzeń, że będziemy je składać tego roku.

To był znak, na jaki czekałem. Odpowiedziałem: Ť Zapraszam cię na spacer w najbliższą niedzielę.ť

 

 

Weszliśmy w zagajnik, gdzie pączki zaczęły się zaróżawiać. Kroczyliśmy po dywanie szeleszczących liści.

Ť Tak, zgadzam się na twoje śluby, a nawet o to proszę, lecz proszę cię jednocześnie o coś więcej. Wierzę, że kocham bardziej ciebie od mojej samotności. Zostań, proszę cię, moją żoną.ť

Ona trwała kilka chwil niema ze zdumienia.

Potem, płacząc wykrzyknęła:

ŤNie, nie, mój przyjacielu! jestem zbyt słaba, żeby pójść za tobą. Od dzieciństwa jestem chorowita, wiesz o tym. Nie chcę być ciężarem dla ciebie.ť

Ciężarem? Chwyciłem ją jak piórko i zakręciłem w powietrzu.

ŤWidzisz — powiedziałem — ile ważysz. Będę cię niósł z wszystkich mych sił, lecz to raczej ty i twoja słabość mnie poniesie, gdyż twoja miłość jest mocą.ť

Moja matka znajdowała się akurat w Paryżu. Ze złączonymi rękoma poszliśmy do niej prosić o błogosławieństwo.

ŤMój synu, wybrałeś najlepsząť — powiedziała.

 

 

W Niedzielę Palmową zaprosiliśmy wszystkich naszych przyjaciół do Marly, żeby podzielić się z nimi naszym wielkim szczęściem.

Była najpierw msza, długi opis Męki i błogosławieństwo. Później, z wiązanką bukszpanu w ręku, zgromadziliśmy się w ogrodzie, gdzie tyle pracowaliśmy, i tam ogłosiłem wszystkim radosną nowinę.

Zaskoczenie było całkowite. Wszystkich jakby sparaliżowało.

Z perspektywy lat wciąż się jeszcze zastanawiam, dlaczego nasze zaręczyny wywołały takie zgorszenie. Wydaje się, że przywdziano moją osobę  w godność kapłańską, dlatego wtedy spojrzano na mnie jak na proboszcza, który z wesołym uśmiechem oznajmia swym owieczkom, że oto zrzuca sutannę i hoc! żeni się.

Jedynie Bertin i Marion uściskali mnie entuzjastycznie i powiedzieli: ŤJeżeli założysz wspólnotę wieśniaczą, pójdziemy za tobą.ť

 

 

I nazajutrz rozstaliśmy się, rozpoczynając tym nasze wspólne życie, które będzie pasmem nieustannych pożegnań i radosnych powitań.

Miałem obowiązek wobec Łukasza: zebrać jego poetyckie arkusze i przygotować książkę, do której zamierzałem napisać wstęp.

Wsiadłem więc na mój stary rower i udałem się do Rycologne, aby spędzić tam dwa tygodnie.

 

 

Chanterelle pojechała do wiejskiego domu swej rodziny niedaleko BolŹne. Dołączyłem do niej, gdy tylko skończyłem mą pracę, zgoliwszy przed przyjazdem mą srebrzącą się brodę, aby zrzucić z twarzy z dziesięć lat.

Dom pełen był dzieci i piosenek. Biesiadowaliśmy radośnie, uszczęśliwieni..

 

 

Wróciwszy do Paryża, ujrzeliśmy spustoszenia dokonane pracą złośliwych języków. Ogród był zaniedbany, nasza pierwsza sałata przerośnięta. Szeregi przyjaciół mocno się rozrzedziły.

Warsztat dziewcząt przetrwał i na piątkowych spotkaniach gromadziło się tu sporo ludzi, lecz głównie spoza grupy.

Ślepa Denise, żarliwa chrześcijanka, z powodu swego kalectwa zwrócona mocno ku wnętrzu,  wiernie przychodziła słuchać mego komentarza Ewangelii. Mówiła nam o swych przyjaciołach w Saintonge, którzy posiadali ładną posiadłość na wsi. Oni czytali Pielgrzymkę do ’Źródeł  i byliby chętni użyczyć nam swej ziemi na doświadczenie z Arche.

 

 

Ja z Chanterelle udaliśmy się na miejsce, do Tournier, drogą prowadzącą przez las, a następnie przecinającą olbrzymią ukwieconą łąkę dotarliśmy do niskiego domu obramowanego licznymi gospodarskimi zabudowaniami.

Rodzina, której członkowie są ludźmi wykształconymi, dużo podróżującymi, przyjęła nas bardzo uprzejmie. Charles Fauconnier, gospodarz posiadłości, grawerował na miedzi. Ojciec Vaton, o rumianej twarzy i białych włosach, bliski przyjaciel rodziny, był poetą. Wszyscy rozmiłowani w śpiewie gregoriańskim i ludowych piosenkach.

Umowa została zawarta. Otrzymaliśmy około sto hektarów ziemi uprawnej, duży ogród warzywny i skrzydło domu do zamieszkania.

 

 

 

Nasz ślub był celebrowany w gotyckiej kaplicy w Crécy-en-Brie w dniu świętego Jana w roku 1948 i następnie świętowany śpiewami i tańcami w ślicznym ogrodzie naszych gospodarzy. Z pięćdziesięciu przyjaciół uczestniczyło w naszej radości oraz  rodzice.

Tak jak zakończeniem psalmów jest Gloria... in saecula saeculorum , a baśni Ťi żyli długo i szczęśliwie i mieli dużo dzieciť, tak też zakańcza się to opowiadanie.

(Dwadzieścia lat później bowiem mieliśmy sto pięćdziesiąt dzieci.)

Tego samego lata osiedliliśmy się w Tournier z Bertin, Marion ich czwórką dzieci oraz z jednym kawalerem. Arche została utworzona.

 

 

 

 

 

 

            II     ETAPY

 

Tournier w Saintonge i Tourette-sur-Loup

 

W Tournier trwaliśmy cztery lata. Terminowałem  tam z wielkim trudem na urzędzie patriarchy.

Wspólnota od pierwszego dnia przyjęła piękne oblicze, zachowane do dzisiaj, i przeżywaliśmy szczęśliwe dnie, wspaniałe święta.  Goście mogli mieć iluzję, że jest to mały raj na ziemi.  Ci, którzy znali tę barwną dekorację od podszewki, wyrzucali mi, że przywiązuję się do pozorów i mówię tak, jakbym nie znał rzeczywistości. Odpowiadałem:Ť Trzeba mieć przed oczyma ideał, aby móc krok po kroku zbliżać się do niego.ť

Naszym błędem było przyjmowanie każdego, kto pukał do naszych drzwi, i naiwna wiara, że dzięki non-violence zdołamy ich nawrócić. Złodzieje, oszuści, błąkający się żołnierze chronili się pod naszym dachem i wynosili, co tylko chcieli. Gorszymi byli marzyciele z ich obłąkanymi pomysłami  i roztrzęsionymi nerwami, lecz najgorszymi Ťdrobne doskonałościť, osądzające wszystko i wszystkich. Dramaty, kryzysy, kłótnie następowały jedne po drugich. Gnębiły nas olbrzymie, nierozwiązalne problemy, gdyż nikt nie chciał dostrzec, że one po prostu nie istnieją.

Wspólnotę w końcu trzeba było rozwiązać i opuścić Tournier. Myślałem nawet o wyjeździe z Europy. Pozostałem jednak i przez rok formowałem w głównych miastach grupy przyjaciół oraz zacząłem redagować na ich użytek biuletyn Nowości Arche.

Kilku wiernych podążyło za nami i w siedmioro osiedliliśmy się w Tourette-sur-Loup, gdzie dziewczęta przystąpiły do nauki tkactwa.

 

 

Nowa pielgrzymka do Indii

 

 

W tym czasie udałem się do Indii, aby poznać Vinobę, spadkobiercę Gandhiego. Przez trzy miesiące wędrowałem z nim piechotą od wioski do wioski.

Święty człowiek głosił ojcom rodzin dobrą nowinę: że ich syn, który opuścił dawno temu rodzinny dom, uważany za zaginionego, jest żywy i oto właśnie wrócił. I to on sam był tym synem, biednym, i teraz wzywał  do przekazania mu jego części dziedzictwa.

Otrzymał w ten sposób setki tysięcy, miliony hektarów ziemi, które rozdawał bezrolnym chłopom, zaczynając od pariasów i najbardziej biednych.

Po powrocie napisałem Vinôba ou le Nouveau PŹlerinage (Vinoba czyli Nowa Pielgrzymka), która ukazała się w tym samym roku.

 

 

         La Chesnaie de Sénos

 

 

W Tourette mała grupa wzrastała pod opieką Chanterelle. Było nas piętnastu, ale nie mieliśmy ziemi, na której moglibyśmy pracować, ani środków do jej nabycia.

Poprosiliśmy rodzinę Chanterelle, aby nam użyczyła swój wiejski dom la Chesnaie de Sénos, niedaleko BollŹne.

Była to piękna posiadłość z dużym domem, z zabudowaniami gospodarczymi, z podwórzem ocienionym wysokim platanem i klonem, poza tym należał do niej las dębowo-sosnowy, dwie winnice, dwa warzywne ogrody, źródło i trochę ziemi ornej za kanałem.

Żyliśmy  w tym gospodarstwie  ponad dziesięć lat.

Nieustanny przepływ ludzi, tak charakterystyczny dla wspólnoty w Tournier, tu zwolnił tempa i dzięki temu mógł się  uformować solidny trzon wiernych osób.

Przyjmowaliśmy wszystkich, jak dawniej, lecz staliśmy się bardziej wymagający od tych, którzy chcieli składać śluby, i bardziej ostrożni; badaliśmy najpierw, czy osoby pragnące do nas przystąpić mają naprawdę powołanie do życia wspólnotowego. Jednakże przed nikim nie zatrzasnęliśmy drzwi. Zwykle ludzie odchodzili sami, a my ich po prostu nie zatrzymywaliśmy.

Uchwaliliśmy, że ważne decyzje będą podejmowane przy jednomyślnej zgodzie wszystkich kmieci [6] podczas specjalnie do tego celu powoływanego zgromadzenia i jest to regułą do dzisiaj. Przywódca przekazywał coraz więcej i więcej swych obowiązków innym. On sam często wyjeżdżał, aby odwiedzać grupy przyjaciół oraz tworzyć inne, w kraju i za granicą, dotarł ze swą misją aż do Południowej Ameryki. Przyzwyczajał w ten sposób dom do odpowiedzialnej samorządności i wprawiał kmieci do  kierowania wspólnotą.

 

 

         Akcja  cywilna

            Przeciwko  torturom,  przeciwko bombie

 

Od marca 1957 roku, a więc w dziewiątym roku życia wspólnotowego, weszliśmy w akcję cywilną pod hasłem non-violence.

Wojna w Algierii ciągnęła się bez końca. Dochodziły głosy, z publikacji, lecz szczególnie od tych, którzy stamtąd wracali, że poza zniszczeniami i masakrami, będącymi zwykłymi rezultatami wojny, stosuje się w podbitym kraju tortury. Dużo uczciwych ludzi nie chciało wierzyć, inni usiłowali to usprawiedliwić, lecz dla honoru Francji był to skandal.

Zdecydowałem się na znak protestu podjąć dwudziestodniową publiczną głodówkę , dołączył do mnie Mohandas i jeden jeszcze kmieć. Ogłosiliśmy poprzez afisze i ulotki Apel do sumienia Francuzów, a także Apel do przywódców religijnych Islamu  oraz Apel do przywódców Frontu Wyzwolenia Algierii.

Te przedsięwzięcia oraz kilka następnych są przedstawione w książce Technique de la non-violence  (Technika non-violence.)

 

 

Następnego roku przypuściliśmy szturm na centralę atomową Marcoule, gdyż wiedzieliśmy, że przygotowywana jest tam bomba, chociaż władze  oficjalnie się do tego nie przyznawały. W osiemdziesięciu przedarliśmy się do środka i usiedliśmy przed zamkniętymi drzwiami dyrekcji.

Dwustu policjantów, przybyłych z Nimes, przez pół dnia wyciągało nas stamtąd za nogi.

Postanowiliśmy wrócić, ale w dwa tysiące osób.

Zaczęliśmy więc nawoływać miejscową ludność, przemawialiśmy na placach, w salach, rozmawialiśmy z lokalnymi władzami, pukaliśmy do mieszkań. Wzywaliśmy inżynierów, robotników...

Jednakże w Paryżu, w Algierii, w armii  zaszły doniosłe wydarzenia i po dojściu de Gaule’a do władzy dzielni chłopcy bardziej byli skłonni chwycić karabin do ręki aniżeli pokojowo oblegać fabrykę z bombami.

Zdani na własne siły podjęliśmy walkę poprzez piętnastodniową głodówkę, Chanterelle z siedmioma kmiećmi przed Marcoule, Shantidas z siedmioma innym w Genewie, gdzie politycy rozprawiali tyleż wzniośle co jałowo o rozbrojeniu i na deser częstowano się serdecznie wystawnymi obiadami.

Lecz w następnym roku Anglicy dali dobry przykład pokojowego szturmu, dziesięciotysięczna manifestacja ruszyła na ich fabrykę zbrojeniową w Aldermaston.

Trudno byłoby zliczyć wszystkie głodówki, marsze, protesty, jakie w ciągu wiele lat podejmowaliśmy przeciwko zbrojeniom nuklearnym jak i elektrowniom atomowym, równie niebezpiecznym w przypadku awarii.

 

                          Przeciw   obozom   koncentracyjnym

 

Latem 1959 jeden z naszych sprzymierzonych, Jo Pyronnet, z trzydziestoosobową grupą ochotników, rekrutujących się z naszej wspólnoty jak i spoza niej, ruszył z kampanią przeciwko obozom koncentracyjnym, zwanym oficjalnie Ť obozami internowaniať gdzie zamykano bez sądu Ťpodejrzanychť Algierczyków.

 Operacja polegała na tym, że udawali się do obozu, oświadczając, że są podejrzanymi i domagali się prawa uwięzienia ich wraz z innymi.

Gdyż jest powiedziane:ŤJeśli uderzy cię ktoś w jeden policzek, nadstaw drugiť, a logicznym rozwinięciem tego przykazania jest: ŤJeśli twój brat zostanie uderzony w policzek, nadstaw swój.ť

Istniały cztery obozy we Francji, o których Francuzi nic nie wiedzieli, największy na płaskowyżu Larzac.

Lecz cóż zrobić z podejrzanymi na ochotnika? Takich nie chciano. Im bardziej oni się cisnęli za druty, z tym większą brutalnością wyrzucano ich na wolność.

Grupa niezrażona szorstką odprawą wracała nazajutrz i w następne dni. To były bardzo wyczerpujące miesiące, lecz ich owocem było to, że szeroka opinia publiczna dowiedziała się o istnieniu obozów, po raz pierwszy też słowo non-violence (non-violence) pojawiło się w prasie francuskiej. I tych trzydziestu bojowników zrodziło w Paryżu pięć tysięcy, którzy wyszli na ulice z transparentami:ŤJesteśmy wszyscy podejrzani. Internujcie nas w obozach.ť Pięć tysięcy na czterdzieści pięć milionów Francuzów to nie jest dużo, lecz jakość zastępowała ilość, w tym pochodzie maszerowali bowiem profesorowie, księża, pastorzy, mnisi, sławni pisarze oraz inne  wysoko postawione  osobistości, którzy ani nie śnili, że pewnego dnia zejdą na ulicę... Był to przejmujący w swym wyrazie widok, gdy ci dostojni panowie rzucani byli do furgonetek policyjnych.

 

 

                                         Odmowa służby wojskowej

 

Jo Pyronnet prowadził także kampanię na rzecz uchylających się od służby wojskowej, powoływanych na wojnę do Algierii.

Stawialiśmy takie warunki:

nie wolno zdezertować;

nie wolno ukrywać się;

nie wolno wyjechać za granicę, zwłaszcza do nieprzyjacielskiego kraju;

swoją odmowę należy uzasadnić w słowach grzecznych i wraz ze swym adresem przesłać do urzędu werbunkowego;

nie można odmawiać służby, lecz tylko domagać się prawa do służby cywilnej na rzecz najbiedniejszych w zamian za służbę wojskową. I oczekując, aż takie prawo zostanie legalnie przyznane, należy natychmiast rozpocząć pracę.

 

Ochotnicy  zakładali więc brygady pracy w dzielnicach najbardziej nędznych, zaludnionych przez afrykańskich robotników. Poborowy mieszał się z innymi. Kiedy żandarmi przychodzili go szukać, kierownik brygady mówił:Ť Nie widzę go, lecz bądźcie spokojni, jutro on się stawi.ť

I stawiał się, ale nie w urzędzie, tylko przed pomnikiem na publicznym placu w godzinie największego ruchu  z wielkim transparentem objaśniającym jego sprawę, a przyjaciele rozdawali przechodniom ulotki. Kiedy policja przybywała, znajdowała na miejscu nie jednego, ale siedmiu czy dwunastu związanych razem łańcuchem, czy nawet przykutych do kraty pomnika.

Po przewiezieniu ich na posterunek, na zapytanie: Kto z was jest Jackiem Kowalskim?ť odpowiadali chórem: ŤMy wszyscy nim jesteśmy

— Wasze dokumenty!

— Nie mamy.

— Wszyscy więc do więzienia!

— Bardzo dobrze.

Lecz prawo nie przewiduje takiego przypadku, nie może karać osób, których nie zna imienia ani winy, nawet jeśli chcą oni dobrowolnie przyjąć na siebie wyrok nałożony na kogoś innego. Przetrzymywano więc ich trzy, cztery miesiące, aż do czasu zbadania tożsamości.

Kiedy Ťprzestępcať został wykryty, zwalniano pozostałych, którzy rozpoczynali tę samą grę gdzie indziej pod innym nazwiskiem bądź pod własnym, gdy to na nich przyszła kolej.

Wymuszenie na ministerstwie przyznania prawa do  odbywania zastępczej służby wojskowej w sektorze cywilnym zostało uzyskane w trakcie długiej głodówki prowadzonej przez naszego przyjaciela Lecoin; lecz zanim Parlament uchwalił odpowiednią ustawę, wielu z nas spędziło jeszcze długie miesiące w więzieniu. Do zwycięstwa przyczynił się walnie proces wytoczony Jo Carpentrasowi oraz dwom kmieciom Arche  w Pałacu Sprawiedliwości w Carpentras, jakiego nie widziano od czasów Gandhiego, podczas którego prokurator wygłosił mowę pochwalną na cześć oskarżonych, a sędzia usprawiedliwiał się, że musi ich skazać.

 

 

                                             Głodówki   w  Rzymie

 

Podczas Wielkiego Postu 1963 roku, między dwiema sesjami Soboru, Shantidas rozpoczął w Rzymie, w cysterskim klasztorze Frattochie, całkowity czterdziestodniowy post,  przesławszy  do papieża Jana XXIII orędzie na temat wojny, bomby i non-violence, jedynej broni chrześcijan.

Gdy jego post dobiegał końca, ukazała się encyklika Pacem in Terris, odpowiadająca na prawie wszystkie zawarte w orędziu postulaty.

W roku 1965, podczas ostatniej sesji, z inspiracji Chanterelle dwadzieścia kobiet z różnych krajów, między innymi Dorothy Day, zjednoczyły się w rzymskim klasztorze Cenacle i przystąpiły do dziesięciodniowego postu. Apel, napisany ręką Chanterelle do ojców Soborowych, został  odczytany przez biskupa z Verdun i głęboko poruszył Zgromadzenie.

Po raz pierwszy pod wysokimi sklepieniami Bazyliki Świętego Piotra dał się słyszeć głos kobiet.

Owocem naszych trzech wyjazdów do Rzymu, dwóch postów, a także licznych kroków przedsięwziętych wobec Komisji i biskupów było, że w Konstytucji duszpasterskiej o Kościele w świecie współczesnym  w rozdziale V ŤPotrzeba umacniania Pokojuť możemy znaleźć :

1. naszą myśl tyczącą non-violence, nieco skróconą, lecz przedstawiającą najważniejsze zasady (we wprowadzeniu);

2. stwierdzenie, że nie można usprawiedliwić wykonywania rozkazów zwierzchnika  będących w sprzeczności z ludzkim sumieniem i że Ťnależy bardzo chwalić odwagę tych, którzy nie boją się otwarcie przeciwstawiać nakazującym tego rodzaju rzeczyť;

3. wezwanie,  aby władze państwowe opracowały ustawodawstwo umożliwiające poborowym, którym sumienie nie pozwala nosić broni, inną formę służby narodowi;

4. Ťstanowczeť potępienie wojny totalnej;

5. uznanie, że Ťdziałania wojenne, zmierzające do zniszczenia całych miast lub też większych połaci kraju są zbrodnią przeciw Bogu i samemu człowiekowiť;

6. stwierdzenie, że Ťrównowaga siłť, na której wielu przywódców pragnie budować pokój,jest zwodniczą metodą,  absolutnie nie oddala przyczyny wojny, a raczej do niej prowokuje;

7. oświadczenie, że Ťwyścig zbrojeń  stanowi najgroźniejszą plagę ludzkości, a równocześnie nieznośną krzywdę dla ubogich. I jeśli nadal będzie trwać, spowoduje kiedyś wszystkie zgubne klęski, do których już przygotowuje środkiť.

     

 Sobór na  zakończenie swych obrad zwrócił się z apelem do kobiet świata, im powierzając zadanie Ťpojednania ludzi z życiemť.

Ť A szczególnie czuwajcie, prosimy was, nad przyszłością naszego gatunku. Powstrzymajcie ręka Człowieka, który w swym szaleństwie może zniszczyć ludzką cywilizację.ť 

                                                  

                                    Koniec  akcji  cywilnej

 

Jo Pyronnet, który zostawił swą liczną rodzinę pod opieką wspólnoty, wycofał się w końcu ze swych kampanii  i wkrótce stał się patriarchą domu. Pozostał nim przez wiele lat, podczas gdy my opuściliśmy dolinę Renu i osiedliliśmy się w Haut-Languedoc.

Claude Michel, prawa ręka Pyronneta w akcji cywilnej, założył w Lyonie wspólnotę miejską. W ślad za nim podążył jego szef, który podjął taką próbę w Grenoble.

Zaprzestali oni akcji cywilnych, aby móc zająć się formowaniem grup lokalnych opartych na zasadzie non-violence. Te grupy mnożyły się, jedne w relacji z Arche, inne niezależne, a nieraz nawet nieprzyjazne nam.

Powstawały także czasowe wspólnoty poborowych, którzy odmawiali przyjęcia karabinu do ręki.

Byliśmy boleśnie rozczarowani, widząc, że wielu z nich daleko jest od idei non-violence. Nie sumienie im dyktowało ich postawę, ale polityczne względy czy wręcz  zaburzenia charakteru.

Spotkaliśmy ich podczas marszu do więzień podjętego na znak solidarności z poborowymi Hiszpanii.

 

 

                                                Marsz  do  więzień

 

Sprawa rozpoczęła się podczas jednego z naszego obozu, jakie organizowaliśmy każdego roku w górach Katalonii, gdy pojawił się przed nami brodaty drągal o donośnym głosie, bardziej przypominający konkwistadora z epoki podbojów kolonialnych aniżeli baranka pokoju. José  Beunza, zwany Pépé.

Przy ognisku opowiedział nam o swoim projekcie wystawienia się na represje Prawa, aby wywalczyć, jak my we Francji, ustawę zezwalającą poborowym  odbywanie zastępczej służby.

Wielokrotnie odwiedzał naszą wspólnotę, objechał również pacyfistyczne grupy w Europie, aby zapewnić sobie międzynarodowe wsparcie. Wsparcie zostało mu w odpowiednim czasie udzielone , lecz nie przyniosło żadnych rezultatów, gdyż manifestacje zagraniczne interweniujące w sprawach kraju, szczególnie w sprawach jego armii, wywołują raczej patriotyczne reakcje zranionej miłości własnej i nie są zdolne wywrzeć skutecznego nacisku.

Kiedy został aresztowany, ruszył z Genewy, jak to było przewidziane, Ť Marsz do więzieńť, prowadzony przez naszego przyjaciela Gonzalo Arias. Pochód manifestantów zdążał do granicy w Pirenejach.

Wszyscy, również ci, którzy się przyłączyli bardziej Ťdla drakiť, na granicznym moście Bourg-Madame dzielnie wystawili się na pałowanie.

Pépé Beunza przesiedział cztery lata w więzieniu i po wyjściu zza krat natychmiast rozpoczął od nowa swą walkę.

 

 

                                                 Obrona  Larzaku

 

Od kilku już lat byliśmy w Haut-Lanquedoc, kiedy dowiedzieliśmy się o zagrożeniu wiszącym nad wieśniakami i pasterzami Larzaku. Stanęliśmy w ich obronie, gdyż jako sąsiedzi nie mogliśmy pozostać bierni.

Ministerstwo Armii oznajmiło, że poligon wojskowy w Larzak zostanie powiększony o kilkanaście tysięcy hektarów. Płaskowyż jest pustynią — brzmiało oświadczenie — i znajdują się na nim tylko zrujnowane gospodarstwa z wymierającą, nieliczną ludnością, której zapewni się byt w innym miejscu. Mieszkańcy tego regionu dowiedzieli się o swym losie z radia. Spiker powiadomił ich również, że są oni zadowoleni z czekającego ich przesiedlenia!

Wapienny płaskowyż Larzaku jest jednym z ostatnich południowych wzniesień Masywu Centralnego. Z wyglądu rzeczywiście pustynny, lecz porastająca go spopielała, krótka trawa żywi liczne stada owiec, których mleko wykupywane jest przez sławne wytwórnie serów Roquefort. Step urozmaicają łany zboża. Mieszkańcy dzięki swej odwadze i przedsiębiorczości stworzyli na tej kamienistej ziemi dobrze prosperujące rolnictwo. Za żadną cenę nie chcieli opuścić swe owczarnie, swe piękne dobrze wyposażone domy i zostawić je na ostrzał artyleryjski.

Obóz wojskowy nie był nam nieznany. Podczas wojny z Algierią służył jako obóz koncentracyjny i to tu właśnie przypuściliśmy nasz pierwszy atak.

Udałem się do wieśniaków i zaproponowałem im poddanie się wraz ze mną piętnastodniowej głodówce. Na ich zdziwioną minę przedstawiłem im zasady non-violence i przykładami ukazałem ich skuteczność.

Oddano mi do dyspozycji fermę i tam podczas Wielkiego Postu 1972 prowadziłem głodówkę razem z dwudziestoma wieśniakami, którzy się wymieniali każdego dnia. Przybyło dwóch biskupów, jeden z Rodezu, drugi z Montpellier, którzy się przyłączyli do nas na jeden dzień. To po raz pierwszy w historii biskupi wzięli udział w publicznej głodówce protestacyjnej. Sprawa nabrała ogromnego rozgłosu w prasie i poruszyła opinię publiczną. Na Wielkanoc tysiące młodych zalało płaskowyż i cały nasz wysiłek skupił się na uśmierzaniu ich zapału, gotowego wszystko przewracać.

Owocem mojego postu było zjednoczenie się wieśniaków, poczuli oni siłę w swej jedności, a jednocześnie ducha non-violence. Trzystu spośród nich złożyło publiczną przysięgę, że odmówią każdej ofercie kupna ich posiadłości, wszelkim korzyściom osobistym, jakie by im nie były proponowane.

Wysłaliśmy im jednego z naszych kmieci z żoną, aby pomagał w akcji, tak w rzeczach administracyjnych jak i duchowych. Zawsze jednak  w ich rękach zostawialiśmy inicjatywę i prowadzenie własnej sprawy. Okazali się oni obdarzeni niezwykłymi zdolnościami, o jakich sami nie wiedzieli.

Jeden z ich pomysłów wywodził się z prostej logiki: ponieważ wy, wojskowi, zabieracie nam nasze pastwiska, my pójdziemy paść zwierzęta na waszych! I Paryżanie pewnego poranka ujrzeli stado owiec na trawniku Szkoły Wojskowej.

W tym dniu byłem w Londynie i z pierwszej strony dziennika rzuciła mi się w oczy ta sielankowa scena, obramowaną czterema stalowymi łapami Wieży Eiffla. Później w Ameryce widziałem jeszcze na afiszu w uniwersytecie Kolorado te owce pasące się w centrum miasta . 

Obrona Larzaku pobudziła wszystkich niezadowolonych w regionie do wystąpień. Najpierw zaprotestowali robotnicy z Milau, sąsiedzkiego miasta, dotknięci kryzysem ich przedsiębiorstwa. Później ci z Besanćon, którzy usiłowali przejąć we własne ręce ich zakład wytwarzający zegarki, zagrożony bankructwem. I wielu innych, artyści, ekolodzy, archeolodzy, jak również obszarpańcy z marginesu społecznego. Południowa prowincja, od czasu wojny z Albigensami zbyt często traktowana przez Paryż jak kolonia, budziła się.

Batalia o Larzak przybrała szeroki narodowy charakter. Latem 1974 roku ludzka fala licząca sto tysięcy osób zalała skaliste pustkowia. Było to święto dożynkowe. Zebrane na wojskowych terenach zboże chłopi przekazali mieszkańcom Sahel, dotkniętych suszą.

6 października tego samego roku dwa małżeństwa, kmiecie Arche, oraz kilku jej postulantów zajęli fermę kupioną przez armię. Orali ziemię, hodowali owce i remontowali opuszczone od kilkudziesięciu lat budynki. W następnym roku inne grupki młodych  pociągnięte przykładem postąpiły podobnie, lecz po kilku miesiącach  zostały siłą wyrzuceni. Na taki znak czekaliśmy, świadomi, że zdecydowana postawa władz zmobilizuje ludzi do zdecydowanego oporu.

Podczas Ťspisu nieruchomościť, wstępu do wywłaszczenia, wieśniacy udali się do prezydiów, gdzie urzędowali przedstawiciele rządu, ale tylko po to, aby zawładnąć aktami i rozpalić z nich ognisko przed bramą podprefektury.

Tak samo  zeszłego roku wtargnęli aż do samego obozu wojskowego, gdzie włamali się do biura kapitana, kierującego zakupem ziemi, i podarli jego papiery. Zostali skazani przez trybunał w Milau, lecz natychmiast, na rozkaz z Paryża, uwolnieni.

Walka trwa i dobrze że trwa, gdyż jakikolwiek będzie jej finał, rodzi ona dobre owoce w duszach.[7]
OBJAZDY  I   OBOZY

 

Moje objazdy z konferencjami do miast rozpoczęły się od zamknięcia domu w Tournier i od tej pory wyruszam w drogę dwa razy na rok, jesienią i wiosną. Celem  tych podróży jest rozszerzanie w świecie naszej nauki w jej podwójnym wymiarze: non-violence oraz życie wewnętrzne. Lecz szczególnie zależy mi na tworzeniu grup przyjaciół Arche, które pozostając w swoim miejskim środowisku wcielają w swe codzienne życie nasze ideały. Tak więc grupy przyjaciół są naszym przedłużeniem, ale jednocześnie korzeniem, gdyż tam właśnie rodzą się powołania, dojrzewają ci, których przeznaczeniem jest dołączenie do nas.

Również spośród nich rekrutujemy często działaczy do akcji cywilnych, chociaż w naszej metodzie kładziemy nacisk, aby kampanie non-violence w świecie poprzedzał długi okres modlitwy i medytacji oraz praktyka non-violence w życiu codziennym, w rodzinie, we wspólnocie.

Objeżdżam już tak  przez dwadzieścia pięć lat  Francję, Belgię, Szwajcarię, Hiszpanię, Włochy, jak również obie Ameryki uprzedzając ludzi o niebezpieczeństwie zagrażającym światu i ukazując jedyne możliwe wyjście z katastrof, całkowicie zasłużonych i pieczołowicie w laboratoriach  przygotowywanych,  inspirowany nie Ťduchem profetycznymť (jak mówią niektórzy), lecz zwykłym zdrowym rozsądkiem, widzącym rzeczy tak oczywiste, że nikt nie chce ich dostrzec. Wszędzie tworzę, odwiedzam, odnawiam moje grupy; i gdziekolwiek się znajduję, na górskich ścieżkach, na dworcu, w samolocie, w kawiarni, pod tropikami czy na śniegu, piszę dla nich każdego miesiąca Wiadomości Arche.

Każdego roku organizujemy we Francji dwa letnie obozy, jeden w Hiszpani i we Włoszech, czasami w Belgii. Odbyły się także wakacyjne zgrupowania w Urugwaju, w Argentynie, w Kanadzie i Kalifornii, gromadzące od stu do dwustu pięćdziesięciu osób, w tym dużą część młodych. Kosztuje się na nich życia wspólnotowego, zespołowej pracy własnymi rękoma, śpiewu, tańcu, duchowych ćwiczeń, medytacji i modlitwy, czerpie się siły na następny rok i często światło na całe życie.

 

 

            ARCHE   DZISIAJ[8]

 

La Borie Noble od dwunastu lat stanowi patriarchalną ziemię Arche. Jest to posiadłość obejmującą dolinę pod szczytami Orb, w połowie drogi między Béziers i Millau.

Posiadłość rozległa i bogata. Bogata w ciernie, kamienie i wiatry. Od końca pierwszej wojny światowej była ona opuszczona i kupiliśmy ją za cenę, za jaką można by nabyć małe mieszkanie w Paryżu.

Obszerne, zrujnowane budynki wyremontowaliśmy, dokładając starań, aby zachować w dawnej formie stare, piękne sklepienia, łuki, schody, tarasy. Dobudowaliśmy inne sklepienia, dziedziniec z portykiem oraz wieżę z dzwonem.

Żyje nas około stu pięćdziesięciu w kilku domach, wliczając w tę liczbę dzieci i zmieniających się często stażystów. Tworzymy trzy wspólnoty, ściśle współpracujące z sobą.

Nikt nie płaci i nikt nie jest opłacany. Pracujemy razem, a owocami dzielimy się. Nikt nie pracuje na zewnątrz dla zarobku. Wspólnota nie dorabia się również. Nadmiar plonów jest rozdawany.

Sprzedaje się i kupuje możliwie jak najmniej. Nasza ziemia zapewnia nam wszystkim pożywienie. Sprzedajemy czasami artykuły rzemieślnicze, rzadko produkty rolnicze.

Mamy sześć koni do pracy, dwanaście krów, kurnik, pasiekę, piekarnię, serownię, dwa warsztaty tkackie, jedną garncarską i stolarską oraz drukarnię. Na niwie artystycznej działa u nas chór oraz zespół taneczny. Dwie nasze płyty zdobyły pierwsze miejsce w konkursie międzynarodowym. W kościołach bądź w stodołach zdarzyło się nam wystawiać nasze sztuki teatralne: Marsz Królów  na Boże Narodzenie i  Mękę na Wielkanoc.

Porody odbywają się w domu, bez zamieszania i paniki.

Domownicy łączą się w porannej i wieczornej modlitwie. Co godzinę, na dźwięk dzwonu wszyscy  przerywają swe zajęcia, aby oddać się w chwili ciszy wewnętrznemu skupieniu. Przed i po południu gromadzimy się na wspólnej lekturze tekstu.

Na obiad wszyscy się jednoczą przy wspólnotowym stole, ale kolację każda rodzina spożywa w swym zaciszu domowym, aby wzmacniać swoje, małe ognisko, na którym wspiera się większe, całej naszej społeczności.

Wreszcie mamy szkołę i ogród dziecięcy.

 

            WYFRUWANIE  Z  ULA

 

Liczba braci i sióstr pod jednym dachem nie powinna przekraczać trzydziestu, gdyż powyżej tej granicy życie wspólnotowe staje się trudne, czy wręcz niemożliwe.

Lecz nie ma ograniczeń dla liczby wspólnot, pod warunkiem że znajdzie się odpowiednio dojrzały przywódca dla każdej.

Dla naszego ula nadszedł czas rojenia. Formuje się grupa gotowa wyjechać, aby zakładać nową wspólnotę. Przyszłość stoi otworem. Bądź błogosławiony, Boże!

 

            III   DEFINICJE  I  KONSTYTUCJE

 

                                                  

         DEFINICJE   ARCHE

 

PODOBIEŃSTWA  I   RÓŻNICE

 

Arche podobna jest do wielu rzeczy i niepodobna do niczego.

Postaramy się ją porównać z tym, do czego jest podobna, aby ją w ten sposób zdefiniować.

Jako wspólnota wieśniacza żyjąca bogobojnie w rodzinach na marginesie społeczeństwa, przeciwstawiająca się powszechnemu prądowi, bardzo przypomina sektę, lecz nie jest sektą.

Sekta definiuje się przez odrzucenie zinstytucjonalizowanej, masowej  religii, którą uznaje za zbyt zeświecczoną. Powodem takiej postawy jest zwykle wymóg nieskazitelności, stąd rodzi się mały kościół dla samych świętych, odzielonych od grzeszników, stający w opozycji do wszystkiego i wszystkich. Ta wyłączona ze świata grupa najczęściej (chyba, że tworzą ją obłąkani lub szalbierze) utrzymuje na wysokim poziomie swe cnoty, w czym pomagają jej walnie prześladowania, jakie na siebie ściąga, gdyż otrzymywane plagi szlifują doskonałość, podczas gdy uznanie i pochwały  brudzą ją.

Ta doskonałość posiada odwrotną stronę, a jest nią...  duch sekciarski. Lecz duch sekciarski nie jest ( jak się zazwyczaj sądzi) Ťślepym przywiązaniem do błęduť, gdyż ów Ťbłądť najczęściej jest doniosłą prawdą wziętą z Pisma świętego i to właśnie do sekciarzy najlepiej pasuje wypowiedź Leibnitza o filozofach: ŤOni mają słuszność w tym, co stwierdzają, lecz nie mają słuszności w tym, czemu zaprzeczają.ť Duch sekciarski jest to polemika zastępująca proroctwo, jest to surowość uważająca się za nieskazitelność, jest to pyszne przeświadczenie należenia do małej grupy wybranych. Do sekt religijnych można dołączyć, nie mniej fanatyczne, sekty antyreligijne, anarchistyczne na przykład, które usiłują niekiedy stworzyć braterskie wspólnoty bez żadnych zasad, braterstwa bez ojcostwa...

W tym punkcie jesteśmy przeciwieństwem sekty, dla nas religia, która dzieli zamiast jednoczyć, nie spełnia swego zadania, dlatego nie tylko włączamy się w życie miejscowej parafii, ale staramy oczyszczać się z wszelkiego ducha sekciarskiego i dalecy od tego, aby izolować się, spojrzeniem serca mierzymy poza historyczne granice naszego kościoła.

Wiemy przecież, że jedynie religia potrafi zjednoczyć w prawdzie ludzi, dlatego pogłębiamy naszą wiarę i szanujemy władze kościelne, szacunkiem świadomym i czujnym, co jest czymś innym aniżeli ślepe posłuszeństwo.

Zdajemy sobie sprawę z nadużyć i słabości duchowieństwa, z letniości naszych współwyznawców, ale to nie w nich mamy wierzyć, lecz w Tego, przed Którym najwyższa doskonałość jest niczym. Jeśli ubolewamy nad ułomnością naszego kościoła i chcemy uczestniczyć w jego oczyszczeniu, to jest to możliwe tylko od wewnątrz, gdy rozpoczynamy od nas samych.

Nie można się uznać za  stronnika non-violence, gdyż non-violence jest otwarciem się na nieskończoność, która jest nie do pogodzenia z jakimikolwiek stronami.  Można się tylko oddać, poświęcić non-violence.

Jeśli jednak podobni jesteśmy do sekty, to poprzez sprzeciw wobec świata.  Sprzeciw, lub można powiedzieć wyrzeczenie, i w tym jesteśmy pokrewni Religijnym Zakonom. Lecz to nie wszystko, posiadamy również regułę, śluby i wewnętrzną dyscyplinę. To dlatego nazywamy się Zakonem. Lecz zobaczymy, iż jesteśmy równie odmienni od innych Zakonów, co od sekt.

Kościół katolicki posiada swoje zakony, prawosławny swoje; mają je Muzułmanie (derwisze i fakirzy), Hindusi, Tybetańczycy... Wszystkie Zakony składają się z osób w stanie wolnym, są to bądź pustelnicy żyjący w grotach, bądź bracia we wspólnocie klasztornej.

Zakon Patriarchalny, jaki my stanowimy,  różni się od wszystkich innych  tym, że opiera się on na rodzinach[9], i to nie tylko osoba, ale cała rodzina związana jest z regułą poprzez śluby. Nasza reguła życia kładzie nacisk na jedność związku i wychowanie dzieci.  Odpowiadamy nie na powołanie mnichów, ale na powołanie ludu poświęconego Panu, jesteśmy plemieniem wezwanym, aby pełnił wolę Boga.

Oskarża się nas, że idziemy pod prąd czasu; czynimy to świadomie i ze wszystkich sił; czas jest jak woda: płynie w dół. Czas jest rzeką, która unosi ku śmierci. Iść pod prąd czasu to przeciwstawić się możliwie najłatwiejszemu i najwygodniejszemu życiu, którym spływa ludzka masa, jedni pociągając za sobą drugich. Nic nie jest bardziej na czasie  jak pójść pod prąd czasu, aby uprzedzić śpiące lub zabawiające się dusze o czekającym ich w dole niebezpieczeństwie. Nazywa się nas anachronicznymi, ale my wierzymy, że nasz Zakon przychodzi w swoim czasie.

Człowiek współczesny traktuje małżeństwo jako prawo do szczęścia, chyba że jest to dobry interes.  Z tego prawa wynika zwolnienie od wszelkich zobowiązań, gdyby to szczęście nie zostało zapewnione lub wyczerpało się. Dla Chrześcijanina małżeństwo jest sakramentem, czyli  środkiem do uświęcenia równym kapłaństwu, lecz iluż Chrześcijan zastanawia się nad tą prawdą wiary? Iluż zostało do niej przygotowanych w swym wychowaniu religijnym? Iluż znajduje w naszym świecie radę i wsparcie, aby mogli prowadzić swą barkę małżeńską do portu, który nie nazywa się szczęściem, ale zbawieniem? To między innymi temu ma służyć nasz Zakon Patriarchalny.

Mężczyzna i kobieta dzięki swym przyrodzonym zaletom mogą trwać  wiernie w swym związku, nie ulegając podszeptom cywilizacji, opinii publicznej, która usprawiedliwia rozwody, niekiedy stawiając je jako przykład postępu społecznego, niemniej taka rodzina zamknięta w swym domu jest społecznością zbyt małą, podczas gdy naród zbyt wielką. Są co prawda pośrednie ogniwa: parafie, stowarzyszenia, lecz nie zawsze spełniają one swe zadania. Na ulicy, w bloku dziesięciopiętrowym, na hali produkcyjnej, w biurze ludzie się ocierają nawzajem o siebie, współegzystują, lecz nie jednoczą. Wspólnoty jak Arche są dla człowieka tym, czym ul dla pszczoły.

Anonimowość w tłumie, zanik indywidualności są znakami zapowiadającymi upadek cywilizacji i ukazują konieczność lekarstwa, które myśmy już znaleźli i zastosowali. Tak samo stłoczenie ludzkich mas w wielkich miastach spowoduje prędzej czy później prąd przeciwny: powrót na ziemię. Przewidujemy wreszcie, że po nieuniknionej eksplozji i runięciu skomplikowanej konstrukcji, sprzecznej w sobie, produkującej wszystko, aby siebie samą zniszczyć, ci, którzy przeżyją przyszłe kataklizmy wywołane ludzką ręką, połączą się w grupy, aby wspólnie prowadzić proste życie, naturalne, spokojne i mądre. W czym wyprzedziliśmy ich.

Niech się zastanowią ci, którzy nas uważają za zacofanych, dlatego tylko, że nie podążamy wraz z nimi ku przepaści. Mamy oczy, żeby patrzeć dokąd idziemy, i wiemy, że jesteśmy prekursorami.

Składy bomb przez nich przygotowywane dowodzą naszej racji, tym bardziej, że nie chcielibyśmy takiego dowodu.

Istnieje pewne przywiązanie do Przeszłości wynikające z lęku przed życiem. Istnieje rodzaj patriotyzmu doczesnego, który polega na kochaniu naszego czasu, ponieważ jest to nasz, i uważaniu za zdrajcę każdego, kto się wyłamuje z własnej epoki. Istnieje również adoracja przyszłości, ponieważ to Przyszłość.  My dystansujemy się od wszystkich obszarów czasu, od Wieku  jak i od Świata. Przeszłość jest dla nas pełna potworności i bynajmniej nie pragniemy ją usprawiedliwiać czy odrestaurować. Publiczne tortury, feudalne uciemiężenie, próżność dworów, religijne wojny nie wywołują w nas tęsknoty.

Nie szukając daleko, w sposobie życia, jakie prowadzili przez tysiąclecia liczne ludy, znajdujemy wzór, z którego chcemy czerpać mądrość do budowania naszej społeczności. Wybierając formy, które zostały sprawdzone, stajemy się przeciwieństwem utopistów, choć oskarża się nas, że nimi właśnie jesteśmy.

Królestwo Niebieskie jest przeciwieństwem utopii. Nie potrzeba żadnych zewnętrznych działań, aby ono nadeszło, ponieważ ono jest w naszym sercu. Trzeba, żeby ono zaczęło promieniować z nas i podbijać świat.

 

Zakon Patriarchalny podobny jest do plemienia i każda wspólnota w istocie nim jest. Plemię jest pierwszą formą ludzkiej społeczności. Przeciwstawia się ono Miastom, Narodom, Królestwom czy Cesarstwom.

Plemię kojarzy się nam dzisiaj z dzikością, gdyż nieliczna ludność Afryki, Azji  czy Ameryki, której współczesny człowiek dotąd nie Ťucywilizowałť, w tym właśnie kształcie nadal żyje.

Trzeba jednak zauważyć, że mimo wspaniałych dzieł wielkich Narodów, wspaniałych Królestw, obfitujących w bohaterów, geniuszów, mędrców, Bóg nie wybrał żadnego z tych sławetnych ludów. Lud wybrany przez Boga był mały, biedny, niestabilny, nieokrzesany. I był on plemieniem, potomstwem dwunastu synów Jakuba. Lud izraelski przeszedł przez wszystkie formy społeczne, wszystkie szczeble cywilizacyjne, lecz nie przestał być plemieniem.

Biblia ukazuje, co Bogu się podoba...  Właśnie ta pierwotna, podstawowa jakość: bycie rozrastającą się rodziną.

Izrael nigdy zresztą nie był dzikim plemieniem. Abraham opuścił Ur, wielkie miasto, Miasto-Światło, jak wskazuje jego nazwa, i oddawał cześć bożkom innych wielkich miast, zanim popchnięty przez Ducha odnalazł szlachetną wolność stanu pasterskiego. Wszystko to jest pełne znaczenia.

To właśnie na wzór wybranego ludu Kościół Chrystusa przybrał formę Rodziny, gdzie wierni nazywają się Ojcami, Braćmi, Siostrami bądź Matkami. Jest to przykład najdoskonalszego plemienia, nie złączonego więzami krwi, stojącego w opozycji do dzikości.

Patriarchalny Zakon Arche sytuuje się w połowie drogi. Różni się od naturalnych plemion tym, że wchodzi się do niego z wyboru i powołania, a nie z urodzenia i tradycji rodzinnej, nawet jeżeli jest się w takiej wspólnocie urodzonym.

A gdy się wybrało, rodziną stają się wszyscy ci, którzy wybrali to samo pokrewieństwo i dziedzictwo. Jednakże siostra w duchu może stać się małżonką, brat małżonkiem i więź cielesna w tym wypadku podkreśla duchową. Tak, że z biegiem czasu Zakon stanie się tyglem nowej ludzkiej rasy, ludu powszechnego bez granic ( dobrze powiedzieliśmy, że Arche podobna jest do wielu rzeczy i niepodobna do niczego).

Forma plemienna jest doskonała w swym początku i wszelkie reformy, rewolucje mogą jej tylko zaszkodzić. Wybór, jakiego dokonaliśmy wychodząc z Ur (mało ważne, czy zeszłego roku, czy czterdzieści wieków temu), chroni nas przed utkwieniem w systemie obecnego wieku, w społecznych i politycznych obrzękach oraz wylewach. Jesteśmy przeświadczeni, że wszelki ustrój, nie oparty na plemiennym modelu, jest skazany na nieustanne wstrząsy, gdyż stawia się go na piasku. Niemniej, nie patrzymy obojętnie na los innych i zawsze gotowi jesteśmy występować przeciwko niesprawiedliwości, okrucieństwu, głupocie czy kłamstwu, nie dla idei, ale z miłości do Boga i ludzi.

Prawie we wszystkich patriarchalnych plemionach kobiety traktowane są jako istoty niższe. Nie tak jest u nas. One uczestniczą w Radzie, gdzie podejmuje się ważne decyzje, i mają te same prawa i obowiązki jak ich mężowie. Jest jednakże słuszne, aby nie nakładać na nie ciężkich prac fizycznych, jak również brzemienia dowództwa. Za każdym razem jednak, kiedy mężczyźni będą na misji albo w więzieniu, one będą musiały ich zastąpić. I nic w zasadzie nie przeszkadza, aby patriarchat okresowo przekształcił się w matriarchat.

Mienimy się być Zakonem Roboczym  i forma, sens, jakie nadajemy naszemu trudowi, przywołują czasy dawniejsze. Nasze narzędzia, metody, sekrety rzemiosła przypominają średniowiecze. Dla ludzi z tamtej epoki praca własnymi rękoma była dyscypliną wtajemniczającą i religijną. Dla garncarzy, jak i dla budowniczych katedr, sztuka była rzemiosłem i rzemiosło sztuką. W tym ich naśladujemy.

Są jednak różnice. Przede wszystkim nasz Zakon Roboczy nie jest Cechem. Podstawą Cechu była wspólnota interesów i ta społeczność korzystała z przywilejów oraz dzieliła się na klasy; była to społeczność miejska, organ Miasta przeznaczony do wypełniania jedynej funkcji: swojego rzemiosła. Nic z tego nie ma u nas, nie żyjemy dla rzemiosła, ale rzemiosło jest dla nas, abyśmy mogli się wyżywić i ubrać. Jakkolwiek ważna by nie była praca w Zakonie Roboczym, nie jest ona racją bytu i fundamentem Zakonu, ona jest środkiem do życia. Poza tym jesteśmy chłopami, nie mieszczanami.

Grupowanie się ludzi jednakowych zawodów jest również dzieleniem się ludzi, w konsekwencji jedni mają zawód, drudzy go nie mają, jedni pracują rękoma, drudzy głową, jedni pracują, drudzy rozkazują. Ponadto grupowanie się w mieście oznacza separowanie się od ziemi. A dla nas najważniejsza jest jedność człowieka.

Skrajny podział pracy, specjalizacja, tak jak się to praktykuje dzisiaj, praca przy taśmie, mechanizacja niszczą człowieka, czynią z niego część wymienną tej wielkiej maszynerii, jaką jest przemysł. (To jest główna przyczyna naszej awersji wobec maszyny, wynika więc  ona z naszego szacunku do pracownika i pracy.) Podział pracy jest udogodnieniem dla produkcji i podstawą umożliwiającą eksploatację robotników. Ci, którzy szukają, nie zysku, lecz dobra człowieka, powinni go uznać za niebezpieczeństwo, a nawet, jeśli on się wzniesie w system, potępić jako zło. Najmniej zatem, czego można wymagać, jest to, aby człowiek jak w średniowieczu był mistrzem w swym fachu, aby sam zaprojektował dzieło i następnie własnoręcznie w całości je wykonał. I tak ryzykuje, że zatraci się całkowicie w swym zawodzie. Nie jest dobrze, gdy człowiek mówi:ŤJestem kowalemť czy ŤJestem profesoremť, a już jest całkiem źle, gdy tym się faktycznie stanie, gdyż człowiek musi być przede wszystkim człowiekiem i tylko wykonywać zawód kowala czy profesora. Dlatego u nas, kto nabędzie umiejętności w jednej dziedzinie, nie zamyka się w wyuczonej działce,  ale rozpoczyna praktykę na innym polu, aby jego rozwój mógł przebiegać wszechstronnie. Poza swoim fachem oddaje się wielu innym pracom, od sprzątania do głoszenia katechez. Jego rok (a nieraz dzień) wypełniony jest bardzo odmiennymi zajęciami, raz macha widłami na polu, raz piórem przy biurku bądź dłutem w pracowni.

Mamy warsztat tkacki, dobrze prosperujący, zasilający znacznie nasz budżet, lecz wiosną nasze prządki idą z motykami na pół dnia pielić warzywa, nie dlatego, że ogrodnicy potrzebują ich pomocy, ale one potrzebują kontaktu z ziemią. Zawsze jednak wolimy dziewczęta przy krosnach.

Otrzymujemy liczne zamówienia na nasze wyroby rzemieślnicze, na przykład garncarskie. Ale nigdy nie rozbudujemy tego rękodzielnictwa do tego stopnia, aby stanowiło ono podstawę naszego życia, z tej prostej przyczyny, że aby żyć, trzeba coś do garnka włożyć, a my chcemy niezbędne produkty żywnościowe wytwarzać sami, a nie kupować za pieniądze uzyskane ze sprzedaży naszych dzbanków.

Z takimi zasadami, całkowicie sprzecznymi z tym, co dzisiaj ludzie nazywają Ťekonomiąť, będącymi dla naszych współczesnych wyzwaniem zdrowemu rozsądkowi, zostaliśmy przez wielu uznanych za wariatów i od samego początku przewidziano szybkie i kompletne bankructwo naszego przedsięwzięcia. Fałszywi prorocy rozczarowali się, zamarł w ich ustach szyderczy śmiech. Jest powiedziane:ŤStarajcie się najpierw o Królestwo Boże, a wszystko inne będzie wam dodane w nadmiarzeť; doświadczenie potwierdziło nam, że jest to prawda.

To nie bankructwa mamy się obawiać, lecz raczej wzbogacenia. Śluby ubóstwa nie przeszkodziły wielu innym zakonom, niepostrzeżenie z początku, skandalicznie później, otoczyć się obfitością dóbr. Jest się ubogim, ponieważ wszystko się opuściło, lecz następnie dokłada się starań, aby wzbogacić Zakon, do którego się należy, i w konsekwencji ma się wszystko i więcej, niż potrzeba.

Przypomnijmy sobie Templariuszy, tych ŤPauperes Commilitones Christi[10]ť, tak biednych na początku, że po dwóch siadali na jednym koniu[11]! Kiedy czyta się dokumenty z ich procesu, naprawdę nie wiadomo, czy zbrodnie i bluźnierstwa, kładzione na ich karb, zostały naprawdę przez nich popełnione, czy raczej wymyślone przez oskarżycieli. Pewnym jest tylko to, że ci ŤPauperes Commilitonesť stali się bankierami wszystkich królestw Zachodu i Wschodu i to wystarczyło, żeby usprawiedliwić wyrok.

My pragniemy żyć pracowicie i wstrzemięźliwie, poza oddziaływaniem konkurencji i kryzysów, ale nie można przecież wykluczyć, że pewnego dnia  staniemy się  międzynarodową organizacją nadzwyczaj świetnie prosperującą w rolnictwie i przemyśle. Niech Bóg nas od tego ustrzeże: to byłby nasz koniec.
 
JEDNANIE   PRZECIWIEŃSTW

 

Non-violence godzi sprzeczności u źródła ich powstania, dlatego w praktyce jedna ono ludzi.

Rozważmy kilka przeciwieństw, które Arche, Zakon walczący o sprawiedliwość i pokój bez stosowania przemocy, pragnie rozwiązać.

 

                                  O  KONFLIKTACH  RELIGIJNYCH

 

Spójrzmy na odmienność religii i wynikającą stąd nieraz wzajemną wrogość poprzez wierność do naszej religii, w którą wpisany jest szacunek   do wszystkich innych wyznań wspólnym wielbieniem ŤBoga Jednego, Jedynego i Tego Samego, któremu różni ludzie dają różne imionať. Zwróćmy szczególną uwagę  na wspólne korzenie, na głęboki skarb Pierwotnego Objawienia.

Nie chodzi tu oczywiście o tolerancję wypływającą z obojętności (nie chodzi tu zresztą w ogóle o tolerancję, ale o głębokie braterstwo duchowe). Nie chcemy wszakże twierdzić, że wszystkie religie są równe, jedynie to, że wywodzą się one z jednego pnia, na czym powinniśmy opierać wzajemne zrozumienie i zgodę. Kiedy nadejdzie Ťodnowienie wszystkich rzeczyť będzie tylko Ťjedno stadoť. Nie możemy jednak siłą nawracać, siłą wymuszać to zjednoczenie, które sam Bóg dokona od wewnątrz.  Wspomożemy to dzieło, gdy będziemy  uczyć się współżycia z Ťinnymi owczarniamiť, nie czekając, aż  koniec świata położy kres przesądom i waśniom religijnym.

W Arche po modlitwie pod niebem odbywającej się w kręgu wokół ognia, do której wszyscy są wezwani, wyznawcy jednej tradycji gromadzą się w odpowiednim miejscu na własnej modlitwie. Zaniechanie sporów teologicznych, dążenie do poznania, posiadania i ofiarowania siebie samego, do życia prostego, pracowitego i uczynnego zapewniają wewnętrzną jedność bez znoszenia odrębności.

 

                           O KONFLIKCIE NARODÓW, KLAS I RAS

 

Dzisiaj jednakże religia nie stanowi już częstego zarzewia konfliktów. Do krwawych konfrontacji dochodzi głównie między narodami, klasami, niekiedy rasami.

Jest zrozumiałe samo przez się, że Zakon założony we Francji przez Sycylijczyka[12], który przywędrował tu z Indii, jest od samego początku i ze swej natury internacjonalistyczny. Co więcej, został założony właśnie po to, żeby wypowiedzieć wojnę Wojnie.

Dla nas różnorodność charakterów, kolorów skóry, zwyczajów, języków świadczy o bogactwie życia i dziękujemy Stwórcy za tę hojność. Pytanie o wyższość rasy czy narodu nie może mieć miejsca[13]. Samo dyskutowanie o tym jest już grzechem, zbrodnią przeciw miłości.

Różnice klasowe czy kulturowe nie wywołują żadnych zgrzytów we wspólnocie, mimo że rekrutujemy się spośród wszelkich możliwych maści. Syn chłopski pracuje, siada przy stole ramię w ramię z dawnym profesorem czy hrabią.  Ten ma skończone studia, ten zaledwie szkołę podstawową. I często ostatni są pierwszymi. Każdy jest traktowany jednakowo i widać już cudowne tego efekty, pochodzenie, wykształcenie zatracają swoje wyróżniające, dzielące kontrasty i wszyscy nabywają wspólny język, wspólną kulturę, równie daleką od prostactwa, co od światowego zmanierowania.

W świecie odmienność ludzi skłania do podziału na klasy: tej obsługiwanej oraz tej służącej i nie wiadomo, która jest gorsza. My ślubujemy Ťnie być ciężarem dla nikogoť, każdy więc pracuje według swych możliwości i korzysta według  potrzeb. Samo dowodzenie uważane jest za służbę i nie daje żadnych przywilejów, lecz wzywa do tym większej surowości względem siebie.

 

 

                                POSŁUSZEŃSTWO   I   WOLNOŚĆ

 

Nasza reguła pozwala na pewnego rodzaju pogodzenie Posłuszeństwa z Wolnością.

Śluby i reguła z pewnością zobowiązują, lecz ta więź nie ma nic z przymusu. Tak jak zawarcie związku małżeńskiego, również  decyzja wstąpienia do wspólnoty podejmowana jest po długim namyśle, po dojrzeniu oraz sprawdzeniu powołania i jeżeli trwa się na wybranym miejscu, to z własnej, nieprzymuszonej woli.

Każdego roku, podczas ogni Świętego Jana śluby są uroczyście odnawiane, tak jak ogień, który jest podsycany, lecz dla ważnych powodów mogą nie zostać przedłużone na następny okres, tak aby nikt nie czuł się chwycony we własne śluby jak w sidła.

Posłuszeństwo obowiązuje przede wszystkim względem reguły i dyscypliny, zasad i zwyczajów. Syn Arche uznaje tę regułę i dyscyplinę za swoją, więc to siebie samego i swego sumienia on słucha. Niejako ubocznie podporządkowuje się Ťprzywódcom, którzy służą woli wspólnotowej, reprezentując w swych osobach prawoť. Lecz polecenie i rada Przywódcy są tylko wdrażaniem reguły i dyscypliny w duchu zasad i zgodnie ze zwyczajem. Zadaniem Przywódcy jest czuwać nad przestrzeganiem Reguły, dostosowaniem jej do każdego, upominaniem tych, którzy ją zaniedbują, a także krzepieniem zmęczonych, słabych, a przede wszystkim uśmierzaniem sporów, wprowadzaniem pojednania. Lecz on nie ma prawa narzucać innym swej woli, swych kaprysów, upodobań i humorów. Każdy przejaw braku szacunku wobec najmniejszego z tych, którzy są pod jego pieczą, jest złamaniem ślubu non-violence.

Nie tylko Przywódca, ale wszyscy Konfratrzy obciążeni są troską o Regułę i obowiązkiem każdego jest przywoływać do jej przestrzegania tych, którzy ją łamią; więcej, każdy musi być gotowy, jeżeli inny odrzuca jego upomnienia, przyjąć na siebie odpowiednią do wagi  wykroczenia pokutę. Gdyż nie jest dobrze, aby brat donosił na swego brata, czy ujawniał publicznie jego winy. A nikt, nawet przywódca, nie może karać człowieka wolnego, gdyż człowiek wolny powinien sam postawić się przed prawdą i ukarać się samemu zgodnie ze złożonymi ślubami, a jeżeli tego nie czyni, wówczas przywódca czy świadek wykroczenia, którzy nie umieli nakłonić błądzącego brata do skruchy, mają obowiązek obarczyć się popełnionym występkiem i je odpokutować.

Więcej. Ponieważ cała władza pochodzi od Reguły, a nie od osoby, każdy z Konfratrów ma prawo i obowiązek napominać Przywódcę za wszelkie przewinienie, jakie dostrzeże, najpierw w cztery oczy, a później, w przypadku odrzucenia jego krytyki, otwarcie na Zgromadzeniu.

Więcej. Ze ślubu posłuszeństwa regule i dyscyplinie wynika obowiązek odrzucenia wszelkiego polecenia sprzecznego z duchem i literą reguły oraz dyscypliny, choćby pochodziło ono od Przywódcy Zakonu. Odmowa powinna być wyrażona bez przemocy, tak aby mogła wzbudzić refleksję i wywołać skruchę.

Jest to całkowicie przeciwstawne ślepemu posłuszeństwu, jakiego wymaga się na przykład w wojsku  i w mniejszym czy większym stopniu w wielu innych  instytucjach w świecie. Ludzie poddają się rozkazom ze strachu, nieświadomości czy lenistwa, nierzadko akceptują je z zapałem, gdy sprytnie ukaże się im ich poddańcze uzależnienie w kategoriach honoru, szczęścia i obowiązku; w ten właśnie sposób rodzi się legalna przemoc[14].

Walka bez stosowania przemocy ma właśnie na celu rozerwanie tych więzów i wyzwolenie ludzi. Lecz każdy Konfrater może w obrębie Zakonu znaleźć się w takich samych stosunkach wobec swych przywódców, jak sam Zakon wobec władz cywilnych. Cywilny opór nie jest tylko do użytku zewnętrznego.

Takie zastrzeżenia, do których trzeba dodać wymóg jednomyślności przy podejmowaniu decyzji, utrudniają funkcjonowanie przywódczej władzy, skuteczne prowadzenie akcji. Działania powzięte w tyglu refleksji nie nastąpią tak szybko jak oddziaływania, spontaniczne reakcje. Zdajemy sobie z tego sprawę, jak również z tego, że nie można postępować inaczej. Do władzy  podchodzimy podobnie jak do ekonomii:  odrzucamy mechaniczną doskonałość i natychmiastowy, zewnętrzny efekt. Liczy się dla nas tylko człowiek, człowiek żywy, wolny, duchowy, czemu sprzeczne jest wszelkie jego wprzęgniecie w automatyczne funkcjonowanie, oddziałowywanie, tym bardziej sprzeczne im ono jest doskonalsze. Poza tym doświadczenie dowodzi, że rezygnując z błyskawicznego sukcesu, zyskujemy na głębi i trwałości naszej sprawy; i jesteśmy przynajmniej zabezpieczeni przed władczą ambicją, pychą, arogancją oraz  z drugiej strony przed służalczym upodleniem podporządkowanych.

 

 

 

                                              ŚWIĘTO   I   PRACA

 

Miejsce, jakie Święto zajmuje w Zakonie Roboczym, ilustruje w pewnym sensie pogodzenie posłuszeństwa z wolnością.

Praca i wypoczynek w Arche harmonijnie po sobie następują, lecz także nie wykluczają się, zawsze jest coś z pracy w święcie i coś ze święta w pracy.

Święto jest fundamentalnym aktem plemienia. Wielbi się podczas niego Boga, odnawia się z Nim przymierze oraz utwierdza się jedność uczestników. Czynić ze święta rozrywkę, okazję do obżarstwa i hulanki,czy gnuśnego próżnowania, to wywracać porządek rzeczy i staczać się w wulgarność, profanację, rys charakterystyczny dla dekadenckich cywilizacji.

Przygotowanie do Święta wymaga  katechezy, medytacji tajemnic, odczytania symboli, osobistego oczyszczenia, skupienia, braterskiego dzielenia się oraz artystycznych ćwiczeń w tańcu, śpiewie, recytacji jak i strojenia domu.

Nie ma dnia roboczego, podczas którego nie poświęcono by choć chwili na przygotowanie do przyszłego święta.

Lecz jeśli Święto jest pełnią i rozkwitem daru z siebie samego, to żadna praca w Arche, żadna służba nie może angażować kogokolwiek do tego stopnia, żeby z powodu braku czasu, przemęczenia przeszkadzała mu w modlitwie, śpiewie i refleksji. Od ogni Świętego Jana do świecy Bożego Narodzenia świąteczna radość  nie powinna nigdy wygasnąć. Tak samo dzieci w szkole nie czekają wakacji, aby móc się bawić i cieszyć.

 

 

 

 

 

                                        CZYN  I   KONTEMPLACJA

 

Czyn czy kontemplacja?  Od dawien dawna nie milknie debata na ten temat i podczas, gdy się debatuje, nie czyni się nic ani się nie kontempluje.

Gdy nam się stawia pytanie, którą z tych dwu opcji wybieramy, odpowiadamy: obie. ŤJest czas, żeby rzucać kamienie, i jest czas, żeby je zbieraćť — mówi Eklezjastyk.

Jakże Zakon  Roboczy, poza tym laicki, mógłby nie być czynny? Lecz jedną z prac zawartych w Regule jest Ťpraca nad sobą samymť, co wymaga ascetycznych ćwiczeń, koncentracji, medytacji i cichej modlitwy w nieruchomej postawie.

Z drugiej strony, orka, sprzątanie czy pisanie, przyjmowanie gości, służba ubogim czy publiczne wystąpienia, wszystkie nasze prace i przedsięwzięcia są tylko szukaniem Królestwa Bożego i Jego Sprawiedliwości. Gdy zatraci się z oczu ten kierunek, nie będzie możliwy żaden czyn, a jedynie nerwowe bieganie. Nie można oddzielać życia wewnętrznego od zewnętrznego, tak jak wdechu od wydechu.

 

                                            WSCHÓD  I  ZACHÓD

 

ŤWschód i Zachód nigdy się nie spotkająť, powiedział Kipling i to prawda, dopóki pozostanie się na zewnątrz, nawet jeśli szuka się spotkania.

Lecz to spotkanie realizuje się w Arche, czy raczej Arche powstała z tego spotkania.

Powiązania Arche ze Wschodem są oczywiste, ponieważ to Gandhi jest jej inspiratorem i przodkiem.

Wschód zawsze kojarzy się z tajemniczą wiedzą, z  religijną spekulacją, z mistyczną mądrością. Lecz my od Gandhiego ze Wschodu nauczyliśmy się przede wszystkim życia zewnętrznego i akcji cywilnych.

Wiele nici splata się w naszym suknie.

 

 

                    ODOSOBNIENIE  I  OBECNOŚĆ  WŚRÓD  LUDZI

 

Tak samo trzeba umieć pogodzić odrzucenie świata i obecność w nim.

Tym, którzy nam zarzucają, że odseparowani od współczesności, jej palących problemów, w wygodnym odosobnieniu  poszukujemy sobie  harmonii, braterskiego współżycia i osobistego rozwoju, odpowiadamy, iż każde drzewo ma swoją korę, każde ziarno swoją łupinę i że bez osłony nic nie mogłoby się rozwijać. 

Pokusa, aby rzucać ludzi do akcji bez odpowiednio głębokiego ich przygotowania, tak warsztatowego jak i duchowego, jest bardzo dzisiaj silna i prowadzi do upadku wielu szlachetnych przedsięwzięć.

Przekazanie zasad non-violence wymaga lat kontrolowanej dyscypliny, a więc wspólnego, uregulowanego życia. Niezależność ekonomiczna, bez której nie można wprowadzać sprawiedliwości non-violencej, wymaga osiedlenia się grupy na ziemi i umiejętności gospodarzenia. Oto podwójna racja istnienia stałych wspólnot.

Z drugiej strony te wspólnoty powinny pozostać małe, aby nie straciły rodzinnego charakteru. Wydaje się, że liczba członków nie powinna przekraczać trzydzieści, najwyżej pięćdziesiąt. Szczególnie trzeba unikać niebezpieczeństwa   przekształcenia się wspólnoty w rodzaj skoszarowanego obozu.

Z tego nie wynika, iżby życie wspólnotowe dostępne było dla niewielu, gdyż jeżeli istnieje granica dla liczby członków, to nie ma granicy dla liczby wspólnot.

Ważne jest zaznaczyć, że nie jesteśmy elitą, garstką uprzywilejowanych. Drzwi są otwarte dla wszystkich i każdy może wejść do Zakonu, nie wnosząc  z sobą wiana, umiejętności czy wielkich cnót. Z tego, co się ma, najczęściej sporą część trzeba porzucić przed progiem.

Wspólnota zresztą, tak jak i rodzina, tym bardziej aniżeli rodzina, nie może być powodem do zrywania więzów z bliskimi. Niezależność ekonomiczna tnie przy korzeniu fałszywe relacje, relacje oparte na korzyści, handlową uprzejmość, uniżone ukłony, zręczne komplementy, wyrachowane dobrodziejstwa. Po to je tnie, aby mogły zrodzić się prawdziwe uczucia. Nasz uśmiech wyraża faktycznie życzliwy stosunek do tego, ku któremu jest skierowany, i oczekujemy tego samego od partnera. Nienawidzimy świata, lecz to z miłości i szacunku do tych, których świat uwodzi, degraduje i niszczy; to z miłości do ludzi nienawidzimy świata. Jeśli trzymamy się w oddaleniu, to nie po to, aby uciec od zła, jakie demaskujemy, ani żeby uniknąć plag, jakie przepowiadamy, lecz po to, aby ukazać drogę wyjścia z nieszczęścia.

Dzisiejszy człowiek, biedny i bogaty, bardziej od chleba potrzebuje przewodnictwa, garstki mądrości. Kiedy widzimy ludzi rzucających się w szalone przedsięwzięcia, z miłości do nich bynajmniej nie przyłączymy się do ich szeregów. Nie leczy się chorego, zakażając się jego chorobą, nie ratuje się tonącego, tonąc wraz z nim.

Nasze śluby tyczące pracy zaczynają się od:Ť oddać się w służbę naszym braciomť i kończą się: Ťaby znaleźć wyjście z nędzy, nadużyć, zniewolenia i niepokojów wiekuť. Nie ślubujemy szukać zadowolenia poprzez pielęgnowanie  naszego ogrodu czy intelektu.

Nigdy, odkąd opuściliśmy świat, nie mieliśmy tak ścisłych kontaktów z ludźmi ze wszystkich stron świata, poprzez przyjmowanie ich, korespondencję, konferencje, publikacje, publiczne akcje.

 

 

 

                                      TRADYCJA  I  REWOLUCJA

 

Kto mówi Zakon, mówi tradycja.

Każdy Zakon w dniu swego założenia zatrzymuje czas i w ten sposób osadza się w ponadczasowości. Reguła unieruchamia wszystko, od habitu, porządku dnia aż do sposobu osobistej modlitwy i rodzaju dobrych dzieł, jakie się wypełnia.

Lecz my możemy się nazwać Zakonem Rewolucyjnym, gdyż jesteśmy jedynym w swoim rodzaju. Jesteśmy bowiem wezwani do dzieła szczególnego, jakim jest reforma społeczna, reforma szczególna, będąca wolą Boga. A wolą Boga jest walka Ťduchową zbrojąť przeciwko ŤKsięciu tego światať. Jest to Ťobalenieť i Ťodnowienieť wszystkich rzeczy. Nie można znaleźć lepszej definicji na Rewolucję Całkowitą i Ostateczną .

Jeśli są marzyciele przywiązani do królestwa, my nie zaliczamy się do nich, gdyż ich tradycja nie jest dosyć dawna, dosyć głęboka dla nas, którzy sięgamy do Noego.

Z drugiej strony przewroty, jakie wymyślają najbardziej czerwoni z czerwonych, wydają się nam zbyt mało radykalne, zbyt burżuazyjne. Nie słyszeliśmy nikogo, kto by proponował jak my zniesienie płac, służby tak w wojsku jak i w zniewalającym systemie przemysłowym i finansowym, nikt nie denuncjował ułudy demokracji i sprawiedliwości lepionej powszechnym głosowaniem oraz nieuniknionej tyranii państwowego komunizmu. Ich dyktatura proletariatu jest królestwem policji, technokratów, polityków, katów i generałów, krótko mówiąc burżuazji.

Rewolucja w swym właściwym i pierwotnym sensie znaczy całkowity obrót koła.  Planety czynią swą rewolucję wokół słońca, słońce wokół własnej osi, pory roku sprawują swą rewolucję w kwiatach i owocach. Człowiek również musi dokonać swej rewolucji w sprawiedliwości i miłości.

Aby to było możliwe, musi on ześrodkować się na swym rdzeniu, którym jest Ja, i na swojej osi, którą jest Wola Boża.

Wszystko inne jest stagnacją albo zamieszaniem, zasklepieniem albo rebelią, nie rewolucją.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

            KONSTYTUCJE

 

1. Nie jest to zakon religijny, nie jest to zakon rycerski, jest to coś, co łączy oba: jest to zakon patriarchalny i pokojowy.

2. Ani mnisi, ani kapłański, a jednak modlitwa, medytacja, kult, życie wewnętrzne, poszukiwanie woli Boga stoją w nim na pierwszym miejscu.

Jest to mały lud Boga, rodzina rodzin.

Gdyż ŤBóg stworzył człowieka na swój obraz:

stworzył mężczyznę i niewiastęť.

On im pobłogosławił mówiąc:Ť Bądźcie płodni i rozmnażajcie sięť. Świętość bowiem i pełnia węzła małżeńskiego są fundamentem ludzkiej wspólnoty.

3. Rycerski, nie, lecz jednak walczący, walczący o Sprawiedliwość, o honor i wiarę, w obronie słabego i ciemiężonego. Lecz walczący o dobro dobrymi środkami, które nikogo nie znieważają, nie ranią, nie zabijają i których ostatecznym celem jest nawrócenie przeciwnika i pojednanie.

W epoce, kiedy wojna stała się przemysłowym przedsięwzięciem masowego niszczenia, walka bez stosowania przemocy jest jedyną, w której liczą się rycerskie cnoty.

4. Jest to wreszcie zakon roboczy,  ponieważ  pokojowy, ponieważ nie może być pokoju i sprawiedliwości w świecie panów i niewolników, eksploatujących i eksploatowanych.

5. Zakon utrzymuje się z pracy rąk wszystkich swoich członków przy pomocy najprostszych narzędzi i stara się możliwie jak najszerzej uniezależnić od systemu ekonomicznego i politycznego epoki oraz kraju. Opłata za wykonaną pracę może być akceptowana tylko wyjątkowo.

Wolno sprzedać nadmiar tego, co się wytworzyło dla siebie.

Nie wolno kupić towaru i odsprzedać go dla osiągnięcia zysku.

Nie można gromadzić dóbr ani posiadać więcej ziemi, aniżeli się uprawia, więcej domów, aniżeli się zamieszkuje.

Każdego roku na świętego Michała, po uregulowaniu rachunków i uczynieniu zapasów na zimę, to co zostaje, jest rozdawane.

 

 

 

 

                                 O  PRACY  WŁASNYMI  RĘKOMA

 

6. Praca własnymi rękoma ma na celu nie tylko otrzymanie codziennego chleba i moralne prawo do jego spożywania, lecz również utrzymanie w równowadze ludzkiej istoty, ciała, duszy i ducha, gdyż czyniąc, człowiek się czyni.

7. Aby człowiek mógł się harmonijnie rozwijać, jego dnie muszą być wypełnione tak pracą na polu jak i w warsztacie, ciężkimi robotami jak i lekkimi, zajęciami wykonywanymi samotnie jak i grupowo, a także modlitwą, medytacją, wypoczynkiem oraz cywilnymi akcjami non-violence. Ci, którzy chcą zmienić system bez przemiany ludzi, wznoszą po okresie zamieszek i terroru systemy podobne, często gorsze.

Najlepszym rządem jest ten, który uczy lud rządzić się samemu.

Najlepszy system jest ten, który czyni ludzi lepszymi.

 

 

                                          O  PRACY  NAD  SOBĄ

 

8. Lecz najważniejszą pracą w Zakonie Roboczym Gandhyjczyków Zachodu jest praca nad sobą samym.

Nikt nie rodzi się pokojowo nastawiony do świata i miłosierny. Można takim się stać przez nawrócenie. Nawrócenia jednak nie dokonuje się raz na zawsze, trzeba bez przerwy nad nim pracować, odnawiać je i podtrzymywać.

9. Stąd wynika potrzeba codziennego ćwiczenia w nawracaniu oraz wspólnej modlitwy, aby prosić Boga o moc kochania, służenia i pozostania wiernym oraz dziękować Mu za to, co się otrzymało.

 

 

                                        O  PRACY   NAD   INNYMI

 

10. Dopełnieniem pracy nad sobą i pracy nad rzeczami jest praca nad innymi, w pierwszym rzędzie nad braćmi z Zakonu, która polega na podporządkowaniu się wymogom wspólnotowego życia, na gorliwości w wypełnianiu reguły przez siebie samego i troski, aby wszyscy jej przestrzegali, na przekazywaniu nauczania nowicjuszom  i przypominaniu starszym o obowiązku karania samego siebie za przewinienia, a w przypadku, gdy brat  odmawia uznania swej winy, nałożeniu na samego siebie odpowiedniej pokuty.

Jest to to, co nazywamy klejnotem reguły.

11. Ci z zewnątrz dzielą się  na trzy rodzaje: Przyjaciele, Obojętni, Nieprzyjaciele.

Arche zobowiązana jest wobec wszystkich.

Przyjaciołom ona musi dać to, co oni od niej oczekują: sens życia, światło w życiu wewnętrznym, sposoby rozwiązywania ich konfliktów i problemów. Ona musi otworzyć im szeroko drzwi, pouczać  i radzić.  Musi tworzyć w świecie grupy przyjaciół i często je odwiedzać.

Obojętnych należy potrząsać, przestrzegać, wzywać do obudzenia się i zmiany życia.

12. Nieprzyjaciół Arche nie ma i ma ich wielu, gdyż przeciwstawia się wszystkim nieprzyjaciołom pokoju i życia. Wobec nich ma  trudne miłosierdzie  do wypełnienia, musi walczyć z nimi, przeszkadzać im szkodzić innym i sobie. Za każdym razem, gdy nadużycie władzy, opresje, głupota i okrucieństwo przekraczają dopuszczalną miarę, Arche winna się rzucić w kampanie non-violence, tak jednak, aby nie narażać na szwank wspólnot, które są nieustannymi, całkowitymi i cichymi kampaniami non-violence.

 

 

                                                   O  ŚLUBACH

 

13. Dopóki człowiek jest jak woda czy piasek, chwiejny i ruchomy, nic nie można na nim zbudować.

Lecz podczas, gdy wokół niego i w nim wszystko wydaje się zmieniać, on pozostaje podłożem, które jest, które jest nim samym, rękojmią przyszłości, świadkiem wieczności, zjednoczone z Tym, ŤKtóry Jestť.

To właśnie to podłoże, rozjaśnione świadomością, mówi głosem Ślubu. A Ślub jest fundamentem Zakonu.

14. Ślub ofiarowania się jest tylko jeden, lecz wyszczególnia się on w siedmiu punktach, które są:

     — Praca.

     — Posłuszeństwo.

      — Odpowiedzialność.

      — Oczyszczanie się.

      — Ubóstwo.

      — Prawdziwość.

      — Non-violence czyli non-violence.

Te siedem punktów są krótko rozwinięte w formułach i stanowią całą Regułę.

15. Składa i odnawia się ślub o świcie na Świętego Jana po całonocnym czuwaniu przy ognisku; lecz powtarza się formułę ślubu podczas każdej wieczornej modlitwy.

Składa się ślub przede wszystkim Bogu, lecz również przywódcy wspólnoty i kmieciom, którzy stają się współodpowiedzialni za jego wypełnienie.

16. Konfratrami, czyli członkami Zakonu, są ci, którzy złożyli śluby. Można do nich być dopuszczonym po dwóch latach postulatu i roku nowicjatu (czas ten może być skrócony bądź przedłużony).

Nowy kmieć może być przyjęty tylko za jednomyślną zgodą wszystkich.

 

 

                               O  STOPNIACH  ZAANGAŻOWANIA

 

17. Nazywa się Konfratrem tego, kto składa roczne śluby i wyraża zdecydowaną wolę odnowienia ich w przyszłym roku.

Nazywa się Synem tego, kto składa śluby wieczyste. Konieczne jest, aby przeżył we wspólnocie co najmniej siedem lat jako kmieć przed przystąpieniem do synostwa.

Są także niższe stopnie zaangażowania: Wierny, Sprzymierzony, Przyjaciel.

      — Tytuł Wiernego przyznaje przywódca Zakonu tym, którzy, nie składając ślubów, przez wiele lat pełnili jakąś służbę i chcą w niej wytrwać do końca.

      — Sprzymierzeni składają zwykłe przyrzeczenie.

      — Przyjaciele, w grupach czy samotni, nie są formalnie zaangażowani i jedyną ich powinnością jest świadczenie przyjaźni. Wierni, Sprzymierzeni, Przyjaciele są promieniowaniem Arche w świecie.

      — Do Ruchu wreszcie należą wszyscy ci, którzy przyjmują nauczanie Arche i uczestniczą w akcjach non-violence w jej imieniu.

 Nazywa się Patriarchą przywódcę wspólnoty, natomiast przywódca Zakonu przyjmuje miano Patriarchy-Pielgrzyma czy po prostu Pielgrzyma.

 

 

                                               O  PLEMIONACH

 

18. Nazywa się Plemieniem wieśniaczą wspólnotę, która stara się utrzymać, korzystając jak najmniej jest tylko to możliwe z pieniędzy i maszyn. Przed wstąpieniem każdy musi się pozbyć swego mienia lub ofiarować je na rzecz wspólnoty. Wszyscy pracują według swych sił i otrzymują według potrzeb. Nikt nic nie posiada i nie zarabia. Ten, który wnosi swój majątek, nie nabywa z tego tytułu żadnych przywilejów, gdyż wysiłek bogacza rezygnującego ze swych dóbr nie jest wcale większy od tego, jaki musi włożyć biedak, aby zrezygnować z ambicji ich posiadania.

19. Należy dokładać starań, aby wszystko, co potrzebne do życia, było w miarę możności wykonywane we własnym zakresie w wiejskiej wspólnocie, dlatego konieczna jest szeroka gama zawodów. Najpierw rolnictwo, ogrodnictwo, sadownictwo, hodowla, wypiek chleba. Potem przędzenie, tkanie, murarka, ciesielka, stolarka, kuźnictwo, wikliniarstwo, garncarstwo i inne...

20. Jeśli dochody przekraczają potrzeby, należy w trosce o zachowanie wstrzemięźliwości nadmiar przeznaczyć na fundacje nowych wspólnot, wsparcie cywilnych akcji  non-violence, na dzieła miłosierdzia.

21. Członkami Plemienia wieśniaczego są:

    — Patriarcha wspomagany przez dwóch czy trzech odpowiedzialnych domu,

      — kierownik robót,

      — przełożony nowicjuszy,

      — nauczyciel,

      — lekarz,

      — muzyk i mistrz tańca,

      — bracia i siostry, tworzące rodziny lub nie,

      — nowicjusze, postulanci i stażyści.

Każdego tygodnia Przywódca wspólnoty zwołuje kapitułę, podczas której podejmuje się decyzje przy wymaganej jednomyślności.

22. Plemię nie powinno liczyć więcej niż trzydzieści czy czterdzieści osób, łącznie z dziećmi. Gdy ta liczba jest przekroczona, należy myśleć o założeniu nowej fundacji.

23. Plemię, z którego zrodziły się inne, nazywa się Wspólnotą Matką. Utrzymuje ona ścisłe więzi ze swymi filiami.

24. Takie same więzi powinny łączyć wszystkie plemiona z Ziemią Stołeczną, gdzie przebywa Patriarcha-Pielgrzym.

25. Wierni, sprzymierzeni mogą zakładać wspólnoty według modelu Arche, które muszą być uznane przez Pielgrzyma i jego Radę. Założyciel staje się wtedy Konfratrem i Patriarchą.

 

 

                                  O  MOŻLIWYCH   FUNDACJACH

 

26. Wieśniacze plemiona są jedyne, w których możliwe jest w jakimś stopniu wypełniać w sposób globalny siedem ślubów.

Jednakże inne formy wspólnotowe są możliwe:

a) Dom wypoczynku  bądź leczniczy:

     gdzie stosowano by metody naturalne i duchowe, wspomagane pracą w ogrodzie i warsztacie.

b) Wspólnoty miejskie:

      z warsztatem rzemieślniczym, ogrodem, ośrodkiem nauczania Arche, szkołą modlitwy i medytacji, biurem akcji cywilnych, biblioteką, salą ciszy otwartą dla wszystkich, którzy chcą się skupić.

c) Szkoły:

      gdzie nauczanie książkowe szłoby w parze z praktyką rzemiosła, gdzie profesorowie i uczniowie staraliby się o niezależność ekonomiczną według zasad Nae Talim[15].

e) Grupy Braci Ciężkiej Pracy:

      dzielący to samo mieszkanie i oddający swe zarobki do wspólnej kasy, zaangażowani w fabrykach i na budowach. Ich celem jest niesienie  posłania Zakonu do robotniczego środowiska, ukazanie zatrudnionym w przemyśle ludziom zniewolenia, w jakim się znajdują, i doprowadzenie ich  do gandhyjskich form produkcji i ekonomii.

f) Wspólnoty wędrowne:

      z namiotami i wozami, przejeżdżające od wioski do wioski przy dźwięku bębnów, dające przedstawienia, spektakle śpiewu, tańca, recytacji, być może żonglerki, akrobatyki, ale zawsze z podtekstem symbolicznym, ukierunkowanym na przemianę ludzkich serc.

g) Wspólnoty pływające:

      Żaglowiec lub barka transportujące towary bądź ludzi, których kapitan i załoga byliby braćmi żyjącymi według Reguły.

h) Inne formy mogą być brane pod uwagę, na przykład Ekipa budowniczych  złożona z architektów i murarzy, stawiająca kościoły, mosty, domy z pięknego kamienia i w dobrym stylu.

i) czy na przykład Wspólnota charyzmatyczna:

      taka, jakie powstają dzisiaj, byleby tylko dodano do wspólnej  modlitwy spontanicznej i kontemplatywnej w ciszy  modlitwę za tych, którzy modlą się inaczej i wprowadzono w życie konsekwencje z niej wynikające, jak praca własnymi rękoma i non-violence w stosunkach wewnętrznych i zewnętrznych.

 

 

 

 

                                       O  CZASACH  TRUDNYCH

 

Trzeba także myśleć o czasie wojny, gdy wszyscy zdrowi mężczyźni znajdą się w więzieniu bądź w służbie cywilnej i ciężar prowadzenia wspólnoty spadnie na kobiety oraz  starców. Nieszczęście zapewne nadejdzie i nadejdzie niespodzianie, trzeba więc na taką ewentualność przygotować się w okresie pokoju.

Czas prześladowań , podczas którego wspólnoty będą rozwiązane i kmiecie będą musieli żyć w ukryciu, w piwnicach czy w lasach, wydaje się również nieunikniony.

Będą oni wspominać czas szczęśliwy (nasz), gdy mogli robić to, co chcieli, i z którego nie umieli dosyć korzystać i się nim nacieszyć. Z utęsknieniem będą  oczekiwali na dzień, w którym wspólne, braterskie życie, uprawianie ogrodu i spożywanie owoców pracy własnych rąk przestanie być snem i legendą.

 

 

                                                              O  BAZIE  RELIGIJNEJ

 

27. Zakon  nie jest zakonem religijnym. Nie zamierza zakładać żadnej nowej religii. Swój wysiłek kieruje ku pojednaniu ludzi, ku oczyszczeniu środków egzystencji, ukazuje drogę prowadzącą ku życiu duchowemu, ku mądrości. Zakon daleki jest od tego, aby atakować, krytykować, reformować czy zastąpić jakikolwiek ustanowiony kościół. Nie przynosi żadnego objawienia tyczącego celów ostatecznych człowieka ani nowego sposobu adoracji Boga. Nie może więc zderzać się z Kościołem, gdyż nie wchodzi na tę samą płaszczyznę, nie wchodzi w dziedzinę dogmatu, liturgii i sakramentów.

     

Ewangelia mówi: ŤJeśli więc przyniesiesz dar swój przed ołtarz i tam wspomnisz, że brat twój ma coś przeciw tobie, zostaw tam dar swój przed ołtarzem, a najpierw idź i pojednaj się z bratem swoim! Potem przyjdź i dar swój ofiaruj!ť To właśnie to wstępne pojednanie zakon chce realizować w świecie.

Ludzie nie mogą się w pełni urzeczywistnić w swej naturze ni usprawiedliwić przed Bogiem wyłącznie przez swą pracę. Trud, podjęty przez człowieka, przygotowuje go do zbawienia, lecz nie zbawia. Rolnik orze ziemię i powierza jej ziarno, ale to nie on sprawia, że ono kiełkuje i wyrasta na polu pszenica. Kiedy więc posiał, trzeba, aby czekał, modlił się i dziękował, gdy dane mu będzie zebrać.

Zakon jest jak ojciec rodziny, którego pierwszym obowiązkiem jest składanie hołdu Bogu. Nie chodzi nam o to, aby obyć się bez kapłanów, ale jeżeli chce się prowadzić życie święte, trzeba najpierw starać się być uczciwym. A nic nie jest z pewnością bardziej obrzydliwe w oczach Boga jak pobożność człowieka żyjącego kosztem innych. Czas na modlitwę i duchowe ćwiczenia powinien być zapracowany. Trzeba zdobywać ten czas tak jak chleb, w pocie swego czoła. Tylko podejmując ten wysiłek, można zrozumieć jego cenę.

Jest możliwe dla ludzi różnych wyznań przyjąć te podstawowe zasady i prowadzić pod jednym dachem równoległe życia religijne. Nasza reguła zaprasza każdego do nawrócenia w swej własnej religii, do pogłębiania jej i sprawowania pojedynczo bądź w grupach jej kultu.

Wszystkie religie mieszczą się w Zakonie, nie ma w nim miejsca tylko dla nietolerancji i bezbożności.

 

 

                                                    ZAKON  I  WŁADZE  PUBLICZNE

 

28. Zakon może liczyć tylko na bogactwa uzyskane z pracy swych członków, moc wynikającą z ich jedności i bezpieczeństwo oparte   na ich wierności.

Zakon zdecydowanie umieszcza się poza klasami i walką klas, narodami i wojnami narodowymi, dyskryminacją rasową, sektami i religijnymi czy ideologicznymi sporami. Uważa, że jedyną rewolucją, od której można oczekiwać czegoś dobrego jest rewolucja gandhyjska, będąca skuteczna w przekształcaniu świata tylko w miarę jak sam rewolucjonista się przemienia i oczyszcza w walce.

Rewolucja bez nawrócenia jest jak dziura w wodzie.

Aby zaprowadzić trwałą sprawiedliwość, trzeba zacząć od siebie samego.

29. Ponieważ problem społeczny jest dogłębnie i definitywnie rozwiązany wewnątrz Zakonu, jego członkowie nie mają żadnego udziału w prądach, ruchach wiodących ku krwawym rewolucjom. Tak samo nie uczestniczą oni w żadnych dziełach, w żadnych manifestacjach patriotycznych prowadzących ku wojnie. Jest im surowo zabronione wyrażać polityczne opinie, zajmować oficjalne stanowiska, zdobywać władzę. To wcale nie oznacza, że odwracają się oni od spraw świata, czy pogardzają ludźmi w nim żyjących. Ich wycofanie się jest niezbędnym dystansem, jaki trzeba przyjąć, aby móc mądrze ocenić wydarzenia i znaleźć lekarstwo na zło dotykające ludy.

Zakon stawia sobie za cel tworzyć w środku narodów wysepki  braterskiego współżycia, mnożyć je po trochu, aby odwrócić możliwie jak najwięcej ludzi od szalonych prądów filozoficznych naszego wieku, uczyć ich, nie poprzez teorie, ale własnym przykładem, jak zmieniać raczej ludzi aniżeli prawo, zamiast pchać ich jednych przeciw drugim, klasa przeciw klasie, naród przeciw narodowi. Zakon stawia sobie za cel  łączyć wszystkich mieszkańców Ziemi w jeden Boży lud i przeciwstawiać ich pokój pobudzeniu panującemu w świecie.

 

 

                                                     NIEZNISZCZALNOŚĆ   ZAKONU

 

30. Zakon jest nierozwiązywalny.

Żadna ziemska władza nie ma nad nim władzy.

Żaden dekret nie ma prawa unieważnić ślubów. Żadne prześladowania  nie mogą  przeszkodzić tym, którzy je razem składali, do usiłowania odnalezienia się i wypełnienia swych ślubów do ostatniego tchu.

 

           



 

            IV.   ŚLUBY 

 

SIEDEM  ŚLUBÓW

 

Oto siedem ślubów, jakie są składane dzisiaj przez kmieci:

Boże Mocny, Boże Wieczny, sprawiedliwy i dobry,

nie pozwól nam nigdy zapomnieć,

że ślubujemy wytrwać,

podążając  w kierunku tych siedmiu wzorców:

 

                                                           I

Oddać się w służbę naszym braciom,

która się zaczyna poprzez pracę własnymi rękoma,

aby przynajmniej nikomu nie ciążyć,

żeby znaleźć dla nas  i dla innych ludzi wyjście z nędzy,  nadużyć, zniewolenia i  niepokojów wieku.

Pracować nad sobą samym, każdego dnia ćwiczyć się w poznaniu, posiadaniu i ofiarowaniu siebie samego.

Pracować nad utrzymaniem i wzrostem Zakonu przez wierność całemu nauczaniu, a także żywemu plemieniu, w którym żyjemy,

przez poświęcenie w wypełnianiu obowiązków tak w domu, jak i na misjach zewnętrznych,

przez gościnność i dobrosąsiedzkie stosunki,

przez postawę, strój, udział w kapitule, w zgromadzeniach i w świętach.

 

 

                                                                               II

Być posłusznym regule i dyscyplinie Arche

jak również przywódcom, którzy służą wspólnotowej woli i stanowią jej żywe prawo.

 

                                                                               III

Przyjąć odpowiedzialność za swoje czyny,

uznać własne winy,

naprawić wyrządzone krzywdy czy im zadośćuczynić,

poprawić się  samemu,

pod kontrolą kmieci, jeżeli wina jest znana,

w ukryciu, jeśli tylko mi jest znana.

Przyjąć współodpowiedzialność za sprawiedliwość w Zakonie,

obarczyć się winą mego konfratra, jeżeli on odmawia jej uznania i nie chce się poprawić.

 

 

                                                                              IV

 Oczyszczać się z wszelkiej chciwości posiadania, z wszelkiego ducha zysku i panowania,

 z moich przywiązań, z moich roztargnień, z moich pretensjonalności, z moich  przesądów,

  z mojej pogardy, z moich uraz, z mojej obojętności,

 z moich pożądań, z mojej obłudy,

 z mojej próżności, z moich niechęci, z moich upodobań,

 z moich zaniedbań, z moich tchórzliwości,

przez post i ćwiczenie, apel świadomości i modlitwę.

 

                                                                               V

 

Żyć w sposób prosty, skromny i schludny

 i miłować Ubóstwo, aby podążać ku oderwaniu się i doskonałej miłości.

 

                                                                              VI

 

Służyć prawdzie.

 Mówić z odwagą to, co uznajemy za prawdziwe,

 chyba że ostrożność, szacunek czy miłosierdzie każą nam milczeć.

Wyrzec się oszustwa, intrygi, obmowy, nienaturalności.

 

                                                                              VII

 

Nie skrzywdzić żadnej istoty ludzkiej i, jeśli to możliwe, żadnej istoty żyjącej dla przyjemności, korzyści czy wygody.

Walczyć o sprawiedliwość bronią sprawiedliwości, na każde wezwanie być gotowym do działania.

Rozwiązywać konflikty,  zatrzymywać zło, naprawiać krzywdy przez non-violence, która jest Siłą Prawdy,

żeby przekonać, a nie pokonać,

żeby pojednać, a nie zdominować,

żeby wprowadzić pokój.

 

Daj nam, Panie, aż do końca zachować nasz ślub,

Abyśmy Ciebie poznawali, Ciebie kochali, Tobie służyli,

Abyśmy byli.

                                                                          AMEN

                                                                               

            KOMENTARZ   DO   ŚLUBÓW

 

 

           WPROWADZENIE

 

Kiedy najgorliwsi z pierwszych zwolenników naszej idei zaczęli poważnie myśleć o utworzeniu Arche, to znaczy o złożeniu  ślubów, akceptowałem wszystkich, którzy chcieli to uczynić, znając zresztą ich szlachetne intencje.

I wszystko szło dobrze, sprawa ruszyła, tak przynajmniej sądziłem, aż do momentu, gdy spostrzegłem się, że większość, czy nawet prawie wszyscy, nie mieli pojęcia, czym są śluby. Tego czy innego dnia jeden bądź drugi z hukiem je zrywał bądź ze spokojem popełniwszy wiarołomstwo, oświadczał na odchodnym, że rozczarował się tym, oburzył się na tamto, pociągnięty został gdzie indziej; że jego studia..., jego rodzice..., jego zdrowie..., jego zawód..., że sądził, iż..., że nie myślał, że... ŤJeżeli złożyłem śluby, to po to, aby zrobić ci przyjemnośćť — powiedział mi jeden, dając mi odczuć, jak bardzo okazałem się niewdzięczny, wymagając jeszcze ich wypełnienia.

Pierwszego roku w Tournier niektórzy jak złodzieje  dali nocą  drapaka, znikli, nie pozostawiwszy adresu ni żadnego śladu, jak gdyby rzeczywiście wpadli w próżnię!

Inni, wytrwawszy wiernie we wspólnocie, bronili uciekinierów, oskarżając mnie o surowość. Była ona w ich oczach tylko jednym rysem  więcej mojego władczego i gwałtownego charakteru, dziedziczonego bez wątpienia z arystokratycznego  pochodzenia i średniowiecznych manii, jakie żywiłem.

Ha, czy przywołuję wam czasy dawne, czasy całkowicie minione, Konfratrzy? Lecz wy, Konfratrzy, i wy, Nowicjusze, wy wszyscy dobrze wiecie, że śluby i przysięgi są sprawą życia i śmierci, że ten, który łamie swe  śluby, niszczy samego siebie i zasługuje na śmierć! Wy nie jesteście dosyć ucywilizowani, dosyć rozwinięci, dosyć postępowi, dosyć nowocześni, żeby traktować wierność słowu honoru jak przesąd czy arystokratyczną  próżność! Wy wiecie, wy, to co wie ostatni dzikus, najbardziej prymitywny, to co wiedzieli poganie w Starożytności, co jest oczywiste dla wyznawców wszystkich religii:

że wiarołomstwo jest zbrodnią równą morderstwu, i gorszą, gdyż godzi w wieczność.

To dlatego ten, który je popełnia, zasługuje na śmierć. Starożytni wypowiadając przysięgę, pieczętowali ją formułą: ŤNiech piorun mnie uderzy, niech pierwszy przybyły mnie zasztyletuje, jeśli kiedykolwiek złamię me słowo!ť  Jakikolwiek proces jest więc zbędny, nieważne wszelkie dyskusje i usprawiedliwienia, niepotrzebny werdykt sędziego: kara śmierci spada sama z siebie na głowę przeniewiercy z mocy jego własnego wyroku ogłoszonego w dniu złożenia przysięgi.

Nie należy do kontraprzemowca wymierzać winnym karę, szczególnie karę śmierci. Lecz śmierć będąca esencją grzechu jest tu obecna, nawet bez egzekucji.

Jest powiedziane w Prawie Mojżeszowym: ŤNie będziesz wzywał imienia Pana, Boga twego, na próżno[16] (czy fałszywie).ť Bóg jest  pełnią bytu i  prawdą. Wzywać go na próżno, to czynić z pełni próżnię, z bytu nicość, wzywać Go fałszywie, to czynić z żywej prawdy fundament kłamstwa. Jest to więc opróżnianie się samego siebie z ducha, z życia, z bytu, jest to śmierć duszy.

ŤŚluby, powiedział Gandhi, są istotą Boga. Odwieczna trwałość  praw natury, powrót słońca każdego ranka są wspaniałym znakiem wierności Stwórcy wobec swych ślubów.ť To w tym sensie Biblia mówi Deus est fidelis.

Jeśli więc my śmiemy składać śluby, to dlatego, że mamy udział w wieczności, gdy jednak składamy je fałszywie czy na próżno, ten udział jest zniszczony.

 

Tak, jest rzeczą straszliwą składać śluby i przysięgi. Trzeba się więc zapytać, czy nie jest to w ogóle zakazane.

Ewangelia wydaje się mówić jasno w tym punkcie: ŤSłyszeliście również, że powiedziano przodkom: Nie będziesz fałszywie przysięgał, lecz dotrzymasz Panu swej przysięgi. A Ja wam powiadam: Wcale nie przysięgajcieť (Mt 5, 33-34).

Z wyjątkiem kilka sekt dosłownie podchodzących do słów Jezusa prawie cała tradycja chrześcijańska interpretuje ten formalny zakaz jako pewne przejaskrawienie językowe,  jakie Nauczyciel niejednokrotnie stosował, aby uwypuklić jakąś prawdę.  Gdy On mówi: ŤKto nie ma w nienawiści swego ojca, swoją matkę...  nie jest Mnie godzienť, nie wzywa bynajmniej do nienawiści. Tak samo nie każe nikomu wziąć noża i wyłupać sobie oko czy uciąć rękę, mimo że wypowiada takie właśnie polecenie (Mt 5, 29-30). Podobnie więc ostrzeżenie przed przysięganiem uznać trzeba jako szczególnie surową przestrogę, aby nie popełnić wiarołomstwa, krzywoprzysięstwa, aby,  nawet gdy intencje są szczere, nie przysięgać pochopnie.

 

Jest kpiną z żywego Boga zobowiązać się pod przysięgą do wykonania czynu niemoralnego, na przykład zabicia bliźniego czy uwiedzenia jego żony,  gdyż jest to wzywanie Boga na świadka w złamaniu jego przykazań . W ten sposób Herod uciął głowę Janowi Chrzcicielowi, nie w imię sprawiedliwości czy z powodu nienawiści, ale tylko dlatego, ponieważ przysiągł, przysiągł piękny podarunek swej małej siostrzenicy, która olśniła go tańcem, a ona tego właśnie zażądała. Literatura raczy nas niezliczonymi dramatami mającymi swe źródło w urojonych punktach honoru, w skrupułach obłąkanego sumienia. Bohaterka Burgraves  przysięgła, że trumna, którą kazała wnieść do komnaty, nie opuści jej pusta; lecz ponieważ nieprzyjaciel, którego chciała w niej umieścić, umknął, nie pozostało jej nic innego jak sobie samej zadać śmierć, aby wypełnić swą przysięgę oraz trumnę.

 

Lecz żeby przejść teraz do rzeczy poważnych, rozważmy jedyny ślub, który się liczy przed Bogiem, ślub ofiarowania się Jemu. Lekkomyślne jego złożenie świadczy o braku bojaźni, jaką powinna być przepojona nasza postawa wobec Niego. A jeśli opieracie się tylko na własnych siłach ŤJa wam powiadam: Wcale nie przysięgajcieť.

Stare, wielkie zakony dopuszczają do składania publicznych ślubów wieczystych dopiero po wielu latach próby. I na straży stoi dodatkowo wiele powziętych względem zakonnika środków ostrożności, jak klauzura, nadzór przełożonych, braterskie upominanie, habit. Wiekowe doświadczenie dowodzi, że składać śluby bez wsparcia tymi metodami, z których wiele może wydawać się tylko zewnętrznym zwyczajem, to zapominać o ludzkiej słabości i kusić Boga.

Zakon można zdefiniować jako sumę zabezpieczeń potrzebnych dla wypełnienia ślubów, jako zespół instrumentów zapewniających ich harmonijne zrealizowanie tak w osobie jak i we wspólnocie[17].

Arche pod tym względem nie różni się od innych Zakonów. Kilku  teologów dyskutowało nad wartością naszych ślubów. Jeden wielebny ojciec wyłożył mi w trzech punktach swoją teorię  na ten temat, z czego ja nic nie pojąłem. On zdawał się sklasyfikować nasze śluby jako Ťprywatneť, podczas gdy one mają z gruntu publiczny charakter. Odniosłem wrażenie, że wszystkie jego konkluzje zmierzały do tego, aby wskazać sposób ewentualnego rozwiązania naszych ślubów. Lecz tym nie jesteśmy absolutnie zainteresowani i odrzucamy wszelką taką myśl, jeżeli ona się pojawia. Gdyż branie pod uwagę takiej możliwości już jest winą, jak winą jest przemyśliwanie nad otruciem współmałżonka, nawet jeśli podejmuje się wszelkie środki ostrożności, aby tego uniknąć. Porzućmy więc te negatywne spekulacje i zastanówmy się raczej nad sposobem wejścia w śluby, aniżeli jak z nich wyjść.

Pierwszym stopniem zaangażowania jest przyrzeczenie,  jakie  składają Sprzymierzeni. Uroczyste przyrzeczenie jest umową zawartą z człowiekiem czy grupą ludzi. Ważkość przyrzeczeń  Arche nie jest bez związku ze ślubami, skoro przyrzeka się tym, którzy ślubowali i właśnie dlatego, że ślubowali, w ten sposób wierność Sprzymierzonych opiera się na wierności Konfratrów. Zauważcie, że to przyrzeczenie jest raczej dla dobra tego, który je składa, aniżeli dla dobra tych, którym jest składane. To nie pozwala je złamać w dniu, w którym przestaje odpowiadać, pod pretekstem Ťnie wyrządzam szkody nikomuť. Jednakże, jeżeli wyłoni się nieoczekiwana przeszkoda, ma się prawo prosić o zwolnienie z przyrzeczenia tych, którym się je składało, co nie jest możliwe w przypadku ślubów, mające charakter absolutny, żaden więc człowiek nie może ich rozwiązać.

Także Nowicjusz składa tylko przyrzeczenie, lecz przyrzeka słuchać reguły i dyscypliny Zakonu, mając na celu dojście do ślubów.

Konfrater żyje pełnią ślubów, lecz tylko przez okres jednego roku, przynajmniej formalnie.

Syn Arche niesie śluby oraz ich brzemię wieczystości, gdyż albo jest się synem, albo nie. Jeśli nim się jest, to na zawsze (jak wszystko, co jest).

Patriarcha niesie, poza swoimi, śluby wszystkich, którzy są pod jego pieczą.

Wszyscy zresztą, którzy dostąpili pełni ślubów, są, przez ślub, współodpowiedzialni jedni za drugich, co nadaje ślubom Arche wszelkie  znamiona przysięgi oraz umowy zaprzysiężonej. I ten, który łamie swój ślub, znieważa bezpośrednio wszystkich innych. To dlatego każdy kmieć ma prawo wymagać poręczenia i nie zgodzić się na wejście do postulatu tego, któremu nie w pełni ufa.

Różnica między ślubem i przysięgą jest następująca: ślub jest zobowiązaniem wobec Boga i kiedy składa się go publicznie, bierze się ludzi na świadków tego zobowiązania. Przysięga jest zobowiązaniem wobec człowieka lub wielu ludzi i w tym wypadku bierze się na świadka Boga. Śluby Arche zobowiązują nas jednych wobec drugich, a jednocześnie każdego zobowiązują wobec Boga.

Śluby Arche zapamiętane umysłem i przechowywane w sercu, każdego wieczoru powtarzane na głos przy ogniu, tworzą krótki kanon, który stanowi  najbardziej zwięzłe i precyzyjne streszczenie naszej doktryny i reguły.

 

 

 

Teraz, kiedy tak mocno zaznaczyliśmy wartość absolutną ślubów, przejdźmy do ich wymiaru względnego.

Nie żyje się w absolucie, nie można osiągnąć doskonałości, nawet jeżeli ku niej się zmierza. Śluby są raczej busolą, wskazującą drogę, aniżeli miejscem, szczytem, gdzie można by osiąść za życia.

Wyraża to dobrze preambuła: Ślubujemy wytrwać, podążając  w kierunku tych siedmiu wzorców.

 

Nie możemy ślubować, że będziemy żyć zgodnie z tym ideałem, jaki stawiamy sobie za wzór, co wcale nie oznacza, iż nasz ślub jest mętny i niepewny: on nam nie pozwala zboczyć i cofać się.

 

 

Skoro taki nacisk położyliśmy na straszne konsekwencje wynikające ze ślubów, wyśpiewajmy teraz dobrodziejstwa, jakie zapewnia wierność danemu słowu:

Mój ślub jest przede mną jak wytyczona droga,

Mój ślub jest miarą mych wysiłków,

Mój ślub jest oparciem, na którym odpoczywam,

Mój ślub jest znakiem i rękojmią przekraczania samego siebie.

 

Jeśli złożyliśmy ślub, nie będziemy już czepiać się własnej woli, własnych poglądów, własnych sądów, nie będziemy grzęznąć w różnych sytuacjach bez wyjścia, w niepokoju o jutro, w lęku przed opinią innych. Ślub decyduje za nas, tnie, wyzwala nas z przywiązania, niepokoju, wahania i błędu.

Kiedy działamy na mocy naszego ślubu, możemy być pewni, że to nie my działamy, ale Bóg w nas.

To dlatego śluby są korzeniem siły i źródłem łaski.
                                                               O  ŚLUBIE  PRACY

 

Praca w Zakonie Roboczym odróżnia się przez swój cel, przez swoje metody, przez swój styl i rytm, a więc przez formę i treść od każdej pracy w świecie. Nasz ślub wyraża się w ten sposób:Ť Oddać się w służbę naszym braciom, która się zaczyna poprzez pracę własnymi rękoma, aby przynajmniej nikomu nie ciążyć, żeby znaleźć dla nas i dla innych ludzi wyjście z nędzy,  nadużyć, zniewolenia i  niepokojów wieku; pracować nad sobą samym, każdego dnia ćwiczyć się w poznaniu, posiadaniu i ofiarowaniu siebie samego; pracować nad utrzymaniem i wzrostem Zakonu.ť

Praca przebiega więc na trzech płaszczyznach:

 

   praca na rzeczach, czyli praca ręczna;

   praca nad sobą samym, czyli praca duchowa;

   i wreszcie praca nad innymi, w Zakonie, dla Zakonu i przez Zakon.

 

Nasz ślub oddaje nas na Ťsłużbęť: Ťktóra się zaczyna ...ť lecz nie kończy Ťpoprzez pracę własnymi rękomať. A praca ręczna, dodajmy,  ze swej natury ciąży ku temu, aby być służbą. Odmowa ręcznej pracy jest przyczyną dramatu wszystkich społeczności, lecz dobrowolne podjęcie takiej pracy wyróżnia ją spośród wszystkich zajęć, jakie są wykonywane na ziemi. W naszej cywilizacji, jak w każdej innej, pracuje tylko ten, kto jest do tego zmuszony przez innych czy przez okoliczności. To tu jest źródło nadużyć i legalnych niesprawiedliwości. Przymuszać ludzi do pracy dla nas, abyśmy byli od niej zwolnieni.

Z żądzy zysku i systematycznego poszukiwania przyjemności wynika mnożenie pragnień i potrzeb. Stąd pomnażanie koniecznych prac, prac mniej koniecznych, prac całkowicie zbędnych, wreszcie prac destruktywnych, namiętnie odczuwanych jako najbardziej koniecznych. Logika Grzechu czy ŤPoznanie-dobra-i-złať[18] nakazuje powiększać trud ze względu na pożądane dobra, lecz dodatkowym krokiem w tym kierunku było wypaczenie tej logiki i przekręcenie wynikającego z niej prawa, chcę powiedzieć prawa, które wyznacza cenę trudu, jaką trzeba zapłacić za otrzymane dobro; człowiek bowiem ten trud stara się zrzucić na bliźniego. Stąd wynikają podboje, grabieże, niewolnictwo, kolonizacja, mechanizacja; stąd tworzenie się klas społecznych i systematyczna eksploatacja biednych, słabych, pokonanych, stąd rewolty i represje i to o to chodzi, gdy recytujemy: Żeby znaleźć dla nas  i dla innych ludzi wyjście z nędzy,  nadużyć, zniewolenia i  niepokojów wieku.

Dobrowolne pójście do pracy fizycznej już jest pójściem pod prąd. Dlaczego?  Dlatego, że każdy chce takiego losu uniknąć. I jak jest napisane: ŤBłogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskieť, tak również można powiedzieć: Błogosławieni roboczy w duchu.  Błogosławieni Ťrobotnicyť w duchu. Lecz po dwakroć czy trzykroć nieszczęśliwi robociarze, bez ducha. Wykorzystywani przez  sprytnych, umiejących nie pracować, znoszą ciężki trud, który ich nie oczyszcza, lecz miażdży i staje się prawdziwym piekłem, to znaczy cierpieniem całkowicie jałowym dla duszy, czy wręcz dla niej szkodliwym, wzbudzającym zazdrość i bunt.

W świecie znajdujemy liczne rodzaje prac. My odróżniamy  prace, będące pracami, od tych, które są grami udającymi prace. Drugi rozdział Quatre Fléaux[19] ukazuje jak spekulacja, handel, polityka, wojna, ogólnie biorąc zajęcia nie będące fizyczną pracą czy służbą (szkolnictwem, medycyną) są grami, fałszywymi pracami. Prawdziwe prace są skażone Grzechem na tyle, na ile ich osią jest zysk i rywalizacja, na ile są naznaczone zniewoleniem. Zniewoleni są wszyscy zatrudnieni za płacę, gdyż zarządzanie pracą ani jej owoc nie należy do najemnika i nie wykonuje on jej z upodobania, ale wyłącznie dla zarobku. Pozostaje do omówienia praca będąca służbą, należą tu wolne zawody, jak lekarz czy nauczyciel, które są szlachetne w miarę jak są wolne, gdy pieniądze nie są celem, gdy honorarium traktowane jest jako wsparcie, jako środek do życia pozwalający oddać się służbie braciom.

Następnie praca rzemieślnicza, która jest wolna, która posiada swoją szlachetność, swoją użyteczność w całej rozciągłości, w jakiej nie jest zatruta żądzą zysku.

Czym ma być praca w Arche, w Zakonie założonym po to, aby wystąpić przeciwko temu monstrualnemu systemowi panującemu w świecie? Chodzi o to, aby wyrugować to, co jest w pracy kontynuacją grzechu. Pamiętajmy, że praca została ustanowiona przed grzechem. ŤPan Bóg wziął zatem człowieka i umieścił go w ogrodzie Eden, aby uprawiał go i doglądałť, jest powiedziane w księdze Rodzaju. Praca istnieje więc niezależnie od Grzechu. Lecz praca, nawet jako konsekwencja grzechu, może być również sposobem wyjścia z niego, oczyszczeniem, pod warunkiem, że nie będzie nacechowana tym, co stanowi istotę grzechu pierworodnego: duchem zysku i przebiegłości.  Z pracy w Arche eliminujemy więc ducha zysku oraz ducha przebiegłości i definiujemy ją jako Ťsłużbę braciomť. Nasza praca inspirowana duchem ofiary, sprzecznym z duchem zysku, staje się w ten sposób oczyszczeniem, uświęceniem, współuczestnictwem w dziele Stworzenia, jest zatem zgodna z wolą Bożą i służy pełnemu rozwojowi człowieka.

Widzimy jasno, co należy wyeliminować z naszej pracy: wszystko, co jest eksploatacją ludzi, zwierząt, a nawet rzeczy. Wykluczamy wszelką eksploatację, my uprawiamy.  I Bóg Ť umieścił człowieka w ogrodzie Eden, aby uprawiał goť. Istotą pracy w Zakonie jest ogrodnictwo i wszystko inne, nawet rzemieślnictwo, jest rozumiane w sensie pracy ogrodnika. Ogrodnik kształtuje przyrodę, urabia ją, ale zawsze we współpracy z nią i to ona faktycznie pracuje. On natomiast rządzi, dogląda, sprawia kwitnięcie i owocowanie roślin, potem zbiera, dziękuje i spożywa. Wszystko, co w pracy nie odbywa się w ten sposób, otwiera furtkę okrucieństwu, brzydocie, mechanizacji, przymusowi,  musi więc być usunięte. Płace winny być zniesione i uznane za zniewagę wymierzoną ludzkości. My nie płacimy pieniędzmi nikomu za wykonaną pracę i sami nie pozwalamy się uczynić płatnymi najemnikami.

Odrzućmy tę brudną niegodziwość adorowaną przez ludzi, która nosi imię Ekonomia  : sknerstwo uformowane w system, naukowe wyrachowanie. U nas przeciwnie, systemowo, staramy się dać życiu oddech, zezwalamy naturze na marnotrawienie, na nieproduktywność, nie chcemy ciągnąć z ludzi, zwierząt i ziemi co się tylko da. Jeżeli bowiem myślicie, że macie nad przyrodą nieograniczone prawa eksploatacji, prędzej czy później zaczniecie traktować ludzi jak przyrodę. W zawodzie najważniejsza nie jest produkcja, lecz człowiek, harmonia człowieka, rozkwit człowieka w pracy; życie bowiem nie zaczyna się po zakończeniu dnia roboczego ani od wakacji, ani od emerytury, jutro czy za tysiąc lat, życie to teraz i trzeba, żeby praca była życiem. A życie to nie to, co przymusza, co wprzęga, co obdziera, co rwie, co skręca, lecz to, co harmonizuje, tworzy, uszlachetnia rzeczy, zwierzęta i ludzi.

To nam każe odrzucić najpierw wszelką grę na owocach pracy innych, zakazuje nam handlu. Wcale nie przeklinamy handlu ani nie twierdzimy, że kupiectwo jest grzechem, ale sami mamy skrupuły oddawać się zajęciom opartych na rywalizacji i których celem jest zarobienie na produkcie, jakiego sami nie wytworzyliśmy. Jest nam zabronione kupić coś, aby to potem z zyskiem odsprzedać: nie jest nam zabronione sprzedawać artykuły, jakie sami wykonujemy. W każdym bądź razie nie wchodzimy w spekulacje cenowe i staramy się sprzedawać jak najmniej i jak najbliżej jest to tylko możliwe, najlepiej sąsiadom. W świecie istnieje tendencja odwrotna, wytwórcy szukają odległych rynków zbytu, narażają się na większe ryzyko, aby więcej zyskać.

Najpewniejszym klientem jesteśmy my sami. Sprzedać możemy  nadmiar tego, co wytwarzamy dla samych siebie, lecz  nie produkujemy towarów przeznaczonych wyłącznie na sprzedaż, które naturą, jakością, stylem różniłyby się od tych, jakich sami używamy. Sprzedaż jest poza tym okazją do ludzkich kontaktów, lecz sprzedajemy tylko na tyle, aby móc zdobyć środki na kupno tego, czego  nie potrafimy sami wytworzyć. Gdyż jest wiele jeszcze rzeczy, których nie umiemy wykonać. Lecz kupując nie jesteśmy zwolnieni od skrupułów. Niska cena produktu napełnia nas niepokojem, czy nie jest ona wynikiem niesprawiedliwości, wyzysku jednego człowieka przez drugiego i czy nabywając go nie stajemy się w ten sposób współwinowajcami zła, ludzkiej krzywdy.

Wykonujemy zawody, bez których nie można się obejść, które odpowiadają na prawdziwe potrzeby człowieka: pożywienie, ubiór, mieszkanie, narzędzia; dodajmy do tego czystość i piękno. I dodajmy, że ślub pracy idzie razem ze ślubem ubóstwa. Trzeba nam więc wytwarzać rzeczy środkami prostymi i jeśli szukamy wyjścia z niepokojów świata, praca nie może nas wprzęgnąć w te niepokoje i w ich przyczyny. Gdy nie będziemy mogli się obyć bez skomplikowanych  narzędzi, będzie to świadczyć, że zostaliśmy zniewoleni, przykuci do maszyn i przemysłu. Nasza rewolucyjna misja na tym ucierpi. Na tyle, na ile to możliwe, ograniczajmy techniczne wyposażenie, upraszczajmy metody. Najlepiej, jeżeli możemy ponieść nasze narzędzia na własnym grzbiecie, mając na uwadze, że wszyscy jesteśmy przechodniami i pielgrzymami i być może jutro będziemy dosyć szczęśliwi, cierpiąc prześladowania dla sprawiedliwości. Prosty sprzęt wymaga zręczności, którą skomplikowane urządzenie odbiera wraz z niezależnością pracownika.

Zarobić pieniądze, to stracić wszystko inne.

Gdy już są ustalone te zasady, które nadają kształt wspólnocie, kształt zewnętrzny i ożywiające źródła, wyłaniają się wówczas dwa niebezpieczeństwa dla pracujących w niej członków. Pierwszym jest pasywność i lenistwo wynikające z braku powszechnie stosowanego w świecie bodźca, osobistego zysku.

Jednakże, można się zdumieć, nie ma leniów między nami, choć nikt nikogo nie nadzoruje. Przyczyna tego tkwi w tym, że każdy oddaje się pracy, która mu odpowiada i go interesuje. Pracować dla innych, podczas gdy inni pracują dla nas, oto nasza zapłata. Nagrodą za wszystkie nasze trudy jest ujrzeć wykonaną robotę.

Lecz grozi jeszcze inne niebezpieczeństwo, jakim jest przywiązanie do swej pracy, szkodliwe jak każde inne nadmierne przywiązanie; istnieje bowiem zawodowa miłość własna mogąca rozdąć się w obłęd zawodowy. Przydarza się to łatwo ludziom  o zawężonym duchu, którzy w swym fachu doszli do mistrzostwa . I tu znowu grzech daje znać o sobie jako skłonność do ciągnięcia do siebie, do zamykania się w swej skorupie.  Duch  bezinteresownego zysku, równie fatalny jak żądza napchania własnej kieszeni! Tak, gdyż duch zysku nie zawsze jest poszukiwaniem osobistej korzyści. Iluż się widzi w świecie księgowych, administratorów, którzy zadowalają się skromnym wyposażeniem bez szans na jego podwyższenie, lecz z miłości do kasy, jaką zarządzają, do swego urzędu,  zdolni są do ohydnych wybiegów, okrutnych zdzierstw, nie zawsze legalnych. I takich spotkać można niekiedy nawet w instytucjach charytatywnych, w klasztorach.

Wszyscy Konfratrzy Arche powinni opanować co najmniej dwa zawody i nie unikać podstawowego, to znaczy zamiatania, zmywania, prania, ciężkich prac polowych, rąbania drzewa.

Najpierw zatem należy wyuczyć się jednego kompletnego fachu. Nie jego części. Tkacz zaczyna od surowego lnu, który musi wymyć, wyczesać, uprząść, ufarbować, utkać, ozdobić i wreszcie przywdziać gotową suknię bądź dać ją innemu lub sprzedać; może pracować sam lub w zespole, lecz nigdy w łańcuchu. Tylko okazjonalnie ludzie mogą tworzyć łańcuch, przy młócce czy pożarze. Lecz nie można spędzić życia na robieniu kawałka jakiejś rzeczy czy jedynego rodzaju rzeczy. Tkactwo czy stolarstwo nie odgrywa u nas większej roli, wytwarzamy na nasz użytek i trochę sprzedajemy przyjaciołom, lecz należałoby zatrzymać produkcję, gdyby ona dawała okazję do nadużyć podatkowych. Zmniejszając naszą wytwórczość, zyskujemy czas na modlitwę, muzykę, studia, medytację czy umożliwiamy ludziom bezpośrednie akcje w świecie. Nie chcemy pracować jak pszczoły nieustannie zbierające miód, który jest wybierany z ula przez innych.  Gdy tylko zapewnimy sobie skromne środki do życia, odstawiamy narzędzia.

Różnimy się zdecydowanie od średniowiecznego cechu, stowarzyszenia rzemieślników tego samego kunsztu, mającego na celu obronę ich interesów. Jesteśmy ciałem o rozlicznych profesjach, złączonych, ponieważ różnoracy mistrzowie, rzemieślnicy chcą tworzyć jedno żywe ciało. Aby obronić się przeciwko usidleniu w swym zawodzie, trzeba wykonywać niejednokrotnie w ciągu roku, a nieraz i podczas jednego dnia, zajęcia odmiennego rodzaju, a także aktywnie uczestniczyć w kierowaniu całością. Z cechu zachowamy to: każdy zawód zawiera wiedzę, filozofię, wizję życia, a także pewne poznanie człowieka i pewne panowanie nad sobą.

 

Dochodzimy do drugiego punktu naszego ślubu pracy: ŤKażdego dnia ćwiczyć się w poznaniu, posiadaniu i ofiarowaniu siebie samego.ť Rozwinięcie tego punktu byłoby przedstawieniem całej duchowej doktryny Zakonu. Tu chcę tylko położyć nacisk na potrójność  wymogu, co wskazuje na  moralny i religijny charakter tego poszukiwania siebie  i określa metodę. Jest bowiem oczywiste, że należy zacząć od poznania, gdyż nie można coś posiąść bez wcześniejszego tego  poznania. A poznanie bez posiadania jest niczym. Poznanie i posiadanie bez ofiarowania są z pewnością możliwe, lecz mniej czy bardziej diaboliczne. Poznanie natomiast i posiadanie mające na celu ofiarowanie są środkiem do uświęcenia. Poznanie siebie samego musi wyprzedzać ofiarowanie, lecz ofiarowanie i posiadanie winny przewodniczyć poznaniu, być dla niego bodźcem i sprężyną.

 

 

 

Trzecim punktem jest Ťpracować nad utrzymaniem i wzrostem Zakonu.ť

I jest jasne, że tego nie można czynić bez Ťwierności całemu nauczaniuť, które jest racją bytu tego zakonu, bez gorliwości w jego rozważaniu  i stosowaniu w praktyce, bez przekazywania go słowem oraz przykładem nowicjuszom, stażystom, przyjaciołom .

I nauczanie nie może być abstrakcyjnym systemem, lecz sposobem życia osobistego i życia we wspólnocie.

A wierność nauczaniu życia idzie w parze z wiernością żywemu plemieniu, które jest naszą wspólnotą założoną na tej samej doktrynie.

Całe nauczanie  znaczy: nauczanie w swej czystości i kompletności.

Czystości nauczania strzeże się, nie dopuszczając do wmieszania w nie innych doktryn, nawet jeśli te doktryny są bezspornie wartościowe i mają wiele punktów wspólnych z naszą.

Krem czekoladowy jest rzeczą wspaniałą, zupa cebulowa jest rzeczą wspaniałą. Są to dwie rzeczy wspaniałe, pod warunkiem, że nie są zmieszane.

Stanięcie w opozycji nie jest warte więcej aniżeli wymieszanie się. Zażarte polemiki, w których staramy się wykazać, że nasza doktryna jest lepsza, nie służą niczemu. Ona jest inna, jest tym, czym jest, jest naszą, to wszystko. Uczyniliśmy ją naszą, ponieważ wierzymy, że jest prawdziwa. Jeśli myślelibyśmy inaczej, szukalibyśmy gdzie indziej.

Z powodu swej religijnej natury, swych tradycjonalnych podstaw, swych wewnętrznych korzeni ona nie jest przedmiotem do dyskusji, lecz drogą prowadzącą do kontemplacji i duchowego doświadczenia.

Ona jest żywa i potrafi przemienić tych, którzy się na nią głęboko otwierają, i nie potrzebuje dodatkowych upiększeń.

Przeinacza się ją w przypadku, gdy się jej coś dodaje, jak i wtedy, gdy się coś z niej ujmuje. To dlatego koniecznym jest bycie wiernym całemu  nauczaniu.

Doktryna jest całością, wchodzi ona na wszystkie płaszczyzny życia. Nie można wydziobywać z niej to tylko, co odpowiada. Niewiernym nauczaniu jest ten, kto wybiera z niego jeden temat, a zaniedbuje inne, czy jakiś wyklucza.

Żeby uniknąć, na ile to możliwe, przyszłych dyskusji i nieświadomych wypaczeń zdefiniujmy teraz fundamentalne tematy oraz teksty, które się do nich odnoszą.

Nauczanie zawiera dwa oblicza: życie wewnętrzne i  non-violence, a trzecim jest religijne pojednanie.

Można powiedzieć, że drugie jest praktyczną konsekwencją pierwszego, że życie wewnętrzne odbija się non-violence w zewnętrznych działaniach. Lecz trzeba dodać, że każde posiada swój aspekt wewnętrzny i zewnętrzny, poznanie i praktykę.

Istnieje praktyka życia wewnętrznego: medytacja, modlitwa,  ćwiczenia cielesne i umysłowe, rekolekcje, posty, czuwania, pielgrzymki oraz inne zwyczajne i nadzwyczajne doświadczenia ascetyczne, do czego dodaje się publiczna praktyka religijna i wreszcie otwarcie na obce wyznania.

Z drugiej strony działanie non-violence nie ogranicza się do czynu; czyn bez myśli nie jest czynem, a tylko odruchem. Działanie zakłada więc znajomość zasad, metod, historycznych przykładów, argumentów mogących przekonać innych.

Publiczna akcja nie zawsze jest możliwa, nie może trwać bez końca i nie wystarcza; aby nie była zawieszona w powietrzu, musi się wspierać na naszym codziennym życiu, w którym będziemy rozwiązywać konflikty z naszymi bliźnimi. Jeśli więc chcemy prowadzić pokojową akcję nieustanną, musimy zakładać wspólnoty, wieśniacze i rzemieślnicze, takie, że gdyby świat się zorganizował według ich modelu, wojna, bunt, zniewolenie i nędza zniknęłyby same z siebie z powierzchni planety.

Nauczanie Arche w tym podwójnym zakresie zawarte jest w serii Nowości Arche, jak również  w L’homme Libre et les Anes sauvages (Człowiek Wolny i Dzikie Osły), w dużej części składające się z materiału umieszczonego w Nowościach  z pierwszych lat.

Nauczanie duchowe znajduje się w Ku Życiu Wewnętrznemu [20] (Approches de la Vie Intérieure): poznanie, posiadanie oraz ofiarowanie siebie samego.

Principes et Préceptes du Retour ą l’Évidence (Zasady i Reguły Powrotu do Oczywistości) przeznaczone są dla samotnego włóczęgi, ale kmieć żyjący we wspólnocie również może z tej książki czerpać.  To, co się tyczy miasta, natury, wolności, prawdy, oczywistości, Boga, ma wymiar uniwersalny.

Interpretacja Grzechu Pierworodnego, która jest osią doktryny, znajduje się w kilku dziełach, lecz najbardziej kompletna w ostatnim rozdziale La Montée des  Ames  Vivantes  (Wzlot Dusz Żyjących). Konsekwencje Grzechu na cywilizację są analizowane w Quatre Fléaux  (Cztery Plagi); wyjaśnioniony jest tam ich powab, ich wspaniałość i nieunikniony upadek. Wyjaśniona jest nasza szczególna nieufność wobec tej cywilizacji wzniesionej na duchu zysku i rywalizacji, wobec rozwoju maszyny i rozszczepienia atomu.

Zagadnienia tyczące non-violence przedstawione są w:

1. Quatre Fléaux, rozdział V.

2. Le PŹlerinage aux Sources, rozdział IV (Trzy miesiące u Gandhiego).

3. VinôbČ:, rozdział III, VII, X.

4. Ku Życiu Wewnętrznemu, cztery rozdziały: O czynnym niestosowaniu przemocy, Niestosowanie przemocy i słuszna obrona, Niestosowanie przemocy i miłosierdzie, Bierne niestosowanie przemocy.

Poza tym słowa i czyny Gandhiego oraz Vinoby należy uważać za korzenie Nauczania.

Można się spytać dlaczego ta lista nie obejmuje La Trinité Spirituelle (Duchowa Trójca), która jest dziełem fundamentalnym Założyciela i stanowi klucz dla reszty jego pism. To dlatego, że aby stać się konfratrem Arche, nikt nie jest zobowiązany studiować filozofię ani wchodzić w metafizyczne myślenie.

Jednakże, jeśli znajdą się myśliciele pomiędzy przyszłymi konfratrami, ta mała książka będzie mogła im pomóc od strony filozoficznej pogłębić problematykę non-violence, gdyż mogłaby ona mieć podtytuł: Filozofia Pojednania  czy Dialektyka Transcedentna. Poza tym może ona służyć za punkt wyjścia dla dalszych poszukiwań.

Ominięte są również Commentaires de l’Évangile (Komentarze  Ewangelii), gdyż nie jest konieczne dla konfratra znać tradycję chrześcijańską. W Arche obowiązuje wierność wobec własnej rodziny religijnej i głęboki szacunek dla innych wyznań. A wspólny grunt wszystkich religii stanowi poznanie, posiadanie i ofiarowanie siebie, oraz non-violence.

Streśćmy:

Grzech Pierworodny:[21]  rozum ludzki obrócony ku korzyści i panowaniu, stąd rywalizacja i przemoc panujące w cywilizacjach, przemoc zalegalizowana i zmoralizowana.

Boskie na to lekarstwo: łaska Boża, lecz ludzkim warunkiem tej łaski jest Nawrócenie .

Społeczna konsekwencja Grzechu: utrata pokoju.

Duchowa konsekwencja Grzechu: utrata poznania Jednego, Siebie, substancji rzeczy, Boga.

Efekty Nawrócenia: przejście od życia zewnętrznego do wewnętrznego, czynna, wyzwolicielska non-violence i oczekiwanie Królestwa Niebieskiego.

 

Przez poświęcenie w wypełnianiu obowiązków tak w domu, jak i na misjach zewnętrznych.

Poświęcenie jest tym większe, im mniej głośne.

Jest dużo trudniej poświęcać się wszystkie dni w przyziemnych zajęciach, aniżeli wystawiać swe życie we wzniosłym czynie, który nas może wpisać na karty historii.

Lecz wypełnianie zwykłych obowiązków w domu, który dla tylu ludzi stanowi znak nadziei, jest ukrytym uczestnictwem w chwale.

Być na misji znaczy być wybranym przez przywódców i wysłanym do specjalnych zadań na zewnątrz, służyć tam w dobrej sprawie  i przynieść zaszczyt Zakonowi; to nie jest osobiste przedsięwzięcie, w jakie się rzucamy, otrzymawszy, jeżeli nie wymusiwszy, pozwolenie, i dla powodzenia którego korzystamy ze środków, mocy i autorytetu Arche.

ŤPoświęcenieť na misji znaczy oddać się jej całym swoim sercem, całym swoim umysłem i ze wszystkich swych sił w doskonałym posłuszeństwie, modyfikować czy zawiesić akcję, gdy się otrzyma taki rozkaz, natychmiast powrócić, gdy jest się odwołanym.

Misja może być powierzona tak grupie jak i jednej osobie. Ta grupa tworzy wspólnotę o charakterze niepełnym i czasowym, jest to Ťwspólnota misyjnať.

Misja może mieć za zadanie założenie stałej wspólnoty. Ta nowa wspólnota stanie się stałą od dnia, gdy Przywódca Zakonu i jego Rada za taką ją uznają.

ŤPrzez gościnność i dobrosąsiedzkie stosunki.ť Obowiązek przyjmowania gości jest jedną z prac Zakonu, jest pracą, a nie przeszkodą w pracy.

Kontakt z ludźmi, przekazywanie im własnych doświadczeń, kształtowanie ich i wspieranie, jest jednym ze sposobów pracy Ť nad utrzymaniem i wzrostem Zakonuť.

Co się tyczy dobrosąsiedzkich stosunków, w tym punkcie należy być bardzo czujnym; mało osób z okolicy udaje się do Wspólnoty; ci, którzy przychodzą, czynią to z ciekawości, niekiedy życzliwej. Odwiedzają nas, lecz nigdy się nie zdarzyło, aby jakiś wieśniak z sąsiedztwa chciał odbyć u nas nowicjat, czy choćby staż. Wszyscy nasi członkowie rekrutują się z daleka. Dlaczego? nie wiem.

Przez postawę, strój, udział w kapitule, w zgromadzeniach i w świętach. ŤŚwiętoť, ostatnie słowo ślubu Pracy. Nie ma tu paradoksu. Hindusi nazywają Święto ŤPracą Bogať. Trzeba pojmować święto nie w kategoriach zbytku, rozrywki, lecz jako najważniejsze, niezbędne do życia dzieło. Każdy musi się do niego przygotować  i odegrać swą rolę, być  ciałem i duchem w nim obecny, tak żeby  Wspólnota zjednoczyła się w radości. Jest to odprężenie, gdyż każda praca winna być wykonywana w odprężeniu. Podczas święta dominuje odprężenie, lecz praca musi także być w nim obecna, wraz z  uwagą. Śpiew, taniec nie są błahostkami, zbytkami marnotrawiącymi czas. Rozradowanie się jest zadaniem Święta.

Postawa, strój podkreślają święto, lecz odgrywają one swą znaczącą rolę także w powszednim dniu. Nie jest to kwestia kokieterii czy osobistych upodobań. Habit jest taki sam dla każdego. Wszystkie wielkie zakony są dumne z habitu i mnisi rzadko go zdejmują. Ja miałem wiele trudności, aby przekonać moich kmieci do habitu. Za każdym razem, gdy zauważałem u kogoś niechęć do tego ubioru, czy zaniedbanie, przeczuwałem, że on długo nie pozostanie w Arche. ŤHabit nie czyni mnichať, głosi światowe porzekadło. Nie, moi drodzy, habit czyni mnicha, zewnętrzna postawa utwierdza  w wewnętrznym powołaniu. Habit jest nieustannym apelem, świadectwem wobec świata.

Moi synowie i moje córki, kochajcie habit i noście ten strój godnie! I zobaczycie, tak we wspólnocie jak i w świecie, zobaczycie, że on was skłoni ku zacnym postępkom, a ustrzeże przed złymi! Dla ludzi duchowych nie ma nic zewnętrznego. To, co jest zewnętrzne, odpowiada temu, co jest wewnętrzne. Powierzchowna banalność świadczy o wewnętrznej nijakości, o tchórzostwie, o rozluźnieniu. Czy znacie zakonnice noszące brudne, wykrzywione kornety? Kiedy żołnierze łażą w obozie rozchełstani, można przypuszczać, że przegrają najbliższą bitwę.
                                                       ŚLUB   POSŁUSZEŃSTWA

 

Posłuszeństwo jest praktycznym wcieleniem w życie idei jedności  i podstawowym posłuszeństwem, nawet zasadą posłuszeństwa, jest posłuszeństwo samemu sobie. Największym i najlepszym dziełem, jakie możemy stworzyć,  jesteśmy my sami,  a jeżeli byśmy zdołali zbudować coś wspanialszego, jego wielkość i piękno będą fałszywe.

Posłuszeństwo sobie samemu jest to wewnętrzna jedność i jest to po prostu wola.

Człowiek bez wewnętrznej jedności i bez woli pływa w nieustannym bałaganie, targany na prawo i lewo przez swe skłonności i  pragnienia. Jest w stałej sprzeczności z sobą samym. Bez wątpienia słucha on swych fantazji, a ich bezgraniczna żywiołowość  daje mu rodzaj iluzorycznej wolności. Lecz to przecież jego fantazja cieszy się wolnością, a nie on. Liść fruwający na wietrze jest istotą najmniej wolną, jaką można sobie wyobrazić. Tak samo człowiek, który robi wszystko, co mu przyjdzie do głowy.

Posłuszeństwo sobie jest to wola. Wyłania się ona spośród sprzecznych pragnień czy z pustki, w przypadku gdy nie ma żadnych pragnień. Wola narzuca wybór bez walki. Dopóki jest walka, mamy dwa pragnienia. Lecz nie mogą wystąpić dwie wole, gdyż wola jest to wewnętrzna jedność. Chodzi o to, aby wiedzieć, czy to jedność w nas rządzi, czy też władnie nami wielość lub jeden z elementów tej wielości, albo kilka  z nich na zmianę.

W każdej ludzkiej społeczności, a już szczególnie w Zakonie, jest niezbędna ta integracyjna praca. W wyniku niej nabywamy wolę, stajemy się istotami odpowiedzialnymi i świadomymi, rzecz trudna i dość rzadka, będąca  oznaką człowieka dojrzałego, który osiągnął szczyt samego siebie.

Jednakże, aby się uformowała społeczność, a już szczególnie Zakon, konieczna jest częściowa czy totalna ofiara tej najlepszej strony nas samych, tego wewnętrznego spełnienia się, czym jest wola.

Ta częściowa czy totalna ofiara jest wymagana we wszystkich społecznościach dla dobra tych społeczności; nie istnieje żadna społeczność bez praw, to znaczy bez ograniczeń wolności każdego z jej członków.

Lecz cywilna społeczność, żądając tego poświęcenia, żąda je w imię wygody ogółu, której wartość pozostaje zawsze dyskusyjna i stoi niżej od wartości konkretnego, pojedynczego człowieka.

Jednakże jest rzeczą rozsądną ustąpić dla wygody ogółu, a nawet powinno się tak czynić, dopóki to nie stoi w sprzeczności z sumieniem.

Pascal, światły umysł, szlachetny i mocny charakter, matematyczna bystrość, zmuszony ukłonić się wysoko postawionej osobistości, oświadczył: ŤMój kapelusz, tak, mój szacunek, nie.ť

Kiedy posłuszeństwo zatrzymuje się na kapeluszu, możemy to zaakceptować, lecz społeczeństwo wymaga od nas nie rzadko całkiem innej rzeczy. Nieraz ofiary krwi, nieraz zbrodni, nieraz wyparcia się wiary i przekonań i wtedy nie pozostaje nic innego do zrobienia jak to, co nazywam rozbijaniem bożków czy heroicznym buntem.

W świeckiej i religijnej historii ustawia się długi szereg bohaterów i świadków tego, co nazywamy cywilnym nieposłuszeństwem.  Ono nie zrodziło się wczoraj, nie jest wynalazkiem Thoreau czy Gandhiego. Ci dali mu nazwę i zdefiniowali. Powiedzieli głośno na cały świat, że człowiek ma prawo i obowiązek przeciwstawiać się degradującym go socjalizacjom, że człowiek stoi ponad jakąkolwiek ludzką zbiorowością.Człowiek, stworzenie Boga, uczyniony na podobieństwo Boże, inaczej mówiąc posiadający wartość, którą jedynie Bóg może ocenić.

Pierwszym stopniem posłuszeństwa jest ślepe posłuszeństwo, właściwe niewolnikowi i żołnierzowi. Istnieje społeczność, gdzie człowiek systemowo jest zredukowany w pył: armia.

Zaślepienie w posłuszeństwie nie jest wadą armii ani efektem despotycznego humoru jej przywódców, ono wypływa z samej jej istoty i jest koniecznością. Armia nie mogłaby istnieć bez ślepego posłuszeństwa, w niebezpieczeństwie, podczas walki ono staje się niezbędne.  Jeśli trzeba byłoby się pytać każdego żołnierza, zanim mu się da komendę strzelania, o jego zdanie,  nieprzyjaciel miałby łatwe zwycięstwo. Wojskowe przygotowanie ma na celu nie tylko osiągnięcie sprawności cielesnej, ale również poprzez Ťobróbkę psychologicznąť całkowite zniszczenie świadomej odpowiedzialności człowieka. Dużo śmiechu wzbudzają rozkazy i kontr-rozkazy, sprzeczne rozporządzenia, absurdalne kary, które spadają na szeregowca, lecz nie wynikają one, jakby można przypuszczać, z ułomnego funkcjonowania militarnego ustroju, wręcz przeciwnie, ten pakiet idiotyzmów i barbarzyństw jest dziełem genialnej logiki. Jest to dobrze przemyślany system zmierzający do unicestwienia człowieka wewnętrznego. Pawłow w swych eksperymentach na psach doprowadzał je do stanu tak totalnej dezorientacji, że można było z nimi robić wszystko, co się tylko chciało: taką właśnie metodę stosuje się powszechnie  w wojsku, aby można było mieć w ręku doskonale zautomatyzowane narzędzia. ŤNaprzód marsz!ť jest zewnętrznym znakiem tego, co się dzieje wewnątrz. Należy maszerować przed siebie, na rozkaz, nie pytając się dokąd, należy z pełnym spokojem sumienia ukatrupić bliźniego, należy wykonywać rzeczy sprzeczne z rozumem, sercem i honorem,  bez żadnej osobistej reakcji. To  pozwala na zbrodnie, w swej potworności przekraczające wszelkie bandyckie ekscesy, popełniane przez normalnych, uczciwie żyjących ludzi. Bez hipokryzji zresztą, gdyż to jest zaakceptowane przez wszystkich. Rzadko kto przystaje zaszokowany, tak  nas zaślepił odwieczny zwyczaj.

Drugim stopniem posłuszeństwa jest posłuszeństwo rozumne, posłuszeństwo cywilne. W naszym codziennym i zawodowym  życiu jesteśmy zmuszeni wykonywać pewną liczbę zajęć, lecz nie jest nam zabronione myśleć, nie każe się nam być automatami. Zwykle uznajemy, że czynimy naszą wolę podporządkując się obowiązującym regułom, prawnym jak i moralnym. Jest tu pewna wolność w działaniu i pewien wybór środków.

To posłuszeństwo rozumne, któremu wolność nadaje wartość, odwołujące się do sumienia i świadomości, jest chyba najtrudniejsze z wszystkich, ponieważ otwiera  szeroki wachlarz możliwych dróg.

 

Trzecią formą posłuszeństwa nazywam posłuszeństwem mistycznym.

Ma ono coś z pierwszego i drugiego: jest jednocześnie ślepe i świadome. W pewnym sensie jest ślepe, w tym sensie, że polega na ofierze z własnej woli, a nazywam je mistycznym, a nie ślepym, ponieważ jest to ofiara złożona Bogu, nie, jak w armii, rozkazowi.

Dodajmy, że ta ofiara z wolności jest ofiarą wolną, ponieważ człowiek z wolnego wyboru rezygnuje z wolności, co nie oznacza, że będzie mu wolno ją sobie odebrać, gdy tylko sobie zażyczy.

Ten akt umartwienia  woli jest jednym z najbardziej trudnych doświadczeń, trudniejszym od umartwienia cielesnego. Trzeba znać tego przyczynę: posłuszeństwo jest powłoką, kokonem istoty, która się przeobraża.

Posłuszeństwo jest ochroną. Wymaga ono zaufania (robak ufa swej powłoce, gdy zasypia w kokonie). Tak samo nowicjusz, uczeń wchodzi w kokon posłuszeństwa i się formuje w cieniu, w ciszy. Jego życie wewnętrzne, tak delikatne, tak kruche, dojrzewa poza walką wyborów , chronione przed wstrząsami, zewnętrznymi kuszeniami, troskami i kłopotami.

Przebadamy te trzy stopnie posłuszeństwa w odniesieniu do naszego Zakonu, gdyż te trzy stopnie są włączone w nasz ślub posłuszeństwa, zależnie od przypadku.

Najpierw ślepe posłuszeństwo: w zasadzie jest ono wykluczone. Na samej mocy ślubu posłuszeństwa jesteśmy zobowiązani odmówić rozkazowi, jakiego nie rozumiemy, gdy nie widzimy, jak on przystaje do zasad i reguły Zakonu. 

Ślubujemy posłuszeństwo regule, Ťjak również przywódcomť( musieliśmy dodać ten punkt, gdyż niektórzy w Tournier stali się zbyt mądrzy i pod pretekstem uniknięcia zaślepienia  znajdowali wyśmienite racje, żeby nikogo nie słuchać). Trzeba nie zapominać, że Przywódca zarządza według Reguły.

Ślepe posłuszeństwo znajduje jednak swe miejsce w bezpośrednich akcjach non-violence, gdyż tutaj potrzeba jest taka sama jak w armii, potrzeba szybkich i zdecydowanych działań w obliczu nieprzyjaciela.

Syn Zakonu jest zawsze w stanie gotowości bojowej i na rozkaz wymarszu odpowiada Ťtak jestť.

Jest to jedyna sytuacja,  w której Przywódca Zakonu działa jako kapitan, a synowie Arche jako żołnierze. Odmowa wykonania poleceń może być brana pod uwagę tylko w przypadkach krańcowych, gdy byłoby oczywiste, że kapitan zwariował i wydaje rozkazy potworne, z pewnością niemoralne.

Jest zrozumiałe samo przez się, że nawet dla dobra sprawy, nie można nakazać nikomu, aby skłamał, zabił, oszukał, aby oddał się jakiemukolwiek niegodziwemu manewrowi. Lecz syn Arche może ufać, że takich rozkazów nigdy nie usłyszy. Zanim zostaje rzucony do akcji, dłuższy czas żyje we Wspólnocie, gdzie może poznać swego Przywódcę. I kapitan w Arche nie jest jak ten z armii, którego stopień z naramienników nie ma żadnego związku z jego poziomem moralnym i duchowym.

Posłuszeństwo rozumne, wymagane w czasie zwykłym, polega na wypełnianiu otrzymanego rozkazu przy pełnej świadomości, do jakiej jesteśmy zdolni, jego słuszności i celowości; polega także na rozeznaniu, kiedy możemy rozwinąć z naszej strony pewną inicjatywę.

Trzeba, ażebym ja usiłował lepiej słuchać. Jeżeli posłuszeństwo stawia problem memu sumieniu, w pierwszym rzędzie muszę wyznać me skrupuły przywódcy, w duchu chcę umieć być posłusznym.  Lecz dopóki nie zrozumię, jak dane mi polecenie zgadza się z Regułą, nie mam prawa  je wykonać, ani przywódca mnie do tego przymusić. Przekonaj mnie, proszę!

Przywódca jest zobowiązany objaśnić swe rozkazy i ich związek z Doktryną. Jeśli tego nie potrafi, pozostaje uciec się do najwyższego środka non-violence. Post. Ten, który związany ślubem posłuszeństwa, nie może posłuchać, winien przez post oczyszczać się i od nowa postawić problem przed swym sumieniem, a także przed sumieniem przywódcy. Byłoby elegancko z jego strony, gdyby on uczynił podobnie, aż sprawa im obu się  rozjaśni.

Oto prawidłowe, ukształtowane zgodnie z zasadą non-violence, relacje w doświadczeniu sprawowania władzy i posłuszeństwa. Wszystkie inne formy: bojkot, bunt,szemranie, gwałtowne gesty ze strony przywódcy są wykluczone.

Przejdźmy do posłuszeństwa mistycznego. Pamiętajmy, że nasz Zakon stawia pracę wewnętrzną na pierwszym miejscu. Chodzi o to, żeby wzbudzić narodziny naszego życia wewnętrznego i potem je rozwijać.  Podczas nowicjatu i jeszcze kilka lat po złożeniu ślubów musi być praktykowane mistyczne posłuszeństwo: albo mamy zaufanie do Wspólnoty i jej Przywódców, albo nie wchodzimy do Arche.

Wiemy, że podczas naszego przeobrażenia w kokonie posłuszeństwa wszystko będzie dla naszego dobra, nawet niewdzięczne prace, surowe rozkazy, rzeczy trudno zrozumiałe. Ponieważ stary człowiek, wraz ze wszystkimi jego myślami, musi umrzeć, będziemy starali się przeciąć strumień sądów, krytyk i po trochu, w miarę jak będzie się formować wewnętrzna jedność, będziemy w stanie przyjmować odpowiedzialność, w sposób naturalny przejdziemy od posłuszeństwa do sprawowania władzy.

Przywództwo jest również posłuszeństwem. Posłuszeństwo jest również przywództwem. Ci, którzy nie umieją słuchać, nie umieją rządzić, gdyż żeby rządzić, trzeba umieć słuchać Zasad, Reguły i siebie samego.

W Tournier zdarzyło się nam proponować krnąbrnym: ŤNie chcesz słuchać, a więc dobrze! rządź! Rządź, a my cię będziemy słuchać.ť Nie chcieli, nie potrafili i musieli odejść.
                           O ŚLUBIE  ODPOWIEDZIALNOŚCI  I  KLEJNOCIE  REGUŁY

 

 

Ślubowaliśmy Ťprzyjąć odpowiedzialność za swoje czynyť, to znaczy, że tego pięknego dnia podjęliśmy decyzję, iż zostaniemy ludźmi wolnymi.

Filozofowie lubią dyskutować o ludzkiej wolności, jedni uznają ją absolutną, drudzy w ogóle przeczą jej istnieniu, tak jakby dla jednych człowiek nie podlegał żadnym zewnętrznym ograniczeniom, a dla drugich ludzkie czyny mogłyby być jedynie wynikiem nacisków i doznawanych zderzeń.

Człowiekiem wolnym jest jedynie ten, który się rozwija według własnego prawa, tak że jego czyn ustawia się w harmonii z całością. Lecz ten, który się pozwala unosić skłonnościom, nie jest bardziej wolny od spadającego kamienia czy spływającej wody, ten, który ulega ekscytacjom, reklamom, pokusom świata, nie jest bardziej wolny od liścia unoszonego przez wiatr. ŤKażdy, kto popełnia grzech, jest niewolnikiem grzechuť(J 8,34) i nieświadomy tego stanu rzeczy jest więźniem ciemności.

Żeby się wyzwolić, trzeba zejść z szerokiej drogi i odnaleźć własną ścieżkę, trzeba ją poznać, inaczej mówiąc poznać samego siebie: ŤPoznacie prawdę, a prawda was wyzwoliť (J 8, 32).

Poznać się, to zjednoczyć się w duchu, a również w czasie. Wtedy czyn odpowiada  przekonaniom i zamysłom, tak że człowiek staje się odpowiedzialny  za swe czyny oraz ich konsekwencje.

Słowo odpowiedzialny  jest pokrewne słowu spontaniczny,  wskazujące na Ťto, co wytryska z wewnętrznego źródłať, pokrewne słowu oblubienica, wskazujące na miłość tryskająca z wewnątrz, która odpowiada  oblubieńcowi. Wolność jest to szlachectwo życia duchowego, niedostępne, a nawet niezrozumiałe temu, kto żyje i rozumuje według świata, odpowiedzialność natomiast jest obciążeniem, zobowiązaniem, ceną, jaką się płaci za dostąpienie tego zaszczytu.

Przyjąć odpowiedzialność za swe czyny to związać zewnątrz z wnętrzem i teraźniejszość z przeszłością. Jest to efekt pracy nad sobą samym i jest to już praca nad sobą samym: praca jednoczenia i budzenia świadomości, która nie może zamykać się w kilku kwadransach porannego ćwiczenia, lecz musi się rozciągać na wszystkie godziny dnia, na każdą pracę, jaką się wykonuje.

Jest oczywiste, że musimy na mocy posłuszeństwa przyjąć odpowiedzialne funkcje, jakie się nam zleca.

 Jedną z metod naszej pedagogiki jest powierzanie na pewien czas ważnych obowiązków, także dowódczych, jakiemuś konfratrowi, czy nawet nowicjuszowi, wobec których wykazywał on pewną obojętność, mniej czy bardziej uświadomioną rezerwę, dzięki czemu, w wyniku osobistego zaangażowania się na danym odcinku, zmieniał on całkowicie swe podejście, do czego z pewnością nie doprowadziłyby go wymówki i napomnienia.

Praktyka odpowiedzialności jest dobrym lekarstwem na to, co we wspólnotowym życiu staje się rutynowe, bezmyślne, na infantylną pasywność, która pod płaszczykiem ufnej pokory osiada w duszach i stanowi wcale nie mniejsze niebezpieczeństwo aniżeli pycha czy bunt, tym bardziej, że z pozoru niegroźna.

Jak dyscyplinę pojednać z wolnością?

To pytanie jest stawiane, odkąd są ludzie i miasta. To wskutek tego, że nie umiano dać prawidłowej na nie odpowiedzi, upodlające zniewolenie występuje na przemian z rewoltą, rozlewem krwi. W żadnej cywilizacji Prawo nie przeciwstawia występkom ludzi nic innego jak przymus, zawsze upokarzający i często okrutny.

Porządek publiczny nie może się utrzymać bez ustalonej Władzy, a ta władza rządzi przy użyciu ŤSił Porządkowychť, których zadaniem jest podporządkować cały naród, jednych onieśmielić, drugich powalić, zbójów powywieszać, do tego wlicza się zbrojna obrona przeciw zagranicznym agresjom i własne podboje.

ŤPrawo do wojny i wymierzania sprawiedliwościť, będące przywilejem Władzy, jest w istocie przyznaną sobie licencją  do nieograniczonego używania przemocy. Tak w czasie pokoju jak i wojny jedynie zbrodnie popełnione przez Władzę mogą pozostać bezkarne i we wszystkich ustrojach one zdecydowanie przekraczają liczbę zbrodni prywatnych. Władza osądza obywateli  w ich kłótniach zgodnie z obowiązującym prawem, lecz w sporze z inną władzą uznaje tylko prawo najsilniejszego, prawo dżungli. Ona  tłumi wybryki prywatnych osób, lecz nikt nie może powstrzymać jej ekscesów. Władza zawiera w sobie władzę nadużywania władzy.

Demokratyczne instytucje mają za zadanie nie dopuścić do nadużycia Władzy, są dla niej czynnikiem kontrolującym i hamulcem, lecz nieuniknionym rezultatem ich poczynań jest wprowadzenie podziału w sercu jedności, zniszczenie autorytetów i nieskuteczność działania. Władza jest umniejszona, lecz możliwość nadużyć nie zostaje zlikwidowana.

W ustrojach autokratycznych poddany czuje się zwolniony z wszelkiej odpowiedzialności, podczas gdy Władca uznaje swą odpowiedzialność przed jedynym Bogiem (z pozoru tylko wzniosła prawda, w rzeczywistości negatywna); w demokracji natomiast króluje powszechna nieodpowiedzialność. Lekarstwem na to jest  przyjąć odpowiedzialność za swoje czyny, zamiast unikać jej czy zrzucać ją na barki innych, ćwiczyć się w rządzeniu najpierw sobą samym, zanim zacznie się sprawować władzę nad innymi.

 

Zwłaszcza, gdy w grę wchodzą winy, tym bardziej pragniemy zrzucić odpowiedzialność na innych. To dlatego ślubujemy: Ť...uznać własne winy, naprawić wyrządzone krzywdy , poprawić się  samemu, pod kontrolą konfratrów, jeżeli wina jest znana, w ukryciu, jeśli tylko mi jest znana.ť

Nie pozwólmy przejść temu paragrafowi bez postawienia kluczowego i tragicznego pytania, na które on daje odpowiedź.

Pytania odnoszącego się do ludzkiej sprawiedliwości, więzi między zbrodnią i karą.

Kara jest złem, które się przeciwstawia złu; ona jest dobra i zbawienna — mówi się — ponieważ oczyszcza, poprawia  i zbawia winnego; lecz my widzimy, że ona go zanurza bardziej chyba jeszcze w nieprawości, upadla, niekiedy zabija.

Tak, lecz jeżeli czynienia zła złemu jest złem, jest to jednak Ťmniejsze złoť. Jak mniejsze? skoro kara winna być równa  winie! Powiedzmy raczej, że ono się dodaje do zła i je powiększa!

Mimo wszystko jest to najlepszy sposób, żeby chronić dobrych przed złymi i zabezpieczyć ich dobro.

Czy na pewno? Nie, i tym mniej, im kara jest straszniejsza i publiczna[22].

Tak, Prawo jest twarde, lecz jest to prawo. Na tym ziemskim padole trzeba je zaakceptować jako konieczność. — Ta konieczność jest całkowicie sztuczna i wymyślona. Ludzie się w nią zakleszczają ze strachu i z zaślepienia.

Gdyż trzeba być ślepym, aby nie zauważyć, że nigdy wykonana na mordercy kara śmierci  nie zwróciła życia jego ofierze, lecz dorzuciła do niej nowego trupa.

Taka jest logika zła oddanego za zło, krwawy łańcuch legalnej przemocy (sprawiedliwość mściwa i słuszna wojna).

Przerwanie tego łańcucha legalnej przemocy  jest  zadaniem specjalnym dla kontraprzemców , zadaniem dużo ważniejszym od przeciwstawienia się brutalności, okrucieństwu przestępców prywatnych. To dlatego do ich wrogów nigdy nie zaliczali się pospolici bandyci, mordercy (z którymi bratali się w więzieniach), ale tak zwani uczciwi i porządni ludzie, konstytucyjne władze.

Lecz czy non-violence, pozostawiająca wolne pole do działania złym ludzkim instynktom, nie zapewni triumfu zła?

Przypomnijmy sobie definicję metody walki non-violencej: jest toŤsiła prawdy mająca za zadanie zatrzymać przemoc, naprawić krzywdy, rozwiązać konfliktyť, nie zapominajmy więc, że jest to walka przeciw złu i obrona sprawiedliwości.

Lecz walka dobrem przeciwko złu i obrona sprawiedliwości bronią sprawiedliwości.

 

Czymże zatem jest sprawiedliwość non-violence?

Naprawianiem zła poprzez przeciwstawienie mu dobra, na ile to możliwe równego złu i tej samej natury, dobra bądź ofiary.

Co się więc tyczy przestępstwa i kary, czy jest to sprawiedliwość bez kary?

Nie, lecz kara bez przemocy.

Jak to jest możliwe?

Kara zostaje zastąpiona pokutą.

W karę zawsze wpisana jest w mniejszym czy większym stopniu przemoc, ponieważ zależy ona od sądu kogoś drugiego, a ten drugi nie może dojrzeć planów Boga ani głębi mego serca.  (Ťnie sądźcieť — mówi Ewangelia). Sprawiedliwość  non-violence stawia winnego przed jego własnym sądem i jemu powierza wykonanie wyroku.

Kara jest czymś, co tnie. Jeśli ona jest mi nałożona z zewnątrz, wycina mnie, można powiedzieć, z mego środowiska. Lecz jeśli ja sam ją sobie nałożę, ona mnie odgradza tylko od mego grzechu, w ten sposób wyzwala i ożywia.

Toteż nie ma w takim domu ni sztorcowania, ni wyklinania, ni surowości dla przykładu, jednakże nie może być również miejsca dla pobłażliwości i rozluźnienia.

Przywódca musi żądać zdania sprawy ze swego prowadzenia od tego, kto popełnia wykroczenia, musi go prosić, zaprosić do wejścia na drogę skruchy i zadośćuczynienia, lecz nigdy nie może mu  grozić, zmuszać do czegokolwiek.

A jeżeli winny nie usłucha?

Wówczas przywódca winien przyjąć odpowiedzialność za tę swoją winę, jaką jest nieumiejętność wywarcia wpływu na swego podopiecznego.

 

 I wchodzimy tutaj w drugi artykuł ślubu: ŤPrzyjąć współodpowiedzialność za sprawiedliwość w Zakonie, obarczyć się winą mego konfratra, jeżeli on odmawia jej uznania i nie chce się poprawić.ť

Jest to najbardziej oryginalny punkt naszej Reguły i stanowi jej klejnot. Było to mi podyktowane w tę noc Świętego Jana 1937, kiedy miałem pierwszą wizję Arche, w NČrendranČgar. Później dane mi było widzieć wstrząśniętych ludzi, którzy po usłyszeniu tych słów, nawracali się.

Wiedzmy jednak, że Współodpowiedzialność nie jest naszym wynalazkiem. Współodpowiedzialność leży w naturze rzeczy. Ona w stanie mniej czy bardziej ukrytym istnieje w rodzinie jak i w narodzie.

Syn oszusta, lichwiarza czy bankruta nie śmie patrzeć ludziom w twarz; rozwiązłość córki zanurza uczciwą rodzinę we wstydzie; w spokojnym obcokrajowcu przechadzającym się ulicami naszego miasta dojrzymy  śmiertelnego wrogą, gdy zostaną zerwane stosunki dyplomatyczne z jego krajem. Czytamy w Biblii, że sam Bóg chłoszcze wojną czy zarazą cały lud za winy jego przywódcy.

Reguła więc tylko przekłada na świadomościowe terminy naturalne zachowania człowieka w żywej wspólnocie. Jednakże konkretne zobowiązania, jakie z tego wynikają, nie mają już w sobie nic z naturalnej reakcji.

Jeśli przyłapię mego konfratra na jakimś występku, cóż mam czynić? Donieść przywódcy z gorliwością wiernego kapusia? Ze szlachetnym oburzeniem oskarżyć winnego publicznie?

Nie, to jego samego mam zapytać, jaką karę myśli sobie nałożyć. Jeśli on zada sobie pokutę, rozsądną i zadowalającą, sprawa jest zakończona. Jeśli natomiast odmawia, złości się czy usprawiedliwia,  nie mam wchodzić w żadną dyskusję, wiem, co mi pozostaje do zrobienia: przyjąć na siebie karę, jaką mój sąd uzna za słuszną[23].

A jest możliwe, że widząc mnie poszczącego, czuwającego czy harującego zamiast niego, jego serce skruszeje i zdecyduje się zadośćuczynić złu.

W ten sposób policjant, szpieg, sędzia, kat znikają ze sceny Sprawiedliwości, gdzie przez wieki grali złowieszczą komedię, a także winny, ponieważ on sam się poprawia.

 

Kmieć : Zdaje mi się, że czytałem gdzieś w Biblii: ŤUpomnisz winnego, ale nie weźmiesz jego winy na siebie.ť Jak to pogodzić z Regułą?

Odpowiedź : Trzeba zbadać wypowiedź w warstwie językowej, żeby odkryć dokładny sens tego ale.  Pod tym ale  zdaje się kryć niewypowiedziane ostrzeżenie: Jeśli nie postąpisz w ten sposób, jego wina spadnie na ciebie, lecz unikniesz tego, doprowadzając winnego do posłuszeństwa. Takie rozumowanie jest całkowicie wyraźne u Ezechiela: ŤJeśli powiem bezbożnemu: „Z pewnością umrzesz”, a ty go nie upomnisz, aby go odwieść od jego bezbożnej drogi i ocalić mu życie, to bezbożny ów umrze z powodu swego grzechu, natomiast Ja ciebie uczynię odpowiedzialnym za jego krewť (Ez 3,18). Nasza Reguła ma zresztą liczne korzenie w ŤPrawie Prorokówť, lecz więcej czerpie ( jak wszystko, co tyczy non-violence) z ŤUzupełnienia Prawať przyniesionego przez Ewangelię. ŤSłyszeliście, że powiedziano przodkom...  a Ja wam powiadamť. Ona wprowadza swą sprawiedliwość w ekonomię miłości, wolności i łaski.

 

Inny kmieć : Jest faktycznie napisane:ŤNoście brzemiona jedni drugich.ť Reguła czyni z tego obowiązek i wskazuje właściwy ku temu moment oraz sposób jego wypełnienia.

Konfratka : To poprzez Współodpowiedzialność chrześcijanin najlepiej naśladuje Jezusa Chrystusa. Chrystus przyszedł Ťwziąć na siebie grzechy światať i w ten sposób nas zbawia. Za każdym razem, kiedy postępujemy podobnie z naszym bratem, czynnie i świadomie uczestniczymy w Odkupieniu.

Odpowiedź : To prawdziwe i bardzo piękne, trzeba się jednak strzec, aby  nie wślizgnęło się w tę pracę zbawiania zbyt wysokie mniemanie o sobie. Nie zapominajmy, że Chrystus przyszedł od Boga, który jest bezgrzeszny, stąd moc zbawiania należy do Niego. My natomiast zostaliśmy wydobyci  z nicości i w połowie zanurzeni jesteśmy w grzechu. Nigdy nie możemy zmazywać win innych, nie będąc pewni, że sami jesteśmy od nich uwolnieni. Byłoby to jak podarowanie komuś skradzionych pieniędzy. Jednakże przypowieść o Nieuczciwym Rządcy pozwala nam zrozumieć, że Mistrz pochwala takie mistyczne szulerstwo.  Ważne jest, abyśmy nie tracili z oczu tej prawdy, że rozróżnienie między twoją a moją odpowiedzialnością za popełniony grzech jest w istocie mniej wyraźne, niż to się wydaje sędziom ze świata. Moje uczestnictwo w winie brata, winie będącej tylko składowym elementem naszej ogromnej powszechnej winy, jest zwykle większe, aniżeli przypuszczam. Nie jest więc czymś tak nadzwyczajnym, gdy cierpię na miejscu brata, jedyną rzeczą nadzwyczajną jest to, że czynię to świadomie i z własnej woli, do czego właśnie wzywa Reguła.

Kmieć : Czy nigdzie na świecie nie znajduje się urząd sprawiedliwości oparty na zasadzie non-violence?

Odpowiedź : Mojżesz podyktował swemu ludowi Starotestamentowe Prawo Talionu (Odwetu) Ťprzez wzgląd na zatwardziałość sercť, żeby ukrócić zbrodnie, żeby przeszkodzić bezkarnemu rozlewowi krwi. Procedura sądownicza ucywilizowanych narodów jest machiną hamującą zbrodnicze instynkty, ona, ujmując im część dzikości, stłacza je w formy z wyglądu logiczne, lecz jednocześnie z powodu swej racji istnienia przekształca je w coś, co nie jest ani naturalne, ani moralne, ani pragmatyczne. Nieszczęśnicy wpadają w jej tryby jak muchy w pajęczynę.

Nie, non-violence nie ma żadnego udziału w machinacjach sądowniczych, w oskarżeniu i w obronie, w skazywaniu, w egzekucjach, krótko mówiąc w sprawiedliwości oficjalnej ani w mrocznych źródłach, z których ona się zrodziła. Taka ŤSprawiedliwośćť stoi w jednym szeregu z Wojną, z barbarzyńskimi praktykami takimi jak Niewolnictwo i Ludożerstwo.

Lecz trzeba zaliczyć do dzieł i zwycięstw idei non-violence wysiłki zmierzające, aby uczynić  Sprawiedliwość bardziej humanitarną: dokonania Woltera na rzecz zniesienia tortur, działania Wiktora Hugo i Beccarie’ego przeciwko karze śmierci, prace Lombroso ukazujące zbrodnię jako objaw psychicznego kalectwa, skąd wynika wniosek, że należy raczej leczyć, reedukować przestępców aniżeli ich karać. Likwidacja katorżniczych więzień na wyspach tropikalnych czy polarnych, wykreślenie z więzienniczego oprzyrządowania łańcuchów i bata. Złagodzenie regulaminu penitencjarnego. Ośrodki przyjęć dla wychodzących na wolność.

Inny Kmieć :  Dlaczego w starszej wersji Reguły jest napisane: ŤNaprawić wyrządzone krzywdy czy im zadośćuczynić  i odpokutować za nie samemuť, a w nowej  tylko Ť naprawić i poprawić sięť?

Odpowiedź : Żeby uprościć, a także aby uniknąć słowa Ťpokutať nieprzyjemne dla naszych braci protestantów. Aby zrozumieć związek trzech terminów starszej formuły, zauważmy najpierw, że pokuta sytuuje się między mną a Bogiem, natomiast wynagrodzenie krzywd tyczy bliźniego. Zbyt się zapomina o tym wstępnym warunku każdego przebaczenia. Zbyt często pobożni ludzie, odbywszy spowiedź, wierzą, że są kwita, a spowiednik rozgrzesza, nie żądając, aby to, co jest do naprawienia, zostało naprawione. Jeśli żałuję w konfesjonale, iż okradłem sąsiada, i myślę otrzymać przebaczenie, zachowując swój łup, to znaczy, że kpię sobie z Boga.

Wiem, że nie zawsze jest łatwo odrobić skutki wyrządzonego zła, a bywa to i wręcz niemożliwe. Przeprosiny, szczera skrucha nie wymażą wszystkich konsekwencji rzuconego oszczerstwa. Czym możemy wynagrodzić złamane komuś szczęście, rozpacz tej, którą opuściliśmy?

I tu przychodzi w sukurs moralne Zadośćuczynienie. Dobrodziejstwo, otrzymane od nieznajomego, któremu nawet nie miałem możliwości powiedzieć dziękuję, winienem jest komuś innemu, który również nie powinien mnie poznać.

Dlaczego opiekuję się tym starcem, wobec którego nie mam żadnych zobowiązań? Z powodu mego ojca nieżyjącego już od wielu lat, któremu nic nie oddałem z tego, co mu byłem winien.

Konfratka : Powiedz nam o Sakramencie Pokuty.

Odpowiedź : Zastanówcie się nad ŤTrybunałem Pokuty[24], w nim się realizuje Ťpełnia sprawiedliwości[25]ť, doskonale czystej od wszelkiej przemocy, przed którym winny zawsze jest broniony i nigdy  nie usłyszy innego wyroku jak przebaczającego!

Ta sama : Co łączy ten artykuł naszej Reguły z Sakramentem?

Odpowiedź : On go przygotowuje i następnie przedłuża, przekładając jego duchowe efekty w konkretne czyny.

Nowicjusz : Jaki związek istnieje między praktyką Współodpowiedzialności, a naszymi codziennymi ćwiczeniami z jednej strony oraz walką non-violence z drugiej?

Odpowiedź : Praktyka Współodpowiedzialności jest codziennym ćwiczeniem non-violence, gdyż współodpowiedzialność angażuje nas w walkę z naszymi braćmi i uczy nas tego męskiego miłosierdzia. To właśnie dzielnie pokonując naszego brata (czy raczej zło, które jest w nim), nabywamy siłę jednania naszych nieprzyjaciół i, z pomocą Boga, możemy doprowadzić ich do nawrócenia.

Ćwiczenie jest to praca nad sobą samym w celu obudzenia własnej świadomości. Walka non-violence jest pracą nad drugim w celu obudzenia jego.

 


                                                         ŚLUB  OCZYSZCZANIA

Oczyszczania  a nie czystości, gdyż złożenie ślubu czystości byłoby kłamstwem i krzywoprzysięstwem, ponieważ to by znaczyło, że uważam się za czystego i takim postanawiam pozostać, podczas gdy z natury i z urodzenia jesteśmy zanurzeni w nieczystości, skąd powinniśmy usiłować wyjść.

Oczyszczanie  wyklucza wszelką obłudę i zaprasza do pracy stopniowej.

Ślub brzmi tak: Ť  Oczyszczać się z wszelkiej chciwości posiadania, z wszelkiego ducha zysku i panowania,

 z moich przywiązań, z moich roztargnień, z moich pretensjonalności, z moich  przesądów,

  z mojej pogardy, z moich uraz, z mojej obojętności,

 z moich pożądań, z mojej obłudy,

 z mojej próżności, z moich niechęci, z moich upodobań,

 z moich zaniedbań, z moich tchórzliwości,

przez post i ćwiczenie, apel świadomości i modlitwę

Pocięcie tekstu na wersety odpowiada rytmowi, jaki nadajemy recytacji podczas modlitwy. To wyliczanie nieczystości, powtarzane każdego wieczoru przed ogniem, stanowi publiczną spowiedź, wspólną i codzienną. A jego przypomnienie, gdy zna się tekst na pamięć, ostrzega przed pokusami w każdej chwili dnia.

Można by powiedzieć, po cóż układać taką litanię, skoro mamy kanoniczną listę grzechów głównych, o połowę krótsza, a więc i chyba bardziej lapidarną.

Lecz nie chodzi tu o grzech,  tu chodzi o nieczystość.  A nieczystość ma się tak do grzechu jak korzeń czy nasienie  do rośliny. Jeśli zetniesz chwast i spalisz go, lecz pozostawisz jego korzeń czy nasienie, wkrótce ujrzysz go rozrośniętego stokrotnie. Zmagać się ze skutkami, nie zajmując się przyczynami jest przedsięwzięciem mozolnym i beznadziejnym.

Zbadajmy teraz terminy z naszej listy.

1. Chciwość posiadania : Zrezygnowaliśmy z całego naszego majątku, to prawda, jak również z ambicji wzbogacenia się. Posiadamy jedynie kilka osobistych drobiazgów. Mało co. Czuwajmy, aby nasza chciwość posiadania nie skupiła się na naszym mało co.

Wszystkie nasze dobra są wspólne, to prawda. Lecz chciwość posiadania równie dobrze może się realizować przez dobra wspólne, co indywidualne. Dlatego trzeba być czujnym.

2. Duch zysku i panowania. On może działać  nie przekraczając żadnych praw moralności. On nie jest grzechem. Nie, on jest Grzechem, grzechem Pierworodnym, ugryzieniem owocu przez ludzką inteligencję. Dwa rogi Szatana.

3. Przywiązanie  nie jest z pewnością grzechem: jest to stan, a nie czyn. Lecz do jakich upodleń, zniewoleń, kompromisów, wybiegów, zdrad, niesprawiedliwości może nas zaprowadzić przywiązanie do bogactwa, do honorów, do przyzwyczajeń, do przyjemności, do uczuć, do opinii, do naszych bliskich!

4. Roztargnienie[26]( rozrywka), ono jest zabawne,  niewinne, nieszkodliwe na pozór. Lecz jeżeli dobro, życie, prawda jest wewnętrzną jednością, to roztargnienie, jak etymologicznie samo słowo wskazuje, jest tego dokładnym przeciwieństwem. Roztargnienie (rozrywka, rozrywanie) jest śmiercią duszy, królestwem tego, który nazywa się Księciem Much: Belzebubem!

5. Pretensjonalność : Niespokojne dążenie osoby, aby wydawać się innym, bardziej błyszczącym, bardziej interesującym, bardziej szlachetnym czy bardziej złym, bardziej szczęśliwym czy bardziej nieszczęśliwym, krótko mówiąc, kimś bardziej od innych i innym od siebie samego. Grzech?  Nie: śmieszność, coś co bierze się z wewnętrznej pustki i opada w pustkę. Niewyczerpane źródło zmartwień, błędów, zawodów, lecz przede wszystkim zniewaga bytowi.

6. Przesądy : Jeśli je mamy, cóż na to możemy? Lecz czy je mamy? Ha, jakże moglibyśmy ich nie otrzymać od naszych rodziców, od naszych nauczycieli, w domu, w szkole i na ulicy?

A potem, aby wiedzieć, jak przystąpić do bliźniego, jak na niego patrzyć, jak go traktować, należy go umieścić w rasie, w klasie, w narodzie, w wyznaniu, w zawodzie i żeby wszystko już było do końca jasne, trzeba następnie te rozróżnienia poustawiać na odpowiedniej skali wartości i wtedy będziemy mogli oszacować każdego człowieka według miejsca, jakie na niej .zajmuje.

To w ten sposób ocenia się bliźniego, Ťustawia się go na właściwym miejscuť, nie patrząc nań wcale. I ta ocena jest często odrzuceniem, prawie zawsze barierą: w każdym przypadku przeszkodą w porozumieniu.

Z mentalnej niesprawiedliwości, która jest przesądem, pozbawionej  winy, gdyż nieświadomej, rodzi się nieuniknienie realna niesprawiedliwość. Miliony morderstw, o które nie bez powodu obwinia się Eichmanna, wynikły  z przesądu, które on zresztą dzielił z rzeszami szacownych ludzi, uznających się za uczciwych i niewinnych. Kajfasz, Torquemada, Himmler byli dobrodusznymi osobami, którzy sumiennie czynili więcej zła aniżeli najgorsi ze złych.

Czy jest użyteczne, czy jest możliwe, czy jest słuszne ich karać? Wyrwać przesąd, nie czekając na zbrodnię, oto co jest użyteczne, możliwe i słuszne.

7. Pogarda.  Niesprawiedliwość mentalna, która polega na nieprzyznawaniu bliźniemu żadnej wartości. Przeciwieństwo  szacunku, jaki winniśmy każdemu człowiekowi, z tego tylko powodu, że jest człowiekiem ; a szacunek oznacza spojrzenie, spojrzenie w istotę. Nigdy nie mamy prawa stracić z oczu istoty godności ludzkiej, obrazu i podobieństwa Bożego tkwiącego w każdym, najbardziej zbrukanym człowieku.

8. Uraza. Blizna spowodowana obelgą czy znoszoną krzywdą, która się otwiera i rozjątrza  przy najmniejszym zadraśnięciu.

Czy to moja wina, że moje serce jest pokryte takimi szramami?

Uraza jest źródłem zemsty, a zemsta, jeśli wybucha, uderza bliźniego. Jeśli  nie wybucha, to drąży tego, który ją żywi.

9. Obojętność :   Jaka ona jest? Dobra czy zła, czy raczej obojętna?

Ona jest, prawie w takim stopniu co nienawiść, przeciwieństwem miłosierdzia. Nienawiść jest płonącą anty-miłością, zogniskowaną, ściśle określoną, obojętność jest pasywną anty-miłością, rozciągającą się w nieskończoność. Ona jest bezdenną, odwrotną stroną namiętności, w której zatapiamy niektórych naszych bliskich. Sprawia więcej cierpienia i śmierci aniżeli okrucieństwo, obojętność!

Na wszystkie bestialstwa, na wszystkie niesprawiedliwości, przyzwolenie.

10. Pożądania : natura obdarzyła nas pragnieniami tego, co jest pożyteczne i dobre. Cywilizacja oferuje człowiekowi sztuczne pragnienia, podsycane próżnością, ciekawością, chorobliwą wyobraźnią, które mnoży bez ustanku. I pielęgnujemy w sobie wizję naszego  urojonego szczęścia, smak owocu zakazanego, w skrytości układamy scenariusze, mniej czy bardziej uczciwe, wynoszące nas na szczyt powodzenia, żywimy bezsilną złość nie mogąc urzeczywistnić marzeń, zajadle nienawidzimy tych, którzy, świadomie lub nie, stają nam na przeszkodzie, i siebie samych, gdyż często nie mamy w ogóle dosyć odwagi, aby je przedsięwziąć. I z całego tego wewnętrznego kłębienia, ociekającego jadem, może nie wyniknąć żaden czyn, żaden gest, żadne słowo.

ŤNic nie chcę wiedzieć o waszych czynach i dziełach, powiedział Allah. Pokażcie mi wasze intencje, gdyż to według nich będę was sądziłť (Hadit de Mahomet).

11. Obłuda : kłamstwo, tak, w słowie, w czynie bądź w przemilczeniu. Nie zawsze trzeba mówić, żeby kłamać: Ťkażdy człowiek  kłamcąť jest napisane; omnis homo mendax, co oznacza Ťczłowiek jest cały kłamcąť. Wystarczy, że się ukazuje, i być może jego piękność kłamie, jego dostojność kłamie, jego uprzejmość kłamie. Tak jest z tym wynaturzonym zwierzęciem, dopóki nie zostanie on przeniknięty prawdą, dopóki nie będzie promieniować prawdą, dopóki zewnątrz nie będzie odpowiadać wnętrzu : oczyszczać się, to jest właśnie to.

12. Próżność : najbardziej nędzny i durnowaty rodzaj pychy. Próżność oznacza stan próżni.  Pycha jest w ścisłym tego słowa znaczeniu grzechem, a nawet Ťgrzechem głównymť. Jest to błąd, lecz który opiera się na prawdzie. Ta prawda polega na tym, że każdy z nas ma zalety, których nie posiada drugi. Błędem jest czuć się z tego powodu lepszym, zapominając, że inni obdarzeni są walorami, których nam z kolei brakuje. Błędem jest zapomnieć porównać się z Doskonałością, stanąć przed Bogiem, wobec którego niczym nie możemy się poszczycić. Lecz gdy ktoś wzbija się w pychę na rzeczach, których jakość jest urojona czy konwencjonalna, wpada w próżność.

13. Niechęć.  Musimy mieć niechęć a nawet wstręt do wszystkiego, co jest fałszywe, próżne, podłe, zatrute, niszczące, złe, gdyż nasz wstręt odwraca nas od tego wszystkiego skuteczniej aniżeli rozum.

Tak, lecz zamiast przykładać te epitety do czynów, najczęściej obrączkujemy nimi osoby, które je popełniają, i z odrazą odwracamy się od bliźnich; w ten sposób przez nienawiść do zła opadamy w najgorsze zło, brak miłosierdzia.

Poza tym, zazwyczaj obkładamy tymi epitetami wszystko, co nam się nie podoba czy nam przeszkadza, i wszystkich, którzy nam się nie podobają czy nam przeszkadzają.

Wstręt do wszystkiego, co nie jest złem i grzechem, jest złem i grzechem.

14. Upodobanie : Jeśli miłość jest tą siłą

 

Która porusza słońce oraz inne gwiazdy[27]

 

     siłą, która nadaje wartość życiu i harmonii Wszystkiego, to upodobanie  jest słabością miłości, jej ześlizgnięciem się w miękkość, w letniość, we współwinę, w niesprawiedliwość, w bezwład, w kaprys, czyli po prostu w przyjemność.

15. Zaniedbanie.  Ma wiele wspólnego z Roztargnieniem i Lenistwem. Brak w sensie właściwym, luka, dziura.

16. Tchórzliwość : strach przed bólem i śmiercią jest czymś całkowicie naturalnym i nawet niezbędnym do życia. Lęk leży u podstaw ostrożności, a ostrożność to pierwszy krok mądrości.

Tchórzostwo zaczyna się, gdy ogarnia nas strach przed życiem i działaniem, dlatego że życie zawiera walkę i śmierć, a działanie niesie z sobą ryzyko cierpienia.

Tchórzliwa jest cięciwa łuku, która nie wyrzuca strzał[28]. Tchórzliwa struna lutni, która nie daje dźwięku. Wszystkie grzechy, te popełniane czynem i te będące brakiem czynu, są rozstrojeniem wewnętrznej struny.

Niezawodnym lekarstwem na tchórzliwość jest zaufanie Bogu i wiara w życie wieczne.

 

 

Zdziwić może brak na tej liście jakiejkolwiek wzmianki o pożądliwości seksualnej, która w powszechnym przekonaniu sama jedna zajmuje wszystkie szuflady nieczystości.

Czy dziwimy się, że w Ewangelii nie ma również żadnej o tym wzmianki, czy prawie żadnej? Moraliści natomiast, pedagodzy, kaznodzieje i spowiednicy ciskają przeciw rozwiązłości tyle piorunów, że ich nie starcza dla tyranów, morderców, oprawców, mistrzów krętactwa, pasożytom, rekinom finansowym, rozbijaczom atomu i innym pachołkom Księcia tego Świata.

Znam starsze osoby, obciążone przerażającymi występkami, które w ostatnim dniu życia w szczerej skrusze wydobyły z sumienia jedynie kilka Ťnieczystych myśliť.

Nie myślmy o pożądliwości, nawet żeby ją znienawidzieć. Nie zapomnijmy o tym niebezpieczeństwie również : na naszej liście znajduje się ona (wraz z łakomstwem) pod Pożądaniem  oraz  Upodobaniem, odpowiednio zamaskowana.

 

 

... przez post i ćwiczenie, apel świadomości i modlitwę.

Post  jest najskuteczniejszym oczyszczaniem, gdyż dosięga on cielesnych sprężyn łapczywości, agresji, rzucania się na mroczne rozkosze, zważywszy, że jeść  to zawsze rzucić się na zdobycz.

Post ( wspomagany, ma się rozumieć, przez wstrzemięźliwość obejmującą całego człowieka) polega na tym, aby nie patrzeć na rzeczy i ludzi jako na przedmioty pożądania i okazje do korzyści.

W poście nie będziemy  zresztą czynić żadnego rozróżnienia między tym, co niezbędne i dozwolone z jednej strony, a szkodliwe i zakazane z drugiej, aby powetować to nieustanne pomieszanie w świecie szkodliwego z niezbędnym i dozwolonym. Oczyszczajmy się przez wstąpienie w całkowitą pustkę, po wyjściu z której każda rzecz zajmie właściwe jej miejsce.

I ćwiczenie.  Reguła Zakonu prócz postu zaleca także inne ćwiczenia, wymagające pewnego wyrzeczenia i wysiłku. Lecz nie są one odczuwane jako przykry trud, znoszoną za jakąś karę udrękę, wręcz przeciwnie, one bowiem dają siłę i wyzwolenie.

Ćwiczenie odróżnia się od pokuty: Pokuta jest zadośćuczynieniem za popełniony grzech, asceza czy ćwiczenie zapobiega grzechowi; atakuje się plugawy pomiot jeszcze przed wylęgiem. Podobnie rzecz się ma, jak w wyżej wspomnianej różnicy między ścinaniem chwastu i jego wyrwaniem z korzeniami.

Lecz owe cuchnące gady, robactwo roją się w ciemnościach i skutecznym oczyszczeniem będzie wprowadzenie światła do tego dołu : Ťapel świadomościť, powrót do siebie samego. Pur (czysty) we francuskim można wyrazić innym słowem propre (właściwy, istotny, czysty), a Ťpropreť jest to to, co należy do istoty Ja.

Każdy przyjaciel Arche wie, co rozumiemy przez Ťapel świadomości[29]ť. Gdy ten fortel zastosuje się w momencie pokusy, ataki nieprzyjaciela spełzną na niczym.

I modlitwa :  abyśmy nie byli sami w naszej walce, ani uzależnieni od naszej odwagi,

aby oczyszczenie było nie tylko walką, lecz również ofiarą miłości,

aby to, co przeszło oczyszczenie, nie stało się pustynią soli i popiołu,

aby niebo nas zraszało.

 

 

 


                                                ŚLUB  UBÓSTWA

Nasz ślub Ubóstwa wyraża się tak:

 

...żyć w sposób prosty, skromny i schludny i miłować Ubóstwo, aby podążać ku Oderwaniu się i doskonałej Miłości

 

Kiedyś na statku spotkałem młodego Chińczyka, który  na moje zapytanie, co chciałby robić w życiu, jakie są jego ambicje, pragnienia, odpowiedział: ŤChcę stać się grubyť. Dla tych ludzi jest to rzeczywiście oznaką pomyślności, siły, stabilności, szczęścia, godności, a może i mądrości. My, przeciwnie, wstydzimy się pokaźnego brzucha i gotowi jesteśmy  na wiele poświęceń, aby go zmniejszyć. Uważamy to za nieeleganckie i wiemy, że tusza  nie przydaje ni piękna, ni zdrowia, ni siły, że grubas nie ma żadnej przewagi nad szczupłym, przeciwnie, jest mniej zręczny w pracy, mniej pociągający w tańcu, mniej liryczny w poezji i miłości; otyłość zapewnia mu więcej śmieszności aniżeli majestatu.

Słusznie więc śmiejemy się z ich marzeń, tak grubiańskich. Szkoda jednak, że ukazujemy taką samą grubiańskość co oni, gdy chodzi o bogactwo, i że nadziany forsą jegomość budzi w nas zazdrość oraz podziw.

Jest jednakże oczywiste, że bogactwo to wzdęcie, anomalia, poważna obstrukcja. Ono samo z siebie jest stanem niemoralnym, gdyż gromadząc wokół siebie nadmierną ilość dóbr, siłą rzeczy skazujemy kogoś na ich niedobór. Bogactwo stawia nas na fałszywej pozycji względem bliźnich, przeszkadza nam poznać ich potrzeby, zrozumieć ich bolączki, ich wysiłki. A nas pozbawia  wszelkiego prawdziwego wysiłku, odgradza od pracy, nie pozwalając rozwinąć się naszym talentom, ujawnić naszą wartość. Otacza nas pochlebcami, którzy zwodzą nas fałszywymi portretami, jakie nam malują, tak że nie możemy rozpoznać, kim właściwie jesteśmy, aby móc się zmienić. Ono nas wystawia na wszelkie pokuszenia. Zabiera nam wolność, w mierze jak rozhartowuje nasz charakter, zamiast bowiem walczyć z twardymi przeciwnościami, grzęźniemy w puchu. Chroniąc człowieka przed niedostatkiem, bogactwo usypia go i zamyka. Sztuczny raj, którym zostajemy otoczeni, oddziela nas od rzeczywistości tego świata i tamtego. Co więcej: zaakceptować bogactwo to przekładać je nad życie, nawet życie  bliźniego, ponieważ gdy inni mrą w nędzy, bogacz odgradza się murem i kratami, żeby tego nie widzieć. Akceptować bogactwo to zgadzać się na przemoc, gdyż bogactwo wymaga, aby było chronione, mieczem czy prawem.

To z powodu tej ostatniej racji Ślub Ubóstwa łączy się ze Ślubem Non-violence. Logiczna konieczność nas do tego prowadzi. Obowiązek pracy i wysiłek, aby być niezależnym ekonomicznie, stwarzają warunki do życia czystego i pozbawionego nadużyć.

Święty Franciszek nazywał się małżonkiem  Pani Biedy i zwracał się do niej w słowach pełnych czułości i żaru, jakie rzadko można usłyszeć między mężem i żoną. Znałem ascetów w Indiach, którzy mieli skrupuły posiadać nawet kubek czy kawałek szmaty, aby zakryć swoją nagość. Ci byli raczej kochankami aniżeli małżonkami biedy.

My przez nasze śluby jesteśmy  prawowicie poślubieni ubóstwu. Nasze małżeństwo jest małżeństwem z rozsądku. Nie musimy całować z zapałem naszej wybranej, lecz winniśmy znosić ją z odwagą i szanować, jak na to zasługuje. Być może kiedy w jej towarzystwie nabędziemy siły, światła i wolności, uściśniemy ją w żarze miłości.

Nasze ubóstwo musi posiadać granice. Ubóstwo zresztą ma je zawsze. Absolutne ubóstwo jest śmiercią na tej ziemi, zważywszy, że samo nasze ciało jest bogactwem i w dodatku gromadzi ono w sobie pewne zapasy. Trzeba określić te granice.

Uczynimy to bez trudu. Nasze zasady i reguły stanowią linie proste, które się przeplatają i dokładnie wyznaczają miejsce każdej rzeczy.

Możemy zachowywać doskonałe ubóstwo bez względu na wielkość bogactw, jakie przechodzą przez nasze ręce, byleby tylko one przechodziły, spełniając swą rolę użytkową, a nie były gromadzone czy wykorzystywane dla osiągnięcia jakichś korzyści.

Kasjer, który w banku układa stosy banknotów, wcale nie jest bogaty. Gandhi obracał milionami, a sam pozostał goły.

W pierwszym rzędzie odmawiamy czerpać korzyści z bliźniego, pod jakąkolwiek formą, nawet za jego zgodą; nikogo nie najmujemy zarobkowo  na naszej ziemi i w naszych warsztatach, aby za daną im zapłatę zachować owoc ich pracy dla siebie. Odmawiamy zarabiać na wymianie i na jakiejkolwiek finansowej operacji.

Odmawiamy zachowywać pieniądze na rok następny i zapasy żywności  na następny sezon. Jesteśmy zobowiązani rozdzielić nasze produkty między członkami Zakonu, a nadmiar rozdać biednym.

Jest jeden punkt, poprzez który różnimy się od wszystkich tych, którzy posiadają, odmawiamy mianowicie bronienia własnych dóbr. Wobec kogokolwiek, kto zagarnia gwałtem czy podstępem nasze mienie, nie stosujemy siły czy groźby powiadomienia policji, aby nie zostać w ten sposób wprzężony w łańcuch przemocy zalegalizowanej, która jest nieprzyjacielem kontraprzemowca, bardziej aniżeli przemoc nielegalna. Traktujemy kradzieże i nadużycia, których możemy stać się ofiarami, jak naturalne plagi, suszę, powódź czy pożar. Nie przeszkodzi się suszy machając groźnie fuzją czy piorunowi grożąc niebu procesem...  Uciekamy się do innych środków obrony przeciwko tego typu zagrożeniom. Aby zabezpieczyć się, na przykład, przed grabieżą, staramy się przede wszystkim zawiązać przyjazne stosunki z sąsiadami, szukając sposobów wyświadczenia  im przysługi, znosząc z cierpliwością kpiny, z systematycznym uporem oddając dobro za zło. Z drugiej strony w razie strat spowodowanych przez przestępców prywatnych, jak i przez ewentualne prześladowania ze strony Państwa możemy liczyć na braterską pomoc wszystkich członków Zakonu oraz Przyjaciół i Sprzymierzonych z całego świata.

Trzeba powiedzieć, że jeżeli nasze postępowanie i nasza idea wystawiają nas na ataki jednych, to jednocześnie przyciągają życzliwość i wsparcie innych.

Poza tym nie jesteśmy instytucją charytatywną; nie utrzymujemy biednych ani nie pozwolimy się utrzymywać przez bogaczy. Nie chcemy być zobowiązani wobec nikogo ani pozwolić komukolwiek mieszać się w nasze sprawy. Nie możemy odwdzięczać się naszym przyjaciołom, jakkolwiek wspaniałomyślni by nie byli, przyznając im wpływ w kierowaniu naszym Zakonem. Praca musi być naszym jedynym źródłem utrzymania, niezależność jednym z naszych celów.

Gdy te reguły będą przestrzegane, będziemy mogli cieszyć się w pokoju z tego, co nam zostanie, zresztą nasz ślub Ťżyć w sposób prosty i skromnyť będzie nas chronił przed zbytkami w przypadku obfitości.

Dopóki Zakon zachowa takie ubóstwo, nie grozi mu ospałość i zwyrodnienie, dopóki pozostaniemy maluczkimi, powierzając Bogu nasz dzień jutrzejszy, pozostaniemy otwarci na potrzeby i nędzę bliźnich.

 

A teraz posłuchajcie historii, jaką Żydzi Hassidim[30]  opowiadają o jednym z nich.

Święty człowiek przyszedł o zmroku do wioski. Pukał do wszystkich drzwi, lecz na próżno, nikt nie odpowiadał. Kiedy już wychodził ze wsi, spostrzegł szałas. Niemożliwe było pukać do drzwi, gdyż nie było drzwi. Największy nędzarz z okolicy rozniecał ogień pod tym schronieniem. Kiedy zobaczył rabina, zaprosił wędrowca, podzielił się z nim zupą, a następnie uczynił mu posłanie ze swego płaszcza, a sam położył się na ziemi. Nazajutrz rano rabin wstał, pobłogosławił gospodarza i rzekł: ŤTo ty, przyjacielu, zasługujesz na wszystkie bogactwa tej wioski. Niech Bóg cię błogosławi!ť

Ponieważ rabin był osobą bardzo świętą, Pan nie mógł nie spełnić tego błogosławieństwa. W kilka lat biedny człowiek stał się bogaczem

Kiedy rabin znalazł się ponownie w wiosce, dojrzał na miejscu szałasu wspaniały dom ogrodzony wysokim murem. Portier chciał go wyrzucić, lecz rabin przedostał się do środka i wszedł do pokoju biednego bogacza.

Wziął go za ramię i poprowadził do okna.

— Co widzisz przez okno?

— Starą kobietę, która zbiera drwa, dzieci, które się bawią, zakochanych, którzy szukają cienia pod drzewem.

Rabin zaprowadził go przed lustro.

— A tutaj, co widzisz?

— Moją twarz.

— Czy nie jesteś zmęczony oglądać zawsze twą twarz? Przez okno widzisz innych, ich radości, cierpienia, zajęcia, a tutaj tylko twą smutną twarz. Jaka jest różnica między tymi dwoma szkłami? W tym umieszczono z tyłu trochę srebra.

I rabin odszedł zostawiając biednego bogacza w zamyśleniu.

 

Kmieć : Jaka jest więź między ubóstwem a non-violence?

Odpowiedź : Pamiętajmy, że non-violence jest przedmiotem drugiego Błogosławieństwa : Błogosławieni Cisi ( przekład niezadowalający, lecz trudno znaleźć lepsze słowo : chodzi o ludzi stanowczo spokojnych, skupionych, kontemplatywnych, niewzruszonych w prześladowaniach, w przeciwieństwie do agresywnych, roztargnionych, rozekscytowanych, zaaferowanych). To oni, powiedział Chrystus, posiądą ziemię.

I olbrzymi jest zasięg tego proroctwa.

Kiedy ono się spełni? Ť Kiedy Głośni, którzy ją zagarnęli i niszczą, rozbiwszy się jedni o drugich, runą z wysokości ich Babelu na ziemię i pod ziemię. Wtedy Cisi podniosą głowę i odtworzą na ziemi ogród, z roślin, ze zwierząt, które przechowali i  dziełem własnych rąk uszlachetnili[31]

Nie zapominajmy także o siódmym Błogosławieństwie : Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój, albowiem oni będą nazwani synami Bożymi; tak jak Chrystus, ponieważ non-violence jest dla nich Ťbronią, którą walczą  przeciwko wojnie nie zabijając, przeciwko  niesprawiedliwości  nie krzywdząc nawet niesprawiedliwego, przeciwko  złu  nie uchylając się od cierpienia, bo wiedzą, że ofiara jest mocą i znakiem, która zwycięża, jak tego dowodzi Krzyż Syna Człowieczego[32]ť.

 

Lecz pierwszym Błogosławieństwem jest: Błogosławieni Ubodzy w  Duchu, co nas uczy, że nikt nie może uważać się za non-violencego i za miłosiernego, jeśli najpierw z własnej woli nie stanie się ubogim. Co to jest Ťubóstwo w Duchuť? Jest to przeciwieństwo biedy z nieszczęścia, wbrew woli, kiedy nędzarz pożąda zachłannie bogactw, wierząc, że one przyniosą mu szczęście (bogacz jest już o tyle mądrzejszy, iż wie, że to ułuda). Ubogi w duchu jest tym, któremu duch podyktował, iż należy Ťmiłować ubóstwo, aby podążać ku oderwaniu się i doskonałej miłościť. Jest to konieczne także, jeśli nie chce się wypaczyć (czy żeby lepiej powiedzieć: jeśli chce się nie wypaczyć) stosunków z bliźnim. Nieszczęśliwy ten bogacz, który nie może wiedzieć, czy żona i dzieci go kochają! I jakże ta wątpliwość nie zatruje jego miłości do nich?

Przejdźmy teraz do przemocy.

Każdy, kto posiada bogactwa, zbroi się, żeby je obronić (osobiście czy przez innych), jeżeli w ogóle nie uzbroił się, aby je zdobyć, on czy jego ojcowie.

Pożądanie bogactw, których się samemu nie posiada, pobudza do zbrodni, kradzieży, grabieży, oszustw, buntów, podczas gdy przywiązanie do bogactw, jakie się posiada, tworzy więzienia, łańcuchy, szafoty, stryczki, tortury i gorszą jeszcze rzecz, wojnę.

Co więcej : nikt nie jest zdolny ciągnąć korzyści ze swych bogactw, jeżeli nie uzależni od siebie bliźnich, których zaprzęgnie do pracy na swojej ziemi czy w swoim warsztacie, a kto ma niewolników, musi liczyć się z buntem niewolników.

A jeśli nawet przemoc nie wybuchnie, pozostaje Nadużycie, będące stanem trwałej przemocy.

 

Gość : To, co pan mówi, zgodne jest z tezą komunistów, którzy przez zniesienie bogactw i klas chcą zbudować jedność i pokój.

Odpowiedź : Nie, gdyż oni nie znieśli Najemnictwa (zatrudnienia za płacę); ani Kapitału, który  jedynie przełożyli w ręce Państwa, a więc w ręce tych, którzy nim kierują; ani Klas, tylko je zredukowali do dwóch: Rządzących i Rządzonych. Ich Ustrój założony na przemocy, tak w teorii jak i w praktyce, nie może owocować niczym innym jak spotęgowaną przemocą.

 

Kobieta : Czy nie należałoby odróżnić złych bogaczy od dobrych? Bogactwo jest środkiem, a środek jest dobrym lub złym zależnie od tego, do czego się go używa.

Odpowiedź : Zauważmy, że Ewangelia wydaje się nigdzie nie czynić takiego rozróżnienia. Jest nawet powiedziane, że trudniej wejść bogatemu do Królestwa Niebieskiego aniżeli wielbłądowi przejść przez ucho igielne. A jednak Pismo ukazuje nam Patriarchów posiadających liczne stada, Salomonów bogatych tak w złoto jak i w mądrość i błogosławieństwo Pana jest nad nimi. Także w Nowym Testamencie mamy przykłady ludzi bogatych, którzy swoim majątkiem służyli Jezusowi i jego uczniom.

Bogactwo jest tylko stanem, sytuacją życiową. To jedynie materializm uważa, że człowiek jest tym, czym go stwarzają warunki, w jakich żyje. Ewangelia potępia stan bogactwa, lecz nie człowieka. W przeciwieństwie do tego, co głosi świat, naucza nas, że bogactwo jest bardzo złym stanem, bardzo złą sytuacją życiową.

 

Kmieć : Można chyba powiedzieć, że człowiek się zbawia, w miarę jak się wyzwala ze swego stanu : zbawia się ten, który pozostaje pokorny, usłużny, pracowity w bogactwie, jak i ten, który w ubóstwie umie być wspaniałomyślny, spokojny o jutro, dumny.

Odpowiedź : Faktycznie, w terminach biblijnych, to znaczy duchowych, należy mierzyć Ťbogactwoť nie obfitością posiadanego majątku, lecz stopniem przywiązania do niego. Według Gandhiego, jak zresztą i według Kościoła katolickiego, bogatym jest ten, który otrzymał w depozyt pewną ilość wspólnych dóbr i rozporządza nimi mając na uwadze dobro  wszystkich, bez uprzywilejowania siebie i swoich najbliższych, zatrzymując w swej spiżarni jedynie to, co mu jest niezbędne.

Gość : Lecz jak wyznaczyć tę granicę między niezbędnym a nadmiernym? Ona jest bardzo płynna, zależna od gustów i przyzwyczajeń. Jedni psioczą na swą sytuację materialną, a dla innych byłaby ona szczytem marzeń.

Odpowiedź : Nigdy nie znajdziemy granicy, dopóki staczamy się po zboczu naturalnych skłonności, które rozszerzają nasze potrzeby w nieskończoność. Lecz Ťubogi w duchuť jest tym, który usiłuje się zatrzymać, i wkłada tyle wysiłku, żeby stać się ubogim, co inni, żeby się wzbogacić. Granica wtedy się znajduje : to ta, jaką on może w pokoju ducha na co dzień  znosić.

Kmieć : Wydaje mi się, że cały problem tkwi właśnie w tej granicy. Nie można całkowicie odrzucić posiadania, gdyż, jak tu słyszeliśmy, Ťjedynie umarli są absolutnie ubodzyť, ale nie można również usprawiedliwić nieograniczonego gromadzenia i uznawać prawo do własności jako Ťświęteť. Liczy się z pewnością przede wszystkim postawa wewnętrzna posiadacza, ale czy nie można by ustalić jakichś granic obiektywnych, określających, co człowiek ma prawo posiadać?

Odpowiedź : ŤObiektywnyť oznacza znany i mierzony z zewnątrz, a takie podejście może być niekiedy zwodnicze. Z podejrzliwością trzeba patrzeć również na działania Władzy, która wyznacza taką miarę, a następnie wszystkich według niej wymierza i wyrównuje. Sprawiedliwość rozdzielcza, jak się ją nazywa, dokonuje się wówczas mechanicznie i przy użyciu przemocy.

Wydaje mi się jednak, że można każdemu człowiekowi przyznać prawo do warunków, które pozwolą mu wypełnić jego obowiązki, prawo do wyboru pracy i koniecznych narzędzi oraz owoców swych wysiłków, prawo do ziemi, którą zdolny jest własnymi rękoma uprawiać, on, jego rodzina czy wspólnota. To co więcej, jest nadużyciem.

Lecz w praktyce nie jest to takie proste, gdyż liczni są niezdolni do pracy (dzieci, słabi, chorzy), którzy mają niekiedy więcej potrzeb niż inni, poza tym może brakować dla wszystkich i ziemi, i narzędzi.

Granica zatem jest sprawą sumienia i nie można je zastąpić przez reguły i liczby.

 

 

 

 

 

 

                                   ŚLUB  WIERNOŚCI PRAWDZIE

 

 

 

Składamy ślub służenia prawdzie tymi słowami:

  mówić z odwagą to, co uznajemy za prawdziwe, chyba że ostrożność, szacunek czy miłosierdzie każą nam milczeć;

wyrzec się oszustwa, intrygi, obmowy, nienaturalności.

ŤNon-violence i prawda są jedną rzeczą, powiedział Gandhi, tą i odwrotną stroną tego samego medalu.ť

Szukając dla walki non-violencej lepszego imienia aniżeli Ťbierny opórť czy Ťbez przemocyť, jak on sam i Tołstoj ją nazywali do tej pory, jego wybór padł na ŤSatyagrahať, co znaczy Ťprzylgnięcie do Prawdyť. ŤBóg jest miłością i prawdą, powiedział jeszcze: dla nas jest miłością, w Sobie jest prawdą.ť

Gandhyjczycy z Indii składają ślub wierności prawdzie.

Jo, nasz Kapitan, trzyma się praktycznej maksymy: nigdy nie poświęcić najmniejszej cząstki prawdy dla choćby największej skuteczności.

Policja, z którą nasi mają na co dzień do czynienia, oficjalnie przyznała: ŤOświadczenia non-violencej Akcji cywilnej muszą być uznane za prawdziwe. Wszystkie dochodzenia, jakie podjęto w celu ich sprawdzenia, okazały się stratą czasu.ť

Konfratka Maria, sekretarz Akcji od początku, na zakończenie długiego przesłuchania powiedziała: ŤJakie to wszystko  jest proste, jasne i mocne: mamy do powiedzenia tylko prawdę, nie musimy więc troszczyć się, aby być sprytnymi i nie musimy bać się kompromitacji. A jak to oddziaływuje na dusze.ť

Gdy tylko coś ukrywamy, natychmiast dostrzegamy, że non-violence traci swoje ostrze, że jest w naszej ręce jak wygięty miecz, jak karabin, który strzela na boki.

Nie dzieje się tak w wyniku jakiegoś tajemniczego zaklęcia, lecz zgodnie z naturą rzeczy. Non-violence jest siłą prawdy, gdy więc prawdy braknie, siła również zanika.

Tak, non-violence jest aktem rozbrojenia nieprzyjaciela przy użyciu siły Prawdy, najpierw zniewalającej, później perswazyjnej i wreszcie przekonywającej.

Powiedziałem dobrze zniewalającej, gdyż tak jak dwa plus dwa równa się cztery i tej logice matematycznej poddać się musi każdy, potężny i słaby, tak również Prawda zniewala.

Lecz to zniewolenie wywołane prawdą nie trwa długo zniewalające, gdyż pociąga za sobą najbardziej szlachetną część duszy naszego przeciwnika, która przy pomocy perswazji  pokonuje resztki oporu i w końcu on cały, przekonany, staje po stronie Prawdy.

Zwykło się mówić, że non-violence jest bronią świętych, i się dorzuca: ŤCóż, my nie jesteśmy święci!ť Wygodna skromność, która pozwala nam pozostać bydlakami.

To prawda, że jeżeli byśmy byli świętymi, non-violence byłaby nam naturalna: sposobem postępowania wynikającym ze sposobu bycia. I musimy wiedzieć, że dopóki nie jesteśmy świętymi, nasza non-violence pozostanie zabrudzona i tylko częściowo  skuteczna; co nie powinno nam przeszkadzać, przeszedłszy odpowiednie przygotowanie, wchodzić w tę walkę, jeśli tylko chcemy być ludźmi, gdyż, mówi Gandhi, Ťprzemoc jest prawem bydlaka, non-violence prawem człowiekať.

Przejdźmy do konkretów. Żeby stać się kontraprzemcą, potrzeba trzech ludzkich zalet, bez których nic nie można zrobić w tym kierunku: odwagi, dobrej równowagi umysłowej i nerwowej, szczerości.

Odwagi, gdyż non-violence jest świadectwem wymagającym  ofiary, a więc cierpienia;  trzeba umieć stawić czoła wszystkim próbom i znieść je. Równowagi,  gdyż wariat nie jest zdolny dawać świadectwa prawdzie. Szczerości, gdyż hipokryta zafałszuje swoje świadectwo od samego początku. Te trzy cechy są więc niezbędne, lecz szczególnie ostatnia. Faktycznie, człowiek słaby i bojaźliwy pobudzony mądrością, dobrocią, szlachetnością może przezwyciężyć swój strach; wariat, pochwycony duchem, nawiedzony, może wstrząsnąć sumieniami swych przeciwników czy udaremnić ich podłe spiski. Kłamca jednakże, nawet jeżeli osiągnie jakieś pozytywne  efekty, oszukując i zwodząc swych przeciwników, popełnia najgorszą przemoc, gwałt na prawdzie.

Lecz mówimy o prawdzie ze względu na non-violence, jakby  chodziło o zwykły warunek zapewniający skuteczność naszych działań. Należy obrócić porządek, gdyż, powiedziałby Gandhi, Ťnon-violence jest środkiem, prawda celemť.

Rzeczywiście, non-violence jest rozwiązaniem konfliktów, a konflikt jest zamieszaniem, czasowym i okazjonalnym. Nie prowadzi się słusznej walki jak tylko po to, aby osiągnąć pokój, a prawdziwy pokój może znajdować się jedynie w prawdzie.

Rozwińmy to szerzej, posługując się fragmentem z Ku Życiu Wewnętrznemu :

Cóż to jest prawda?

Prawda, twierdzi inteligent, jest to suma wiedzy objaśniająca świat i człowieka.

Prawda, twierdzi materialista, jest tym, czym są rzeczy wyłączone spod interwencji naszego rozumu.

Prawda, twierdzi uczony, jest to zgodność naszych twierdzeń z prawami natury.

Prawda, twierdzi idealista, jest to spójność naszych myśli i ich zgodność z prawami myślenia, gdyż wszystkie Ťrzeczyť przedstawiają się naszemu umysłowi jako obrazy, tzn. jako myśli, a wszelki związek ze Ťświatem zewnętrznymť jest absurdalny i iluzoryczny.

Prawda, twierdzi mistyk, jest to tajemnica, a tajemnica jest tym, czego nie da się wypowiedzieć.

Prawda, twierdzi wierzący, jest to Bóg, a tylko Bóg zna siebie.

Prawda, twierdzi totalitarny demokrata, jest to opinia większości, a prawdziwa polityka to takie działanie, jakie większość uważa za słuszne.

Prawda, twierdzi sofista, to jest to, co się dowiedzie z olśniewającą siłą, a ja potrafię udowodnić zarówno Ťzať jak i Ťprzeciwť, co wykazuje, że prawda to olśniewająca siła mojej inteligencji.

Prawdą jest, mówi sceptyk, że nikt nie zna prawdy.

 

ŤCóż to jest prawda?ť — spytał Piłat Jezusa, oskarżonego na podstawie fałszywego świadectwa, i nie otrzymał odpowiedzi.

Jezus nie odezwał się słowem, bo nie rzuca się pereł między wieprze, bo nie można nic nauczyć człowieka, który z miną pięknoducha pyta lekceważąco: Prawda?  Pff!  Z czym to się je?

Jezus odpowiedział milczeniem i to milczenie krzyczy, że prawdy nie wytwarza się ustami.

Że nie jest ona żadnym twierdzeniem, żadną doktryną, żadnym systemem, żadną wiedzą.

Prawdziwym poszukiwaczom Prawdy, jej pokornym uczniom, Jezus odpowiada krótko: ŤPrawda to Ja (Ja jestem drogą i prawdą i życiem — J 14,6) i dalej wyjaśnia: ŤPoznacie, że Ja jestem w Ojcu moim, a wy we Mnie i Ja w was ť(J 14,20). I jeszcze: ŤAby wszyscy stanowili jedno, jak Ty Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie, aby i oni stanowili w Nas jednoť (J 17,21).

A Budda naucza: ŤJa-sam (Atman) jest mistrzem i lampą Mnie—samego (Atmana).

Krótko: prawda to  być jednym i zjednoczonym, jak Ojciec Niebieski jest jeden i Syn zjednoczony  w Ojcu.

Jeszcze raz: co to jest prawda?

Prawda, to — Zewnątrz jak Wewnątrz[33].

Gdyż jeśli uważamy, że prawda jest sumą pojęć, wynikiem obliczeń, jakąś słowną czy myślową kombinacją, nie rozumiemy nic ze słów Jezusa: ŤPoznacie prawdę, a prawda was wyzwoliť (J 8,32) czy Gandhiego: ŤNon-violence i prawda są jedną rzecząť.

Prawda to byt, a być to być jednym, zjednoczonym, zharmonizowanym, gdzie strona zewnętrzna wyraża wnętrze.

 

Co to jest prawda poznania?

To postrzeganie poprzez formę zewnętrzną tego, co znajduje się pod, wewnątrz, postrzeganie substancji.

 

Co to jest prawda wyrażania?

Szczerość.

 

Co to jest Ťprawda form[34]ť? Blask prawdy[35]?

Piękno.

 

Co to jest prawda czynów?

Sprawiedliwość.

 

Co to jest prawda świadomości?

Wewnętrzne zjednoczenie i poznanie siebie.

 

Co to jest prawda miłości?

To rozpoznanie siebie w bliźnim.

 

Co to jest prawda religii?

To Jedność z Jednym Jedynym, w głębi siebie.

 

 

Żeby mówić z odwagą prawdę, nie wystarczy mieć odwagę, trzeba posiadać prawdę.

Posiadać prawdę, to żyć głęboko prawdą, to oderwać się od Ťżycia bieżącegoť zszywanego z pozorów, konwencji, błahostek, nadużyć, podstępów, życia, którego szczęścia i nieszczęścia nie mają żadnej wartości, gdyż są pozbawione sensu.

Sens ma tylko życie, które jest drogą ku prawdzie. Wszystko wtedy przyczynia się do tworzenia jedności, do bycia świadectwem, od zwykłych prac w domu czy na polu do medytacji, od posiłku do modlitwy. To właśnie zawdzięczamy regule i dyscyplinom  Zakonu.

Ci, nie żyjący w żadnym Zakonie,  związani ze światem zewnętrznym,  mogą oddać temu, co istotne, jedynie to, co im zbywa, ich Ťczas wolnyť, z niedziel i wakacji, dopóki nie ukonstytuuje się w ich wnętrzu rdzeń prawdy, odporny na wpływ wydarzeń i okoliczności. Gdy ta rezerwa złota zostanie złożona w ich podziemiu, wszystko co uczynią, co powiedzą nabędzie wartości i kredytu.

Taka jest prawda, zawsze warta  głoszenia, jedyna Prawda, którą jest: jedność w sobie. Gdy ma się tę prawdę w sobie i się nią żyje, nie trzeba już wiele mówić, żeby ją głosić.

Prawdziwość z niej wynika jak nieunikniona konieczność, ważna nawet w rzeczach mało ważnych.

Jest niemożliwe, żeby czciciel Prawdy, nieskończonej, jedynej, pozwolił sobie na kłamstwa, oszustwa, kamuflaże w niewielkich sprawach, tak jak jest niemożliwe, aby człowiek rozpalony miłością do bliźniego oddawał się drobnym kradzieżom.

 

...chyba że ostrożność, szacunek czy miłosierdzie każą nam milczeć...

 

Mówić prawdę nie zawsze jest przedsięwzięciem łatwym, trzeba nawet wiedzieć, że nigdy w pełni się tego nie osiągnie.

Mówić bowiem to nie tylko wypowiadać słowa, ale przekazywać coś komuś. Potrzeba więc, abyś ty miał z nim jeden język i że dacie identyczny sens tym samym słowom. A to zakrawałoby na cud.

Jest bezużyteczne, czasami niebezpieczne, a nawet szkodliwe mówić rzeczy prawdziwe, gdy jest się pewnym, że one zamącą, zaszokują umysły i serca, zamiast oświecić.

Z drugiej strony mówienie Ťwszystkiego, co przejdzie przez głowęť bez powściągliwości, bez kontroli nie ma nic wspólnego ze szczerością. Są przypadki, gdy mówienie jest kłamaniem: kiedy wiadomo, że dwuznaczności i nieporozumienia są nieuniknione. Są przypadki, gdy milczenie jest kłamstwem: kiedy wiadomo, że cisza będzie uznana za przyzwolenie, podczas gdy należało powiedzieć nie.

Żadna reguła nie może określić, kiedy należy milczeć, kiedy mówić i w jaki sposób. To ostrożność tu decyduje. Cnota skompromitowana dzisiaj, nie bez powodu, gdyż wielu powołuje się na nią, żeby zakryć  brak zdecydowania, kompromisy, tchórzliwe manewry.

Lecz Ostrożność jest jedną z najwyższych cnót ludzkich, razem ze Sprawiedliwością i Odwagą. Jest to po prostu Mądrość wybierająca to, co ważne i pilne, a odrzucająca rzeczy próżne, niemożliwe do zrealizowania czy niegodne, jest to zdolność przewidywania i porządek w wykonaniu. To również uważne spojrzenie skierowane na bliźniego, poszanowanie jego wolności i liczenie się z jego słabościami. Jezus, który nie bał się wziąć krzyża i obarczyć nim także swych uczniów, zalecał im ostrożność i to nawet ostrożność węża, umiejącego się  prześlizgnąć  między kamieniami, zniknąć w mgnieniu oka czy zaatakować jak błyskawica.

 

A już jest nie tylko nieostrożnym, ale w najwyższym stopniu karygodnym i bluźnierczym  rzucać święte prawdy ludziom, którzy nie są przygotowani do ich przyjęcia i uczynią sobie z nich pośmiewisko.

Jest niebezpieczne, jest idiotyczne, jest zbrodnicze oddawać sekrety natury i nieobliczalne moce z nimi związane w ręce nieodpowiedzialnych ludzi, jakimi są Finansiści, Przemysłowcy, Wojskowi, Politycy. Nad naszą cywilizacją zawisła groźba totalnego zniszczenia z powodu tej nieostrożności.

Jest sprzeczne z miłosierdziem wyrzucać komuś ułomność jego natury, której on nie może zmienić.

Jest sprzeczne z miłosierdziem oznajmiać mu brutalnie wiadomość, która go wtrąci w rozpacz.

Niegrzeczność, niestosowność, grubiaństwo, bezceremonialność, brak dyskrecji są formami najmniej odpowiednimi dla prawdy.

ŤMówić z odwagą prawdęť nie jest to samo co Ť wyrąbać komuś prosto w oczy całą prawdęť, gdyż całą prawdą jest tylko to, że nikt z nas nie jest bez winy, nikt więc nie ma prawa przemawiać z pozycji prokuratora.

ŤMówić z odwagą prawdęť to nie pobiec i zadenuncjować prześladowanego, który u nas szukał schronienia; gdy tak uczynimy, spada na nas hańba zdrady.

 

...wyrzec się oszustwa, intrygi, obmowy, nienaturalności.

 

W odróżnieniu od kłamstwa, wywołanego najczęściej strachem czy próżnością, oszustwo ma na celu osiągnięcie konkretnej korzyści; intryga jest manewrem zmierzającym do uwiedzenia kogoś czy zdobycia władzy, jej powodem jest zazdrość bądź ambicja.

Jeżeli obmowa  dotyczy rzeczy nieprawdziwych, należałoby ten proceder nazwać raczej oszczerstwem. Lecz to drugie zło jest tylko wyższym stopniem pierwszego i ujmujemy tu oba pod jednym słowem i razem odrzucamy. Skoro bowiem naszym celem jest zniesławienie jakiejś osoby, to nie ma już  większego znaczenia, czy sensacja, którą puszczamy w obieg na jej temat, jest całkowicie wyssana z palca czy  też zręcznie złożona ze strzępów wypowiedzi i zdarzeń. Jeżeli jest niedopuszczalnym lżyć kogoś prosto w twarz, to już haniebną postawą jest uśmiechać się mu prosto w twarz, a za plecami go obgadywać.

Gdy chodzi o wyrzeczenie się nienaturalności , trzeba na wstępie zauważyć, że nie można jej całkowicie usunąć z życia człowieka bez zepchnięcia go do stanu dzikości, do zwierzęcości nawet, gdyż cała cywilizacja jest nienaturalna. Pewne sztuczne zabiegi stały się konieczne dla podtrzymania życia w tej drugiej naturze, w której ludzie zostają uwięzieni od momentu urodzenia.  Przede wszystkim prawa moralne nakazują nam pewne zachowania. Są również zachowania konwencjonalne, umowne, kto by je jednak odrzucił, stałby się odrażający dla innych.

Nie chodzi o to, aby łamać wszystkie przyjęte zwyczaje w fałszywej trosce o prawdę, lecz odrzucać te, które są zdecydowanie złe, nawet jeśli są powszechne, i unikać zbędnych, położyć kres komediom, kokieterii, szpanowaniu.

 

                                      O  ŚLUBIE  NON-VIOLENCE

 

Nasz ślub Non-violence rozpoczyna się tak:

Nie skrzywdzić żadnej istoty ludzkiej i, jeśli to możliwe, żadnej istoty żyjącej dla przyjemności, korzyści czy wygody.

 

Nie skrzywdzisz żadnej istoty ludzkiej w pierwszym rzędzie rozumiane jest jako: Nie zabijesz. Zadanie śmierci bowiem jest to krzywda absolutna i nieodwracalna. Wykluczamy więc z góry, przez śluby, wszystkie przypadki, tyleż liczne co wątpliwe, które ludzkie orzeczenia, legalne czy nielegalne, osobiste czy zbiorowe, laickie czy religijne, uznały za dozwolone, łamiąc Boże przykazanie.

ŤNie skrzywdziszť to:

Nie okradniesz,

Nie oszukasz,

Nie wykorzystasz,

Nie przekupisz,

Nie zniewolisz,

Nie zdeprawujesz,

Nie uwiedziesz,

Nie pogardzisz,

Nie oczernisz,

Nie ubliżysz.

 

Nie zredukujesz nikogo do narzędzia dla twojej przyjemności czy korzyści.

Nie skrzywdzisz nikogo przez zaniedbanie, obojętność czy lenistwo.

Choć z  pewnością nieraz zdarzy ci się kogoś udręczyć z konieczności, z wymogu sprawiedliwości, z obowiązku czy nawet z miłosierdzia.

Będziesz musiał przeciwstawić się temu, który kłamie czy błądzi,walczyć z tym, który wyrządza zło innym, tobie czy sobie samemu.

 

Ť...żadnej istoty ludzkie...ť

Czy jest ona biała, czarna czy żółta,

czy jest bratem, czy obcym, czy wrogiem,

kulturalnym czy nieokrzesanym,

królem czy żebrakiem,

chrześcijaninem, żydem czy ateistą,

niewinnym czy godnym potępienia.

 

Jezus, według tradycji muzułmańskiej, wziął dwie garście ziemi i zapytał: ŤKtóra jest lepsza?ť. A gdy Mu odpowiedziano: ŤKtóż może orzec, że ta jest lepsza od tamtej?ť, odrzekł: ŤTak samo dla Mnie nie ma różnicy między jednym człowiekiem a drugimť.

 

Ť... i, jeśli to możliwe, żadnej istoty żyjącejť

To ślubowanie wypełnia jedną z najpoważniejszych i najbardziej niebezpiecznych luk w naszej moralności: brak jakiegokolwiek prawa dotyczącego naszych stosunków z tą wielką rodziną roślin i zwierząt, od której jesteśmy uzależnieni w naszym życiu i której stanowimy organiczną część.

Nasze zachowanie względem zwierząt, wrażliwych tak jak my na ból, wyłączonych jednak z duchowego pocieszenia, jest dyktowane przez zimną kalkulację ich użyteczności, przez całkowitą obojętność, przez maniakalne okrucieństwo bądź przez kapryśną czułostkowość, przez newralgiczne przywiązanie bądź zabobonną odrazę.

Mówi się z oburzeniem: Ťpotraktowali mnie jak psať, lecz powinno nas oburzać przede wszystkim to, że traktuje się tak psy i że takie określenie wchodzi do języka jako rzecz całkowicie normalna.

Dla oszczędności czy zysku, dla zaspokojenia podniebień  wybrednych smakoszy bądź z samej fantazji człowiek, najokrutniejsza bestia, uważa, że ma prawo stosować najpotworniejsze tortury na nieszczęśliwych stworzeniach, które wpadną w jego ręce.

Znam kraje, gdzie skubie się kury, zanim poderżnie się im gardło, gdzie prosiak całe życie siedzi zamknięty w ciemnej komórce na swych odchodach aż do dnia noża, kwiku i krwi.

A czy wy nigdy nie widzieliście psa dniem i nocą przykutego łańcuchem do muru?

Obdziera się żywcem ze skóry węgorze i cenne zwierzęta futerkowe, pełznące raki wrzucane są do wrzącej wody.

Spokojny wędkarz rozpoczyna swój godziwy, niedzielny wypoczynek, zagłębiając delikatnie ostrze haczyka we wnętrznościach robaka tak, żeby mógł on swobodnie się skręcać w prawo i w lewo. Następnie, gdy złapie trzepoczącą się rybę (trzepoczącą się z rozkoszy, nie wątpmy o tym), trzyma ranną zdobycz w zmoczonej siatce do wieczora, po czym rzuca ją, ruszającą się jeszcze, na rozgrzany olej: kęs smakowitego jadła.

A czym jest drobiazgowe okrucieństwo wiwisekcji? Miarą nieludzkości naszej wiedzy, jej ślepej bezduszności, jej pogardy i niezrozumienia życia.

 

Uporczywy jest w naszym kraju przesąd, według którego nie można być w pełni sił i zdrowia bez poświęcenia ludzkiej żarłoczności milionów  zwierzęcych ofiar.

Pewnego dnia w Dijon, gdy opuszczałem salę po przemówieniu o gwałcie i wojnie, jeden człowiek podszedł do mnie i uścisnął mi rękę mówiąc: ŤWierzę, że te straszliwe nieszczęścia przychodzą na ludzi, ponieważ żyją oni z cierpienia zwierzątť. Odpowiedziałem: ŤTo także pogląd Bernarda Shaw: „Jakakolwiek byłaby ich moralność, filozofia, religia — powiedział on — tak długo, jak ludzie będą jeść mięso, będą też prowadzić wojny między sobą”ť.

ŤBernard Shaw — odrzekł tamten — był wegetarianinem i pan z pewnością również, ja natomiast jestem rzeźnikiemť. I patrząc mi prosto w oczy, dodał: ŤKiedy kładę towar do koszyka mych klientów, mam ochotę im powiedzieć: sprzedaję wam zbrodnie i ranyť.

Co do mnie, dosyć późno doszedłem do non-violence, lecz od dzieciństwa miałem (jak tyle innych dzieci) obrzydzenie do rzezi. Moja matka mi opowiadała, że całkiem mały stawałem naprzeciw myśliwych i krzyczałem: ŤŁotry! Pozwólcie zającom skakać, a ptakom śpiewać. Pozwólcie im żyć!ť

Myśl o rzeziach prześladowała mnie i nie dawała mi spać, lecz dzieliłem wspólny przesąd, wierząc, że są one niezbędne do utrzymania naszego życia. Wreszcie w wieku trzydziestu lat zdecydowałem się zrezygnować z mięsa, jakkolwiek dużo by mnie miało to kosztować. Żałowałem mych sił, które uważałem za stracone przy tej diecie, i każdego ranka obmacywałem się szukając ubytków.  Po upływie kilku miesięcy spostrzegłem, że pozbyłem się reumatyzmu, choroby, która mnie dręczyła  całą młodość. Straciłem także moją bladość gruźliczego poety oraz inne słabości. Nieco później wyruszyłem w drogę pokonując tysiąc pięćset kilometrów pieszo w ciągu miesiąca, śpiąc zimą na otwartej przestrzeni.Moje zdrowie nie zachwiało się pod wpływem trudów i wieku. Bezmięsna dieta nie jest jedynym tego powodem, lecz pierwszym i podstawowym.

I ja nie stanowię przypadku szczególnego.  Znam w Indiach ludy silne i zdrowe, które nie znają smaku mięsa od wieków.

Ażeby odeprzeć argument, że jest to inna rasa, wystarczy przykład Arche, gdzie odżywiamy się tylko wegetariańskimi potrawami, a wykonujemy wszelkie ciężkie prace.

Widzę rozkwitające w rumieńcach nasze dzieci, naszą czerstwą młodzież przy żniwach czy orce, w słońcu i w deszczu.Szukajcie najpierw Królestwa Bożego i jego sprawiedliwości (zbudowanej na mądrości i w harmonii z naturą), a wszystko inne będzie wam dodane (nawet zdrowie).

Spójrzmy zresztą na Przyrodę: zwierzęta mięsożerne nie mają przewagi nad innymi, żaden drapieżnik nie może mierzyć się siłą ze słoniem czy bawołem, szybkością z gazelą.

Oficjalna medycyna podziela powszechny przesąd, że mięso jest pożywieniem solidnym, treściwym, podczas gdy wegetariańskie dania są słabe, rozwodnione. Prawda jest inna: organizm nie zadaje sobie żadnego trudu, żeby zasymilować mięsną potrawę, ponieważ sam jest z mięsa. To właśnie przyswojenie sobie materii najbardziej odmiennej wymaga wzmożonego wysiłku i w konsekwencji wyzwala najwięcej sił ustroju. Spójrzcie na potężny wzrost drzewa. Jakaż jest tajemnica jego przemożnej i bogatej żywotności? Ono umie jeść ziemię i kamyki.

A czy nie widzieliście tych bladych dzieci, którym każe się połykać krwiste befsztyki i pić czerwone wino, lecz im więcej napełniają się czerwoną strawą, tym bardziej stają się blade.

Liście i łodygi (sałata) są rzeczywiście dosyć wodniste, lecz odświeżające. Korzenie są już bardziej solidne, lecz cięższe; podczas gdy w ziarnie, w owocu, w jajku wszystkie energie istoty, która je wytwarza, gromadzą się w skupieniu wręcz wybuchowym.

Dodajmy, że jedzenie nie tyle jest wchłanianiem bezwładnej masy materii, co przede wszystkim, w dłuższej perspektywie, przyswajaniem  sobie fundamentalnych właściwości żywych istot służących nam za pokarm. Żadna potrawa nie jest obojętna dla instynktów, uczuć i myśli tego, kto ją spożywa. To jest aż nazbyt oczywiste w przypadku alkoholi i narkotyków. Lecz każdy pokarm jest w pewnym stopniu narkotykiem. Pokarm mięsny niesie z sobą niepokoje, żądze, zaciekłość, agresywność zwierzęcia, pokarm wegetariański natomiast świeżość, pokój, stabilność rośliny.

Te dobroczynne skutki wynikły z naszego doświadczenia. Ale one nie były przyczyną naszego wegetarianizmu. Przyczyna była i pozostaje ta sama: nie szkodzić żadnej istocie żywej, jeśli to możliwe.

Lecz, mówią jedni, w wieku, w którym ludzkość doświadcza tylu nieszczęść i okrucieństw, byłoby czymś niedorzecznym i zdzieciniałym rozczulać się nad wieprzami, rybami i robakami.

Argument naładowany zdrowym rozsądkiem mija się z problemem, gdyż cierpienia zwierząt nie uśmierzą w niczym ludzkiej tragedii. One się nawet z nią sumują i czynią sroższą naszą dolę.

Nie zapomnijmy nigdy tego prawa, że tak jak człowiek traktuje naturę, tak prędzej czy później zacznie traktować człowieka. Wszystko jest powiązane na tym świecie. Zadany ból, zadana śmierć nie wsiąka bezpowrotnie w ziemię, lecz krąży i pod tą czy inną formą wraca do sprawcy.

Tak jak chirurg, który Ťwprawia sobie rękęť na psach i szczurach, zanim zacznie krajać człowieka, tak też i czyni zabójca.

Trzeba wpajać od dzieciństwa zmysłowy wstręt do zabijania i sprawiania cierpienia. Jeżeli takiej postawy nie będzie się miało we krwi, moralność nie zawsze zdoła powstrzymać żądzę rozlewu krwi.

Inny jeszcze zarzut się wysunie: zwierzęta, których nie zabijecie, umrą i tak, gdyż natura jest rzeźnikiem nielitościwym, więc te, których nie zjecie, pozjadają się nawzajem.

To prawda, jest to nieprzenikniona tajemnica — ta powszechna krwawa wojna tocząca się od głębin oceanu po szczyty gór. Wszystkie tradycje pierwotnej myśli wiążą tę naturalną tragedię z Grzechem człowieka. W jakiś sposób cała natura uczestniczy w cierpieniach znoszonej kary (i rodzenia).

Powie się znowu: jeżeli macie tyle skrupułów, żeby zranić najmniejsze stworzenie, jak wytłumaczyć wasze okrucieństwo wobec roślin? Gdyż ostatecznie mordujecie niewinne rośliny, maltretujecie je nożem i ogniem, a nic nie dowodzi, że one nie cierpią tak jak my.

Jest prawdopodobne, że rośliny rzeczywiście nie są nieczułe. Bhôse, indyjski mędrzec, wykazał, że wrażliwość, którą my przyznajemy pewnym tylko rodzajom istot, można by odnieść do wszystkich. To dlatego nie tolerujemy występującego nieraz u ludzi zwyczaju  gniecenia, strzępienia bezmyślnie trawy i liści czy żucia łodyżki,  a za zbrodnię uważamy ścięcie bez powodu pięknego drzewa.

Nie uważamy jednak, że flora Ťcierpi jak myť. Dlaczego? Ponieważ są to stworzenia uśpione. Można pod narkozą uciąć mi rękę czy nogę i nawet się nie spostrzegę. Całe życie wegetatywne (nawet w nas) odczuwa w sposób nieokreślony, mglisty, nie zna ostrego, nie do zniesienia cierpienia, piekła zwierząt. Dlaczego tak myślimy? Ponieważ w przyrodzie wszystko jest celowe, jeżeli zwierzętom przypisany jest ból, to nie dlatego, żeby je dręczyć, lecz aby je ostrzec i powstrzymać przed niebezpieczeństwem. Roślinom, które nie mogą się bronić ni uciec, nie służyłoby to do niczego.

Taką przynajmniej mamy nadzieję, lecz jakkolwiek by nie było, nie możemy się obejść bez obłożenia daniną królestwa roślin, musimy ustąpić przed koniecznością.

To dlatego nasz ślub zawiera zastrzeżenie:

Ť... i, jeśli jest to możliwe, żadnej istoty żyjącej.ť

Nie moglibyśmy zresztą w ogóle być wegetarianami, jeżeli nie zabijalibyśmy szkodników pożerających naszą kapustę czy sałatę, gdyż głód by nas pożarł (lub może robaki). Stonka więc przyłapana na gorącym uczynku w ziemniakach, pożegna się z życiem, ale nie uczynimy żadnej krzywdy spotkanemu na drodze robakowi.

Szczególnie w hodowli  rodzą się problemy, których nie umiemy rozwiązać w sposób zadowalający, gdyż, na przykład, trzymamy kury, żeby mieć jaja, ale co zrobić z kogutkami, które się wyklują? Zderzamy się zawsze z naszymi ograniczeniami.Nie posuwamy się aż do skrajności jak Hindusi, którzy zresztą także wikłają się w nierozerwalne sprzeczności.

Lecz skoro mowa o nich, skorzystajmy z okazji, aby wyjaśnić kilka nieporozumień na ich temat.

Wielu ludzi z Zachodu jest w pełni przekonanych, że powstrzymują się oni od  mięsa z powodu  wiary w Reinkarnację. Skąd taki wniosek?

W każdym bądź razie, to raczej oni powinni nas o tym powiadomić, niż my za nich decydować. Dowodem, że ten niedorzeczny pogląd nie ma uzasadnienia w wierze Hindusów, jest fakt, że wszyscy oni wierzą w Reinkarnację, lecz tylko kasta Braminów i Zakon Sannyasi narzuciły sobie  zakaz jedzenia mięsa, przynajmniej dla zasady.

Ich racje są zbyt dobre, żeby dyktować im inne. Pierwsza z nich to uświadomienie sobie, jak byłoby to niewłaściwe, gdyby kapłan czy mnich żywił się podobnie jak krwiożercze zwierze. Druga wynika z wielowiekowych doświadczeń, które ich nauczyły, jakie warunki sprzyjają życiu wewnętrznemu, a jakie mu szkodzą.

 

Odraza do zabijania jest głębokim rysem charakteru hinduskiego, który odróżnia ten lud od prawie wszystkich innych. I nie przez przypadek jemu właśnie zawdzięczamy termin Ahimsa czyli Non-violence (non-violence), któremu epopeja gandhyjska nadała nowe znaczenie i który przedostał się aż do naszych języków.

Toteż podobnie jak Nowy Testament, który przynosi Staremu uzupełnienie i wypełnienie, lecz bez swego szacownego poprzednika nie byłby zrozumiały, tak samo nowa Non-violence, gandhyjska i rewolucyjna, pozostanie kaleką  bez korzeni zapuszczonych w tej szlachetnej i powszechnej prawdzie religijnej, w Non-violence tradycyjnej, hinduskiej, można powiedzieć biernej, która stanowi fundament dla tamtej.

Ta prawda, to: szacunek dla każdego życia.

Więcej niż szacunek: sakralny lęk w obecności Życia.

Podobnie jak jest tylko jedno światło, które się rozszczepia na siedem kolorów i następnie na siedem razy siedem i tak dalej aż w nieskończoność, tak samo nie ma pojedynczego życia ludzkiego, życia zwierzęcego, życia intelektualnego, życia duchowego, jest tylko jedno życie, które jest Życiem, identycznie jak jest tylko jeden Bóg, który jest Bogiem, Bogiem Żyjącym, Bogiem, który jest Życiem. Który, będąc Życiem, sam stwarza, daje i odbiera życie, życie schodzące stopień po stopniu i rozszczepiające się, mieszające się na tysiące sposobów.

Oto dlaczego istota żyjąca, najbardziej płaska, najobrzydliwsza, najpotworniejsza, winna wzbudzać w nas poza strachem, oszołomieniem i wstrętem zachwyt oraz litość, ale przede wszystkim pełną respektu bojaźń wobec ukrytej w stworzeniu Bożej Obecności, której nie można znieważyć.

 

 

Drugi artykuł ślubu Non-violence brzmi tak:

Ť Walczyć o sprawiedliwość bronią sprawiedliwości, na każde wezwanie być gotowym do działania.ť

Każdy kmieć Arche należy do armii non-violencej i zawsze  może być wezwany do bezpośredniej akcji. Kto nie zgadza się w nich uczestniczyć, nie może  być Konfratrem, nie może składać ślubów u naszego boku. Kiedy ostatniej wiosny wezwałem Wspólnotę do akcji przeciwko obozom, uczyniłem to z szorstkością, bez ceremonii, co zaszokowało niektórych. Lecz taką postawę przyjąłem specjalnie, dla celów dydaktycznych i dla zasady. Chciałem się przekonać, czy Konfratrzy wypowiadają swój ślub tylko intelektem i wargami, czy też prawdziwie, całym sobą. I Wspólnota, jak jeden mąż, się stawiła, jedni natychmiast zrozumiawszy w czym rzecz, inni częściowo, lecz wszyscy posłuchali.

Winniśmy chwalić Boga za szczęśliwy powrót Konfratrów i Ochotników, którzy w lipcu 1960 roku wyruszyli do więzień, aby  pozostać za kratami. Jeśli ofiara nie została przyjęta, jest to łaska Boga, który podobnie nie pozwolił Abrahamowi wypełnić do końca jego ofiarę. Kiedy nie można otrzymać to, co się chce, trzeba się zadowolić tym, czego się pragnie.

Większość Konfratrów, choć utrudzonych doświadczeniem, które im ukazało ich słabości i ograniczenia, wróciło z akcji w radości. Bo też uczestniczyli we wspaniałej walce i jakże nowatorskiej. Tworzyli heroiczną ekipę, której pamięć pozostanie na zawsze w historii non-violence. Nigdy czegoś podobnego nie widziano we Francji.

A ja szczególnie dziękuję Bogu, że dane mi było zobaczyć wreszcie  to, czego pragnąłem od dwudziestu trzech lat. Przez siedem lat oczekiwania, cztery lata przygotowań, dwanaście lat życia wspólnotowego żarliwie prosiłem, wzywałem,  lecz cały ten czas odnosiłem wrażenie, że wołam na pustyni. Chanterelle mnie mówiła: ŤDziwię się, że nie widzę ludzi podnoszących się dziarsko na twój apel z okrzykiem: oto my, co należy czynić?  Nie, wokół nas są szare  twarze i zgarbione plecy.ť Przez dwadzieścia trzy lata miałem do czynienia z szarymi twarzami i zgarbionymi plecami i wyznaję, że wolałbym piasek i kamienie.

 

Trzeci artykuł ślubu brzmi:

... rozwiązywać konflikty,  zatrzymywać zło, naprawiać krzywdy przez non-violence, która jest Siłą Prawdy,

żeby przekonać, a nie pokonać, żeby pojednać, a nie zdominować, żeby wprowadzić pokój.

 

Rozwiązywać konflikty

Jest rzeczą słuszną bronić się przed agresorem i non-violence w żadnym wypadku nie polega na pozostawieniu mu wolnego pola do działania. Non-violence jest to opieranie się złu poprzez dobro, kłamstwu poprzez prawdę, łapczywości, ambicji poprzez ofiarę z siebie. Kontraprzemowiec wystawia się na niebezpieczeństwa, poświęca się dla swego świadectwa, bez czego nie byłby godny tego tytułu. Non-violence jest działaniem bezpośrednim, niebezpiecznym, skutecznym albo jest niczym.

Non-violence jest rozwiązaniem konfliktów. Nie rozwiąże się konfliktu, obalając przeciwnika, wymuszając posłuszeństwo, gdyż pokonany jutro weźmie rewanż, niewolnik się zbuntuje  i w ten sposób łańcuch przemocy dalej będzie się ciągnął.

Rozwiązanie konfliktu to ustalenie pokoju opartego na sprawiedliwości i wzajemnym porozumieniu. Jakkolwiek trudne i długie byłyby działania ku temu zmierzające, nie wolno się uciekać do innych środków. Kiedy się uzna metodę non-violence za jedyną słuszną i gdy się ją zastosuje bez wahania, bez ukrytych intencji, okazuje się ona często być najprostszą, najskuteczniejszą, niekiedy jedyną możliwą.

Non-violence atakuje prawdziwego nieprzyjaciela, jakim nigdy nie jest człowiek, lecz Zło.

Musimy jednak wiedzieć, że Zło znajduje się tak w nas, jak i w naszym przeciwniku. I jeśli chcemy usunąć zło, które jest w przeciwniku, musimy najpierw uderzyć w zło będące w nas.

Przed wejściem w konflikt winniśmy zatem najpierw uznać nasze winy i je naprawić, aby skłonić w ten sposób nieprzyjaciela do refleksji. I podczas całej walki musimy strzec się przed przyjęciem z powrotem dawnej postawy. Zło, jakie czyni nieprzyjaciel, nie upoważnia nas, abyśmy mu odpłacali tym samym. Jeśli bronimy sprawiedliwości, pozwólmy całej nieprawości gromadzić się po tamtej stronie. Ten, który płaci złem za zło, nie ma prawa nazywać Ťdobremť oddane zło.

 

...zatrzymywać zło,

Przemocą jest wszystko, co gwałci porządek świata i równowagę człowieka. Non-violence jest powiedzeniem przemocy: Kontra!

Przemoc to nie tylko zbrodnia, razy, obelgi, terror, zniewolenie, pycha, nienawiść, lecz także kłamstwa, hipokryzja, nadużycia. Non-violence jest skontrowaniem (uziemieniem) wszystkich tych rzeczy, skontrowaniem, ale nie przeciwstawieniem im przemocy czy przebiegłości tej samej z gruntu natury, tyle że skierowanej na odwrót.

Jeśli, aby pomścić ofiarę morderstwa zabiję mordercę, nie wynika z takiej sprawiedliwości żadne naprawienie zła, mamy w rezultacie dwie ofiary i dwóch morderców.

 

...naprawiać krzywdy,

Żeby uporać się ze śmiertelną i zaraźliwą chorobą, czy ma się prawo zabić chorego? Sprawiedliwość non-violence polega — gdy winny jest izolowany i nie może już szkodzić — na szukaniu środków potrafiących wyleczyć go z jego moralnej choroby.

 

 

...przez non-violence, która jest Siłą Prawdy,

Jeśli sprawa, o którą walczymy, nie jest w całej prawdzie słuszna, non-violence nic dla niej nie może uczynić, gdyż non-violence jest to siła sprawiedliwości, siła prawdy.

Siła sprawiedliwości tkwi w każdym człowieku, także niesprawiedliwym, a jest nią potrzeba usprawiedliwienia swych czynów — jest to rzeczywiście siła, gdyż człowiek zmuszony do uznania przed samym sobą, że jego działania są niesłuszne, nie jest zdolny ich kontynuować.

...żeby przekonać, a nie pokonać, żeby pojednać, a nie zdominować, żeby wprowadzić pokój.

Walka non-violence polega na doprowadzeniu nieprzyjaciela do osądzenia przez niego samego własnego postępowania, do przymuszenia go (gdyż przymus tu jest), aby się poddał, gdyż trzeba ostatecznie poddać się oczywistości.

Nawet jeśli jesteśmy pewni, że bronimy sprawiedliwości i prawdy, musimy wiedzieć, iż sprawiedliwość i prawda nie są wyłączną własnością nikogo. One są także w naszym nieprzyjacielu, tyle że w stanie uśpienia, dlatego on popełnia niesprawiedliwość. Kontraprzemowiec czyni się sprzymierzeńcem tej dobrej strony przeciwnika i na placu boju nieustannie przyzywa ducha sprawiedliwości, który w nim śpi. Kiedy duch sprawiedliwości obudzi się i odpowie, bitwa jest wygrana.

Można święcić pokój, gdyż nieprzyjaciel jest wyzwolony ze swego zła, ze swego zła, które jest błędem, ze swej nieprzyjaźni.

 

Non-violence może być skuteczna tam, gdzie przemoc jest całkowicie bezsilna.

Może wywalczyć to, co przemoc nigdy nie uzyska.

Jednakże, ona nigdy nie jest łatwa, trzeba się do niej wewnętrznie przygotować, każdego dnia w życiu powszednim ćwiczyć się w niej i żeby mogła przynieść owoce w publicznej akcji, trzeba się poddać surowej dyscyplinie.

Trzeba umieć poświęcić się dla pokoju w takim stopniu, w jakim inni oddają się wojnie, aż do złożenia w ofierze własnej krwi. Non-violence wymaga cnót heroicznych i rycerskich.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

            V.    ZAKON   I   RUCH

 

 

 

REGUŁA

 

Będziecie kochać jedni drugich, w przeciwnym razie żadna praca nie może się podobać Bogu ani przynieść dobrych owoców.

Dołożycie starań, aby zapanować nad sobą samym. Zgodnie z nauczaniem będziecie dążyć do poznania, oczyszczenia i kontrolowania siebie. Codziennie będziecie praktykować ćwiczenia, medytacje i apele, tak jak są one nauczane, oraz będziecie gorliwie uczestniczyć w pięciu modlitwach wspólnych. Odbywać będziecie rekolekcje, zachowywać obowiązującą ciszę i przepisane posty.

Strzec się będziecie przed złością, pychą, lenistwem, nieporządkiem, roztargnieniem.

Będziecie kontrolować wasz język. Nie powiecie złego słowa i nie będziecie kpić sobie z kogoś za jego plecami. Nie będziecie nikomu wymawiać błędu, którego on nie może naprawić. Mniej uwagi zwracać będziecie  na błędy waszych braci, więcej na własną  cierpliwość w ich znoszeniu. Nie oskarżycie nikogo, nie będąc gotowi obarczyć się winą brata, ukarać się samemu zamiast niego, jeżeli on odmówi jej uznać i naprawić.

Ukarzecie się sami za wasze winy pod kontrolą kmieci, jeśli są one znane, w ukryciu, jeżeli nikt o nich nie wie. Ukarzecie się za waszego konfratra, jeżeli on odmówi uznania swej winy i się poprawić, gdyż wy wszyscy jesteście współodpowiedzialni za sprawiedliwość w Zakonie. To tu jest klejnot reguły.

W ten sposób ze sceny sprawiedliwości znikną policjant, sędzia i kat, trzy postacie, za którymi nie będziemy płakać.

Ale nie zapomnijcie, że non-violence jest sprawiedliwością miłości, a miłość zawiera pokorę, delikatność, szacunek drugiego i żarliwe pragnienie jego dobra.

Zwracając się się do winnego z zarozumiałością, z pozycji człowieka bezgrzesznego, bez dyskrecji i łagodności, powiększa się zło, zamiast je wymazać.

Będziecie mieć szacunek do osoby, szacunek do reguły, szacunek do pracy. Niech poważanie, jakim darzycie jedną z tych trzech rzeczy, nigdy nie odsunie waszej uwagi od dwóch pozostałych. Jeśli kmieć chce się skarżyć na Przywódcę, powinien to uczynić bezpośrednio i w sposób  właściwy, to znaczy wypowiedzieć swą krytykę wprost samemu Przywódcy, nie będzie się skarżyć innym kmieciom czy w ich obecności. Przywódca zobowiązany jest do takiej samej rycerskości ; a jeśli kogoś skrzywdził, winien jest publicznie go przeprosić.

Jeśli ktoś ma uwagi tyczące ogólnej dyscypliny w Zakonie, przedstawi je na Kapitule, nie będzie zrzędzić na uboczu ani tworzyć klanu niezadowolonych.

Będziecie szanować harmonię i obszary ciszy niezbędne do życia duchowego waszych kmieci i własnego.

Nie zapomnicie, że sala wspólna jest, w wyznaczonych godzinach, miejscem medytacji i modlitwy; niedopuszczalne są więc tam kłótnie, gwar, niestosowne żarty, głośne śmiechy, brud i nieporządek. Każde podniesienie głosu, każdy krzyk są winą.

Wiedzcie, że święta i śpiew są równie niezbędne w życiu wspólnotowym jak prace i służby. Ćwiczenie śpiewu jest jedną z dyscyplin Zakonu. Przyłóżcie się, aby ta dźwięczna sztuka, ze swym oczyszczającym, kojącym i jednoczącym oddziałowywaniem, zajęła ważne miejsce w waszym dniu.

Śpiewajcie przy pracy. Myślcie o pracy śpiewając i myślcie o śpiewie. Nigdy nie nućcie bez myślenia o niczym i nigdy nie znieważajcie ucha bliźniego gwizdaniem.

Z odwagą będziecie zawsze mówić to, co uważacie za prawdziwe, chyba że skromność, ostrożność czy miłosierdzie nakażą wam milczenie.

Miłujcie posłuszeństwo, które was wyzwoli z własnej woli, nie będącą niczym innym jak miłością własną. Miłość własna prowadzi do śmierci, własna wola na manowce. Jeśli ją będziemy słuchać, nie pozostanie tu nikogo gotowego pełnić Wolę Bożą  i oczekiwać Królestwa. Posłuszeństwo otworzy was na wolę wspólnotową i miłość wspólnotową, która jest komunią. Przez posłuszeństwo wypełnicie żyjące prawo.

Wasz przywódca, bardziej niż wy,  nie jest tu po to, żeby słuchać własnej woli, lecz on służy rozkazując, tak jak wy słuchając. On nie może dać żadnego polecenia, które by nie wynikało z reguły czy z decyzji podjętej wspólnie, czy z potrzeby chwili.

Nie do niego należy wymagać od was posłuszeństwa. To wy winniście posłuszeństwo, właściwe i ścisłe, które jest miarą wierności i ofiary z waszej osoby dziełu pokoju. Czyż nie wybraliście w sposób wolny oddać się takiemu życiu?

Z honorem więc przestrzegajcie reguły, do zachowania której nikt was siłą nie przymusi. Niech funkcją waszego przywódcy będzie raczej łagodzenie reguły, zwalnianie was z obowiązków, gdy zdrowie czy stan duszy będą miały tego potrzebę.

Żadna usługa osobista nie jest mu należna z tytułu zajmowania przywódczego stanowiska Żaden przywilej, żadna korzyść nie będą mu przyznane. Będzie mieszkał, ubierał się, żywił jak wszyscy. Z żadnej pracy nie będzie zwolniony. Żadnej, jakkolwiek brudna i ciężka by nie była, nie ma prawa uważać za niegodną siebie. Nie musi zresztą być najlepszym fachowcem w każdej dziedzinie. To nie mistrzostwem w tym czy innym zawodzie ma on dać wam przykład, ale pokorą i gorliwością w służbie. Toteż jego praca nie może się ograniczać do symbolicznego i rytualnego gestu; poza czasem przeznaczonym na wypełnianie jego funkcji, przywódca będzie wypełniać swe dni jak inni.

Krok po kroku będziecie starać się uformować w plemię zdolne zaspokoić we własnym zakresie wszystkie swe potrzeby, abyście mogli pomagać ludziom i ukazać im drogę wyzwolenia.

Pracować będziecie własnymi rękoma, aby nikogo nie wykorzystywać.

Z żadnego człowieka nie będziecie ciągnąć korzyści i nie pozwolicie, aby ktoś z was ciągnął korzyść, nawet jeżeli to by wam odpowiadało.

Miłujcie pracę fizyczną, która jest najłatwiejszym wprowadzeniem w poznanie i posiadanie siebie, gdyż to właśnie tworząc rzeczy, człowiek się tworzy.

Niech każda praca stanie się dla was ćwiczeniem uwagi i studium rytmu. We wszelkim zawodzie próbujcie odkryć jego znaczenie i wyciągnąć stąd pożytek dla waszego życia wewnętrznego.

Nabędziecie mistrzostwo w jednym zawodzie, lecz nikt z was nie ograniczy się do swego fachu. Okresami będziecie praktykować w warsztacie  innego konfratra. Będziecie gotowi do sezonowych robót na polu, w ogrodzie czy w domu. Nie odmówicie żadnemu zajęciu, jakie przywódca wam zleci.

Zakończycie pracę przez posprzątanie warsztatu i poukładanie narzędzi. Tak w południe, jak i wieczorem wszystkie narzędzia powinny znaleźć się na swoim miejscu. Nie pozwólcie, aby w ogrodzie, na podwórzu pozostało wiadro czy przy studni mydło.

Zakańczajcie wszystkie wasze akty : zamykajcie drzwi po przejściu, dosuwajcie do końca szufladę po wyjęciu z niej czegoś, nie porzucajcie ścierki na krześle, nie unoście do waszego pokoju chochli czy pogrzebacza ze wspólnotowej kuchni. Pomyślcie, że dwadzieścia osób przez pół godziny może szukać zawieruszonego przedmiotu, co daje dziesięć godzin, jeden stracony dzień!

Na dźwięk dzwonu przerwiecie natychmiast pracę i przystąpicie do apelu. Każde spóźnienie na ćwiczenie, na modlitwę, na posiłek, na zgromadzenie jest winą i wymaga zadośćuczynienia.

Obniżcie wasze pragnienia do waszych potrzeb, a wasze potrzeby całkiem w dół

Zadbacie, aby  otoczenie, w którym żyjecie, było wypełnione  przedmiotami  użytecznymi prostymi i pięknymi.

Nigdy nie oszczędzajcie na czystości.

Nie znieważajcie piękna, które jest prawdą form, nie dajcie się uwieść  użyteczności  czy wygodzie.

Ograniczajcie wasz sprzęt do niezbędnego. Bądźcie w każdej chwili  gotowi na wygnanie. Niech całe wasze bogactwo, cała moc  znajdują się w waszych rękach, głowie i sercu.

Zdobywajcie ubóstwo z taką żarliwością, z jaką inni walczą o bogactwa. Kochajcie je, ponieważ ono jest czyste i ustrzeże was przed zagubieniem, sztucznymi potrzebami, fałszywymi przyjaźniami i miłościami, próżnością i pychą i łatwiznami. Ubóstwo jest mocą i nie pozwoli wam na zwapnienie, jest sprawiedliwe i miłosierne, więc nie pozwoli wam cieszyć się zbytkami, podczas gdy inni harują i mrą w nędzy.

Całą potęgą zawartą w non-violence będziecie walczyć z  niesprawiedliwością, będziecie wymuszać na ludziach otwarcie oczu na prawdę.

Nie będziecie jeść mięsa ani ryb, odmawiając w ten sposób uciechom stołu, dostarczonym przez to, co miało dech życia i straciło je z bólem.

Będziecie pić wino tylko w dni świąteczne i z umiarem.

W piątki zachowacie wszyscy ciszę i  całkowity post. Ci, którym zdrowie nie pozwala pościć, podejmą wyrzeczenia obowiązujące dzieci.

Powstrzymacie się od alkoholu i tytoniu.

Nie wyrządzicie szkody żadnej istocie ludzkiej, a jeśli to możliwe żadnej istocie żywej, dla waszej przyjemności, korzyści czy wygody.

Będziecie nosić wiernie na piersi wasz drewniany krzyż, który jest znakiem i przypomnieniem waszego zaangażowania.

Niech Bóg was wspomoże, abyście przez kraje i lata nieśli go daleko z godnością !

Niech Bóg was obdarzy, poprzez doświadczenia, Pokojem, Siłą i Radością!
DUCH  REGUŁY

 

Śluby, Reguła, Wspólne Życie są konstytutywnymi elementami Zakonu.

Śluby wytyczają  jego główne kierunki, które promieniują, począwszy od pierwszej inspiracji.

Śluby przekładają powołanie  na ludzkie słowa. Ten, który w obecności swych kmieci składa je przed Bogiem, czyni akt poświęcenia swego życia. Każde wypełnione zadanie, każde wyrzeczenie przyjęte ze względu na ślub, staje się ofiarą.

Reguła określa sposób nadania ślubom konkretnego kształtu w życiu wspólnotowym, ukierunkowuje nasze decyzje, ustala granice naszym działaniom. Ona tworzy kościec Zakonu, nadaje mu proporcje i oblicze, charakter i styl.

Kościec służy do podtrzymywania ciała, ciała żyjącego, giętkiego, sprawnego, bez tego ciała będzie tylko martwym szkieletem, emblematem śmierci.

Reguła musi być dobitna i jasna w swej koncepcji i wszystkie jej artykuły logicznie ze sobą powiązane. Musi być elastyczna w stosowaniu i duch musi zawsze stać nad literą.

Ostrożność i miłosierdzie przywódców, jednomyślna decyzja wspólnoty mogą przyznawać dyspensy i tolerować wyjątki.

W krajach, gdzie obyczaje i wierzenia są inne aniżeli w tych, jakie znał Założyciel, reguła będzie mogła zostać znacznie zmieniona, pod warunkiem, że fundamentalne tematy i formuła ślubów pozostaną takie same.

We wspólnotach misyjnych może dominować jeden element reguły, jednakże inne w jakiejś formie powinny też być praktykowane.

Jeśli uszanowanie potrzeb każdego, uwzględniające ludzkie słabości, skłoni wspólnotę do koniecznych złagodzeń, nie należy zapominać, że jedynie reguła wymagająca napełnia prawdziwie życiem.

ŤWytrwałem, ponieważ Twoje Prawo mnie chroniť — głosi psalm. Ono nas chroni od rozproszenia, gdyż to wokół niego się jednoczymy. Chroni nas od zabłądzenia, gdyż wytycza nam drogę.

Nasze jarzmo jest lekkie. Nasze prawo jest bliskie Ťprawu wolnościť, które jest Miłością.

Jest to jedyne prawo na świecie nieprzewidujące karania tego, który je łamie, lecz wzywa go do skruchy i zadośćuczynienia, a jego braci do napominania  i ewentualnego przyjęcia na siebie winy brata. Ono ma zresztą swe granice i nie może powstrzymać tego, kto chce je zerwać.

Nawet jeśli reguła narzuca pewne wysiłki, nawet jeśli wymaga od nas poświęceń, niech nikt nie patrzy na nią w kategoriach przymusu, niech nikt nie czyni z niej instrumentu przymusu względem bliźniego, lecz niech ona będzie Królewską Drogą, którą wszyscy razem podążają ku pokoju i jedności.

Duch reguły?

Tam, gdzie króluje Duch, do czegóż może służyć reguła?

Kościec Zakonu?

Cóż Duch ma wspólnego z kością?

Niech Psalm zawierający wspaniałą wiedzę nam odpowie:

 

ŤPanie, nie tajne ci moje kości[36],

gdyż w ukryciu Ty je uczyniłeś...

Ty bowiem utkałeś mnie

w łonie mej matki.

Zbyt dziwna jest dla mnie Twa wiedza,

 zbyt wzniosła: nie mogę jej pojąć.


         O  PRAWIE

 

Prawo jest dla człowieka, nie człowiek dla prawa.

Ono jest po to, aby chroniło, prowadziło, wspierało życie, a nie żeby dławiło życie.

Prawo jest święte, o ile jest sprawiedliwe, gdyż cała sprawiedliwość pochodzi od Boga.

Prawo religijne jest podwójnie święte, o ile pochodzi od Boga i prowadzi do Boga.

Prawa znajdującego się w ludzkich rękach nie można uznać za święte, gdyż wszyscy ludzie są grzeszni i omylni.

Lecz sumienie jest potrójnie święte, gdyż ono z całą pewnością pochodzi od Boga.

Nic bez niego nie może prowadzić do Boga, nic bez niego nie wypełni prawa.

Jest obowiązkiem każdego kontraprzemowca nabycie, przechowywanie i bronienie swej wolności sumienia oraz własnego sądu o wszystkich cywilnych i religijnych prawach, za przykładem Jezusa Chrystusa, który przez słowa i czyny nauczał, że wszystkie są sporne, z wyjątkiem prawa Miłości.
O GENERALNEJ  KAPITULE

 

Każdy zakon jest zakładany po to, aby stawić czoło wiekowi i oprzeć się czasowi.

Jest to stwierdzenie podstawowe. Zasady, jakie z niego wypływają są nienaruszalne.

Dla Arche kierunek ŤSiedmiu Wzorcówť jest ustalony na zawsze. To jest jej droga i racja istnienia.

Nie można zmieniać formy, jaką żywej istocie daje życie, nie niszcząc jego życia. Forma Zakonu jest w jego konstytucji, regule, dyscyplinach, zwyczajach.

Jednakże każda żywa istota, Zakon między innymi, ewoluuje. Lecz ewolucja nie polega na zwykłej zmianie, straceniu swej formy i przybraniu innej : ewoluować to objawiać stopniowo swą prawdziwą formę, a prawdziwą formą  nie jest  wygląd  w danym momencie, lecz prawo nieustannego i koniecznego przeobrażania, gdyż prawem bytu jest Ťjego forma w czasieť.

Prawo pisane zawierające zasady jest jak one nienaruszalne. Prawo, które dyktuje sposoby wprowadzania w życie tych zasad, jest w części zależne od okoliczności. Unieruchomienie go na stałe spowodowałoby skostnienie i obumieranie zakonu.

To dlatego niezbędne jest od czasu do czasu przeprowadzanie reform. Kiedy Założyciel ich nie przewidział lub jego następcy są im przeciwni, one się dokonują w buncie i rozdarciu.

Niezbędne reformy nie są wprowadzaniem jakichś nowości, są one odnowieniem, powrotem do pierwszej i fundamentalnej formy, która mogła się wypaczyć z biegiem czasu, rozmiękczyć czy zakrzepnąć, lub przestała być stosowna w zmienionym świecie.

Żeby zaradzić tym problemom zostały ustanowione okresowe Kapituły Generalne, a także stała komisja przygotowująca te Kapituły.

 

CEL KAPITUŁY GENERALNEJ I JEJ PROCEDURA

 

I. Kapituła Generalna ma na celu osiągnięcie jednomyślności w głównych ukierunkowaniach Zakonu,

zacieśnić więzi Plemienia Matki z jej filiami, z odosobnionymi Konfratrami i Wiernymi, z grupami prowadzącymi akcje oraz ze Sprzymierzonymi,

kontrolować spontaniczne akcje, wyciągnąć wnioski z doświadczeń i prób,

przedstawić projekty,

dokonać korekt,

zatwierdzić reformy,

sprecyzować jakiś punkt doktryny,

przypomnieć zasady,

dziękować Panu, że zgromadził swe dzieci w służbie pokoju.

II. Kapituła Generalna będzie się odbywać co siedem lat. Rada Zakonu może, w pewnych przypadkach, zwoływać nadzwyczajną Kapitułę Generalną.

III. Kapituła otwiera się dniem postu i modlitwy. Trwa kilka dni, lecz można opóźnić jej zamknięcie w razie konieczności.

IV. Wszyscy Konfratrzy ze wspólnoty matki mają obowiązek w niej uczestniczyć. Wspólnoty odległe wysyłają swego Patriarchę czy delegata.

V. Sprzymierzeni i Przywódcy Grup uczestniczą w Kapitule Generalnej podczas Zgromadzenia na Zesłanie Ducha Świętego, otwierającego obrady. Oni mogą także przedstawiać swe uwagi i propozycje na piśmie do komisji przygotowującej Kapitułę.

VI. W trakcie posiedzeń wszyscy są zobowiązani do nienagannej postawy i głębokiego skupienia. Kapituła nie jest Parlamentem, gdzie każdy broni swych opinii oraz interesów i usiłuje narzucić innym swą wolę. Na tym zgromadzeniu każdy uczestnik nastawiony jest na słuchanie innych, aby można  razem podjąć słuszną decyzję.

VII. Jest do przewidzenia, że w ważkich problemach trudno jest osiągnąć jednomyślność w ciągu kilku dni, dlatego Rada Zakonu musi przygotować Kapitułę, a mianowicie: zredagować i rozesłać odpowiednio wcześniej kwestie przewidziane pod obrady; zbierać, badać i klasyfikować stanowiska sformułowane ustnie czy listownie; poprawiać wstępne propozycje czy wzmacniać argumenty, żeby je wyjaśnić bądź obronić.

VIII. Jeśli jednak dyskusja drepcze w miejscu i brak nadziei na wyjście z impasu, zostanie zastosowany Statut Pielgrzyma, nigdy prawie nie używany w czasie zwykłym, który daje mu prawo, po uważnym wysłuchaniu jednych i drugich, podjęcie decyzji.

IX. Jednakże tak powzięte postanowienie, legalnie lecz w sposób wymuszony, nie może być uznane za definitywne. Wejdzie ono w życie tytułem próby. Po trzech latach, kiedy będzie można ocenić je w praktyce, Rada Zakonu przedyskutuje ponownie zagadnienie. Ostateczne rozstrzygnięcie wymaga jednomyślności.
O  WŁADZY                  I  ŹRÓDŁACH  PRZEMOCY

 

CZTEREMA KRWAWYMI ŹRÓDŁAMI PRZEMOCY ZALEGALIZOWANEJ W ŚWIECIE SĄ:

 

prawo do obrony (i do podboju),

przywiązanie do bogactw (i prawo ich nabywania),

sprawiedliwość oparta na przemocy czyli stosowanie kar,

Władza i jej dwa ramiona: armia i policja.

 

1. Prawo do obrony własnego życia , a więc do zabicia każdego, kto mi zagraża, nie jest podważane prawie przez nikogo, nawet przez kontraprzemcę. Niektóre słowa samego Gandhiego i Vinoby pozwalają przypuszczać, że uważali oni Ťsłuszną obronęť za obowiązek. Lecz jest to przyzwolenie bardzo niebezpieczne, które może pociągnąć ruinę całej doktryny non-violence[37].  Jeżeli bowiem usprawiedliwi się zabójstwo w obronie własnej, każda inna legalna przemoc otrzyma swe uzasadnienie, jak to wykażą następne artykuły.

2. Przywiązanie do bogactw.

Jeśli usprawiedliwia się obronę życia, trzeba także usprawiedliwić obronę dóbr, które umożliwiają życie, co czynią prawie wszystkie zwierzęta, strzegąc swych terytoriów. Lecz podczas gdy to terytorium jest ściśle ograniczone na miarę ich potrzeb, to ludzkie potrzeby bogactwa i znaczenia są uniwersalne jak duch ludzki, w konsekwencji bezgraniczne, stąd wojna wszystkich posiadaczy przeciw wszystkim posiadaczom, w czasie wojny jak i w czasie pokoju.

3. Sprawiedliwość oparta na przemocy.

Od kiedy prawo legalnej obrony przeszło z rąk prywatnej osoby na siły porządkowe, zapewnienie bezpieczeństwa obywatelowi spoczęło w gestii  Państwa, które wobec agresorów, realnych czy domniemanych, używa groźby, środków przymusu, odwetu. Prawo państwowe dyktuje rozmiar  przemocy, jaki należy wobec nich zastosować, trybunały orzekają wyroki w konkretnych przypadkach, a policjanci, dozorcy, kaci je egzekwują; stąd mamy więzienia, łagry, tortury i inne barbarzyństwa proporcjonalne do przestępstwa i dodatkowo sporą dawkę poniżenia.

A pomiędzy dobrami, które ma się prawo bronić, najcenniejszymi są honor i wolność. Gniew mszczący zniewagę, bunt rwący łańcuchy są powszechnie uważane za słuszne i przynoszące zaszczyt.

 

Państwo się zobowiązuje bronić wolności osób i grup przeciwko innym osobom i grupom. Lecz taka obrona jest obosieczna.

Jak osoby i grupy mogą obronić się przeciwko krzywdom ze strony Państwa?

4. Władza.

Podstawy legalności Władzy są zawsze dyskusyjne i mogą być zakwestionowane przez silne mniejszości i rozwścieczone tłumy.

Poza tym, Władza, legalna czy nie, ma zawsze władzę nadużywania władzy, skąd bierze się uprawomocnienie wszelkich działań, rewolucji jak i represji w obronie istniejącego porządku. Można wystąpić przeciwko każdemu ustrojowi, czy on się nazywa królestwem, republiką, cesarstwem bądź dyktaturą, obalić go i zastąpić innym, który staje się od tej chwili jedynym legalnym. Można również wystąpić przeciwko osobom trzymającym władzę, obalić ich i zastąpić. Ten rodzaj zmian dokonuje się zwykle w strumieniach krwi. Samą Władzę można zatem zdefiniować jako prawo do zbrodni.

Cóż faktycznie znaczy Ťprawo do prowadzenia wojny i wymierzania sprawiedliwościť, jeśli nie prawo do zbrodni i jakaż suwerenna Władza nie jest uzbrojona przeciwko wrogom zewnętrznym i wewnętrznym? Władza jest więc szczytem przemocy zalegalizowanej. Od niej pochodzi wojna, najwyższy wyraz usankcjonowanego mordu.

Zalegalizowana przemoc i sprawiedliwość oparta na przemocy są najbardziej krwawe ze wszystkich gwałtów, ponieważ metodyczne, przemyślane, wsparte wysoką techniką, ucywilizowane i umoralizowane.

Przemoc niezalegalizowana natomiast, kradzieże, zabójstwa, oszustwa mają zasięg ograniczony i nie wystawiają całego rodzaju ludzkiego na niebezpieczeństwo, jak to czyni przemoc zalegalizowana.

Ci jednak, którzy chcą wstąpić do zakonu wyrzekającego się przemocy, w pierwszym rzędzie muszą wyeliminować w sobie samych tę przemoc naturalną. Jej źródło jest w sercu. Do złożenia ślubów można dopuścić tylko taką osobę, której serce zostało przemienione i skierowane ku pokojowi. Ku temu służy postulat i nowicjat, praktyka codziennych ćwiczeń, medytacja, modlitwa, braterskie wspólne życie.

Takimi samymi środkami należy się uodparniać przeciw pierwszej z zalegalizowanych przemocy, najbardziej naturalnej, jaką jest za cenę śmierci agresora obrona własnego życia lub życia tych, których ma się pod opieką. Trzeba wysokiego opanowania siebie samego, obiektywizmu, pełnej świadomości umysłu, aby powściągnąć strach czy ślepą wściekłość, które w chwilach śmiertelnego zagrożenia dyktują człowiekowi zwierzęce zachowania, i próbować znaleźć inne środki wyjścia z opresji (gdyż obrona życia, własnego i innych, jest nie tylko prawem, ale i najwyższym obowiązkiem). 

Problem trzech innych form przemocy zalegalizowanej zakon non-violence  rozwiązuje  u siebie w sposób instytucjonalny. Dlatego konstytucje i struktury Arche są szczególnie interesujące dla badań socjologicznych, politycznych i moralnych.

Zapobiega się przywiązaniu do bogactw i wynikającym stąd konsekwencjom przez dobrowolne ubóstwo, pracę własnymi rękoma i obowiązek rozdania wytworzonych produktów, które przekraczają potrzeby na dany rok;

— sprawiedliwości opartej na przemocy przez współodpowiedzialność;

— ambicjom władzy przez świadome posłuszeństwo regule i dyscyplinie Zakonu oraz, w sytuacjach wyjątkowych, przez cywilne nieposłuszeństwo rozkazom przywódców; u przywódcy przez obowiązek słuchania i służenia woli wspólnotowej i podtrzymywania jedności.

Rozwiniemy teraz ostatni punkt, przedstawiając tekst zatwierdzony przez Kapitułę Generalną pod tytułem:

 

ROZPORZĄDZENIA TYCZĄCE PRZYWÓDZTWA

 

Rozpocznijmy przez rozróżnienie między autorytetem i władzą[38]:

władzę (moc) posiada ten, kto dysponuje środkami zmuszającymi innych do posłuszeństwa;

autorytet (władzę) posiada ten, komu się ulega ze względu na jego umiejętność prowadzenia ludzi w poszanowaniu ich sumienia i wolności; słucha się go, ponieważ on umie wykorzystać zdolności podległych mu osób dla dobra wspólnego, ponieważ obdarzony jest w większym stopniu niż inni duchem jednania.

Słowo Ťautorytetť ma łaciński korzeń, który oznacza Ťpowodować wzrostť[39].  Autorytet (wódz), który zgniata czy fascynuje jest siłą wyrządzającą szkody. Prawdziwy autorytet pobudza i chroni wzrost tych, którzy się jemu podporządkowują.

Jest jasne, że w Zakonie non-violencem nikt nie posiada władzy (w znaczeniu mocy) i nikt jej nie chce. Lecz w każdej rodzinie, w każdej wspólnocie, w każdym Zakonie konieczny jest przywódca, gdyż nigdzie nie widziano na ziemi zwierzęcia przechadzającego się bez głowy, jak również potwora o licznych głowach.

W orkiestrze każdy instrumentalista jest wirtuozem w swej dziedzinie, lecz wartość koncertu zależna jest od dyrygenta i ku niemu kierują się oklaski. Wspólne życie przypomina gromadę kiepskich grajków, z których każdy stara się zagłuszyć innych. O ileż bardziej potrzebny im jest przywódca!

Nie można więc obyć się bez dowódców, ale żeby uniknąć przemocy i różnego rodzaju zniewolenia, należy wybrać przywódców wyrzekających się przemocy.

Przywództwo nie jest przywilejem i nie przynosi żadnej osobistej korzyści. Jest to służba i obowiązek. Obowiązek wypełniania i skłaniania innych do wypełniania wspólnotowej woli zgodnie z Regułą.

Przywódcy należy się posłuszeństwo tylko w miarę, jak on sam jest posłuszny Regule. Przywódca jest bardziej winny aniżeli kmieć, popełniwszy takie same wykroczenie.

Najwyższą powinnością przywódcy jest formować innych przywódców, którzy by mu pomagali i zastępowali. Kształtowanie przywódcy polega na uczeniu go, jak stawać  się coraz bardziej i bardziej wolnym i odpowiedzialnym.

Przeznaczeniem każdego konfratra jest stać się w jakimś stopniu przywódcą. Jesteśmy dumni, że nasz Zakon jest wspólnotą ludzi wolnych.

Nie ma żadnej przeszkody, aby kobieta zajęła dowódczą funkcję. Na kapitule głos kobiet jest równy głosowi mężczyzn.

 

O jednomyślności

 

Konieczność jednomyślności przy podejmowaniu wszelkich decyzji, na Radzie jak i na Kapitule, pozwala uniknąć arbitralności przywódcy i zwalnia go od trudnych wyborów.

Na Radzie propozycje są przedstawiane przez Pielgrzyma.

Na Kapitule zajmuje się tym ekipa Odpowiedzialnych w obecności Patriarchy, która przygotowuje projekt pod obrady.

Jeśli on jest odrzucony, odpowiedzialni udają się do przeciwników i na osobności usiłują ich przekonać bądź proponują pewne poprawki do tekstu.

Przedstawiają  zgromadzeniu projekt po raz drugi, trzeci, tyle razy, ile okaże się to potrzebne.

Z pewnością jest to sposób najmniej łatwy, aby coś przedsięwziąć, lecz czas, jaki się poświęca na osiągnięcie porozumienia, nie jest czasem straconym, gdyż dzięki temu tworzy się jedność wspólnoty, nabywa się jednego ducha. Zresztą, sporny punkt ma więcej szans zostać ostatecznie uchwalony w najlepszej swej wersji.

Jednomyślność z pewnością nie zabezpiecza przed błędem, lecz jeżeli błąd jest wspólny, lekcję z niego wyciągną wszyscy.

Byłoby nieuczciwe, i nawet nie sprytne, wykorzystując zmęczenie uczestników uzyskać zgodę, która następnie zostałaby zakwestionowana. Przeciwnie, każdy musi z największą uwagą słuchać opinii innych, szczególnie najmłodszych, najbardziej nieśmiałych, a w sprawach tyczących problemów wyznaniowych najpierw mniejszości religijnych.

Łatwiej byłoby zliczyć głosy i poddać się większości. Lecz to by oznaczało wprowadzenie podziału i walki stronnictw. A nie ma żadnej racji, że większa liczba ma rację przeciwko mniejszej liczbie, a nawet przeciwko jednej osobie.

Trzeba jednak unikać, żeby poszanowanie sumień każdego nie stało się trwającą w nieskończoność przeszkodą z powodu oporu kogoś, kto w ten sposób się zabawia czy chce zyskać na ważności. Veto bez podania motywów nie może być uznane. Zawsze musi być uzasadnione pobudkami sumienia, wspartymi na Konstytucji, regule i doktrynie.

Jeśli chodzi o dopuszczenie do złożenia ślubów, nie można się sprzeciwić pod pretekstem, że nie zna się dosyć dobrze kandydata. Należało nawiązać z nim bliższą znajomość podczas lat jego nowicjatu, a jeżeli tego się nie uczyniło, to nie pozostaje nic innego jak zdać się na opinię tych, dla których przestał być obcym.

Ten, kto przeciwstawia swoje veto wszystkim, zobowiązany jest podjąć post i zastanowić się, czy jego sprzeciw ma słuszne podstawy.

 

O Sukcesji

 

Starszy Syn, następca Patriarchy-Pielgrzyma, musi być przez niego za życia wyznaczony i jednomyślnie zaakceptowany przez wszystkich braci. Pielgrzym nie może wybrać na tę funkcję rodzonego syna czy bliskiego krewnego.

To dziedzictwo nie wypływa z więzów krwi lecz z ducha.

Starszy Syn będzie często towarzyszył Patriarsze w jego objazdach, pozna wszystkie wspólnoty i grupy i sam da się im poznać. Często będzie zastępował Patriarchę w poufnych misjach i kampaniach non-violence.

 

Rola Patriarchy-Pielgrzyma

 

Zważywszy, że każda decyzja jest  podejmowana za zgodą wszystkich, można powiedzieć, iż przywódca zwolniony jest od rządzenia.

Jego zadaniem jest czuwać, aby Reguła przez wszystkich zaakceptowana była przestrzegana i wola wspólnotowa wypełniana.

Do niego należy piecza nad harmonią i niesienie pojednania. Kłótnie, będące grzechem śmiertelnym wspólnot, spadają na Patriarchę. On musi użyć małych i wielkich środków non-violence, żeby rozwiązać konflikty, na ile to możliwe zanim wybuchną, zanim w ogóle problem widocznie się wyłoni. Jeżeli temu nie podoła, winien obarczyć się pokutą, nawet jeżeli nie jest powodem ani przedmiotem sporu.

On jest reprezentantem jedności. To, co się czyni w Zakonie poza nim, jest rozpraszaniem; to, co się czyni przeciwko niemu, jest niszczeniem.

 

 

O Założycielu

 

On założył Zakon i w dalszym ciągu go ożywia. Jego relacje z Zakonem ulegają takim przemianom jak ojca ze swymi dziećmi, w miarę jak one dojrzewają i przygotowują się do objęcia dziedzictwa.

Na początku on wypełnia wszystkie funkcje w rodzinie, gdyż nowonarodzony nie może nic z siebie. Założyciel także winien organizować życie swych towarzyszy we wszystkich niemal szczegółach.

Później, z wyjątkiem dziedziny przynależnej jemu, nie działa już bezpośrednio, lecz przez instytucje, jakie sam powołał do życia i których funkcjonowanie musi respektować.

Nie może niczego narzucić, niczego wykonać bez zgody innych, nie może interweniować w jakiejś sprawie z pominięciem odpowiedzialnych za nią. Może działać uskrzydlony natchnieniem, podobnym do tego, które go popchnęło do utworzenia Zakonu, lecz tylko wtedy, gdy Zakon zatwierdzi jego pomysły, gdyż natchnienie musi teraz pobudzić serca wszystkich członków, złączyć je w duchu jedności.

To samo obowiązuje jego następców, Patriarchów-Pielgrzymów. To samo, w odpowiednim stopniu, założycieli wspólnot.

 
         O  MAŁŻEŃSTWIE

 

Ponieważ Zakon jest patriarchalny, jednocześnie zakon i plemię, święty charakter małżeństwa stanowi w nim wartość fundamentalną.

Miłość, źródło życia, dar życia, miłość w Bogu niesie wielkie wyzwania i nieraz dramaty z powodu słabości naszej zmiennej natury.

Więź małżeńska jest tej samej natury co ślub.

Zerwanie jednej nadszarpuje drugą.

Dopóki śluby są roczne, więź małżeńska dominuje.

Wraz ze złożeniem ślubów wieczystych, obie więzi splatają się w jedną.

Wiara małżeńska i ślub winny się wzajemnie wzmacniać.

Zakon powinien otoczyć parę szacunkiem, zapewnić jej warunki do intymnego życia rodzinnego oraz pomoc w razie trudności.

Domowe ogniska Arche muszą pozostać otwarte, być światłem i ciepłem dla wszystkich, którzy się zbliżają.

 

Nawet w krajach, gdzie poligamia jest dozwolona, małżeństwo w Zakonie zachowa formę adamową: jeden dla jednej i jedna dla jednego[40], dopóki trwa życie.

Z zasady małżeństwo jest nierozwiązalne. Mogą być jednak przypadki, gdy separacja okaże się konieczna, aby uniknąć nieszczęścia: obłędu, samobójstwa, zagrożenia dzieci. Miłosierdzie kmieci, ostrożność odpowiedzialnych będą szukać najmniej złego wyjścia.

Konkubinat jest nie do pogodzenia ze ślubami.

Cudzołóstwo jest nie do pogodzenia ze ślubami.

Lecz jest niesłuszne, żeby ofiara cudzołóstwa bez winy ze swej strony straciła za jednym razem także wsparcie wspólnoty, swe miejsce w Wielkiej Rodzinie i moc ślubu.

 

Młode małżeństwa  przez okres miesiąca będą zwolnieni z prac i obowiązków i mogą  pozostać w domu, żeby urządzić swe gniazdo, lub też wyjechać w podróż poślubną.

Lecz nie powie im się, poza jakąś wyjątkową sytuacją: Ť Jedźcie gdzieś na kilka lat, abyście mogli wieść życie we dwoje.ť

 

Zanim przyjmie się parę już uformowaną, należy się upewnić o powołaniu każdej ze stron, aby nie dopuścić do przypadku wymuszenia decyzji przez jednego z małżonków; należy zbadać, czy żyją zgodnie, czy mają te same dążenia i jeden cel.

 

 

Nieprawidłowości w pożyciu małżeńskim są poważną przeszkodą mogącą uniemożliwić wstąpienie do Zakonu. Jednakże Wspólnoty, Pielgrzym i jego Rada  każdy przypadek rozważą z ostrożnością i miłosierdziem.

Jeden małżonek nie będzie utrzymywał poufnej przyjaźni, a szczególnie przyjaźni duchowej, z której współmałżonek byłby wykluczony.

Jest poważną winą małżonków czynić sobie wyrzuty bądź kłócić się w obecności swych dzieci czy też dawać im sprzeczne polecenia.

Jakiekolwiek by nie były ich obowiązki, jakakolwiek by nie była ich żarliwość w wypełnianiu swych zadań w Zakonie, małżonkowie muszą znaleźć czas dla siebie, muszą w ciągu dnia zarezerwować moment wyłącznie dla siebie.

Poza modlitwami wspólnotowymi powinni modlić się osobno we dwoje czy razem z dziećmi.

Jest powinnością żony radzić mężowi; powinnością męża jest słuchać jej rad.

Matka rodziny powinna wpajać swym dzieciom szacunek do ich ojca, tak jak ojciec do matki.

Moralne i umysłowe zdrowie dzieci w największej części zależy od tego w jaki sposób ich rodzice się kochają i szanują.

Konfratrzy obojga płci, mężowie i żony, synowie i córki. Wszystko, co w tych tekstach powiedziane jest o nim, dotyczy i jej.

Wszyscy naturą i prawem  są równi w podejmowaniu różnorodnych funkcji. Wystarczy jednak pozostawić wolny wybór i z reguły każdy wchodzi w swoją tradycyjną rolę. Mężczyźni podejmują ciężkie prace na roli, na budowie, w lesie i brzemię dowodzenia, a kobiety zajmują się dziećmi, domem i krosnami. Lecz dziewczyna, jeśli ma siły i chęć, może iść harować na polu. Mężczyzna z kolei powinien umieć prząść, zamiatać czy niańczyć dzieci... w razie potrzeby.

Nie stoi nic na przeszkodzie, aby powierzyć przywództwo kobiecie.

W czasie wojny na ramiona kobiet mogą spaść wszystkie prace, całe dowodzenie, dobrze jest więc do takiej ewentualności się przygotować.
WIELKA  LEŚNA  SZKOŁA  ARCHE[41]

 

Wielka Leśna Szkoła Arche ma być szkołą Życia i Non-violence. Bardziej niż wykształcenie ma zapewnić moralne i duchowe wychowanie. Na razie nasza idea wcielana jest tylko w szkole podstawowej. Lecz zamiast snuć wspaniałe projekty na przyszłość, lepiej przypatrzyć się, jak funkcjonuje ta mała szkoła.

Nasza mała szkoła chce być możliwie najmniej oddzielona od reszty życia. Myśl, refleksja, poznanie winny się kształtować w pracy i w życiu wspólnotowym, dlatego jej celem nie jest tylko włożenie pewnego zasobu wiedzy do głowy.  Mała szkolna wspólnota stanowi integralną część wielkiej wspólnoty dorosłych, zakorzenia się  w niej, żywi i rozwija, gdyż w niej odnajduje wzór.

Wychowanie nie jest więc tylko sprawą klasowego wychowawcy, to cała wspólnota jest wychowawczynią, a nauczyciel koordynuje  wysiłki wszystkich, rodziców, kmieci i dzieci. Ten czy ów, obdarzony talentem lub wiedzą staje na kilka godzin przed tablicą, a nauczyciel w tym czasie może oddać się pieleniu w ogrodzie bądź pomóc w kuchni, własnym przykładem podkreślając wobec swych uczni wartość pracy ręcznej.

Utrzymanie szkoły należy do dzieci, które z pomocą nauczyciela  sprzątają, tną drzewo do pieców.

Dyscyplina nie jest jedynie znoszona, lecz przemyślana i chciana. Każdego tygodnia odbywa się zebranie, na którym same dzieci rozmawiają o zachowaniu, pracy i napotykanych trudnościach. Krytyka nie jest skierowana na osoby, ale na czyny, lecz jest pożądane, aby dziecko zauważyło u siebie braki i samo z siebie otwarcie się do nich przyznało. Przechodzi się następnie do postanowień, a kiedy poprawa nie następuje, wystarczy przypomnienie.

Wszystkie służby są podejmowane przez ochotników. Kiedy takich brakuje, wyznacza się tego, który od dawna nie był obciążony żadną. Jeśli przeciwnie, chętnych jest wielu i nikt nie chce zrezygnować, decyduje losowanie.

Jest zrozumiałe, że z zabaw dzieci należy usuwać gry wojenne i takież zabawki, należy czuwać, aby nie dopuścić do tworzenia się wrogich klanów. Zdarzyło się nauczycielowi podjąć głodówkę w intencji położenia  kresu kłótni swych wychowanków.

Szkoła utrzymuje równowagę między pracą ręczną i intelektualną. Uczniowie od sześciu lat wprowadzani są w pierwsze podstawy prostych rzemiosł (garncarstwo, tkactwo, wikliniarstwo).

Dlaczego przekładać literaturę nad inne sztuki? Taniec, muzyka, malarstwo również kształtują osobę i jej wewnętrzną jedność. Jest oczywiste, że przez sztukę człowiek wyraża się w sposób wolny i osobisty; że techniki są tylko wsparciem i instrumentem, a nie celem kształcenia; że są one wskazane tylko tam, gdzie odczuwa się ich potrzebę. Oto jedno z wielkich praw wykształcenia, a nic nie jest tak dobre jak upragniona woda.

Dzieci bardzo wcześnie uczą się jak my ciszy, sztuki oddychania, prostego trzymania się, przytrzymywania myśli i odprężenia w nieruchomej postawie. Cisza szybko staje się dla nich substancją, która żywi i odnawia ducha, a nie przymusem i ograniczeniem.

Lekcje rozpoczynają się od modlitwy o charakterze uniwersalnym, do przyjęcia dla wszystkich wyznań. Jest ona prowadzona przez same dzieci. Każdego dnia odbywa się lektura świętych tekstów z krótkim komentarzem, z których najpiękniejsze fragmenty są zapamiętywane.

Przygotowanie do świąt jest okazją do refleksji i pomysłów: dekoracje, stroje, śpiewy, recytacje i teatrzyki pomagają w przedstawieniu tajemnic i zgłębianiu symboli.

W pracy ściśle szkolnej trzeba uniknąć jednocześnie przymusu i swawoli. Dlatego część pracy oddaje się  inicjatywie samych dzieci, ich indywidualnemu rytmowi, często bardzo wolnemu, podczas gdy inną wykonuje się razem pod kierunkiem. Nie stosuje się bodźców, jak zawody, klasyfikacje, nagrody, a tym bardziej groźby kar. Kiedy zainteresuje się ucznia jego pracą, wartością przedmiotu, wszelkie bodźce zewnętrzne są niepotrzebne. Nauczyciel nie przeszkadza podpowiadaniu i ściąganiu, przeciwnie zachęca do tej pomocy udzielanej słabszym w nauce kolegom przez mocniejszych . Ta forma koleżeństwa jest legalna w naszej szkole, a doświadczenie pokazuje, że każdy woli obyć się bez takiej pomocy.

W szkole wydawana jest mała gazeta zatytułowana Zaczarowana Dolina. Współpracować z nią jest dla dzieci tak radością jak i prawem. Młodzi literaci umieszczają w niej swe wiersze, opowiadania, przeżycia.

Każdego miesiąca uczniowie i nauczyciele wyruszają na całodzienną wyprawę w plener, gdzie badają i zbierają kamyki, kwiaty, owady. Odwiedzają też miejsca zabytkowe, muzea.

Wierzymy, że z edukacją tak pomyślaną dziecko średnio uzdolnione osiągnie poziom wykształcenia co najmniej równy temu, jakie daje zwykła szkoła. Po jej ukończeniu będzie mógł stanąć do tych samych egzaminów co inni, poza tym będzie posiadał wiedzę innego rodzaju, a co najważniejsze, wszystkie przedmioty będą między sobą powiązane, czego najbardziej brakuje w powszechnym nauczaniu. Nabędzie także pierwsze podstawy w rzemiośle, w pracy ręcznej.

Jestem przekonany, że te dzieci będą przygotowane i skłonne do służby bliźniemu i przez to samo bardziej zdolne zrozumieć szaleństwo wieku i znajdować proste środki w rozwiązywaniu konfliktów.

                                                                             Jean-Baptiste Libeuban

                                                                                         kmieć[42]

 

 

            ZAKON   I  RUCH

 

Arche jest Zakonem i Arche jest Ruchem. Nie należy przeciwstawiać tych dwóch rzeczywistości ani je oddzielać, ani mieszać. Z pomieszania rodzą się niepotrzebne dyskusje i dla niektórych  trudności z usytuowaniem się, stąd kryzysy, bunty, odejścia.

Jest koło i piasta koła: jedno nie może się kręcić bez drugiego. Nie można należeć do piasty, nie należąc do koła, lecz można należeć do koła, do Ruchu, nie należąc do piasty, do Zakonu.

W Arche jest dosyć przestrzeni dla osób najbardziej różnorodnych, o odmiennych charakterach, talentach, postawach, każdy musi tylko odnaleźć właściwe mu miejsce.

Wartość Zakonu nie zależy od liczby jego członków, lecz od ich jedności, od wartości osób, od autentyczności ich przesłania i świadectwa. Tak jak piasta jest mała w stosunku do koła, tak i Zakonowi wystarczy mała gromadka braci. Również jak piasta on obraca się i przesuwa w porównaniu z Ruchem minimalnie, a jego oś tkwi nieruchomo.

 

O  ZAKONIE

 

Zakon Arche posiada wszystkie cechy tradycjonalnych Zakonów Zachodu jak i Wschodu.

Wstępuje się do niego, tak jak się wstępuje do Karmelitów czy Trapistów, z tą różnicą, że mogą wstąpić małżeństwa i rodziny.

Oto siedem cech Zakonu:

1. Powołanie.

2. Duchowe i doktrynalne Przekonanie.

3. Ślub.

4. Reguła.

5. Wspólnota.

6. Braterstwo.

7. Hierarchia.

 

1. Powołanie  jest wezwaniem Boga do wstąpienia do Zakonu. Musi ono być pewne i głębokie oraz potwierdzone znakami zewnętrznymi. Przejście nowicjatu i jednomyślna zgoda wspólnoty są znakami ostatecznymi. Gdy te warunki nie są spełnione, być może jest się wezwanym do działania w Ruchu.

2. Przekonanie  rozpoczyna się od nawrócenia czyli odwrócenia serca i rozumu, dokonującego się w walce wewnętrznej, z której wychodzi się pokonanym, czyli przekonanym : bez warunków poddajemy się  prawdzie, która nas przekracza, z wiarą przywieramy do doktryny i wizji, w których rozpoznajemy religijną wartość, Boże tchnienie.

Zgadzamy się na formuły, na formy i pozwalamy się według nich kształtować. Podporządkujemy się dyscyplinom i duchowym metodom, które następnie przekazujemy  nowicjuszom. Sposób medytowania Jezuitów nie jest taki sam jak Karmelitów i nasz jest również inny. Nasz sposób jednania religii różni się od tego, jaki stosują teozofowie i sufici. Nasza postawa wobec świata, jego sprawiedliwości, jego interesów, jego postępów, jego rewolucji nie znajduje sobie podobnej w żadnym Zakonie.

Formy Zakonu będą ewoluować, ale nie mogą się zmieniać — ewoluować wolno i pewnie jak istoty żyjące, jak drzewo, które się rozwija w  nieustannym wzroście począwszy od korzenia i zgodnie ze swym gatunkiem. A każda reforma w Zakonie jest powrotem do czystości źródła.

3. Ślub definitywny jest darem siebie Bogu w Zakonie. Ten dar musi być definitywny w intencji, lecz on jest zawsze tymczasowy. Każdego roku jest odnawiany, ale w przypadku wewnętrznego kryzysu można się wycofać.

4. Reguła  jest właściwym danemu Zakonowi sposobem wcielenia ślubów w praktykę. Nasza jest tak pomyślana, aby ludzie wszystkich ras, wszystkich religii, wszystkich czasów mogli się jej podporządkować. Ona może w pewnych szczegółach ulec zmianom, żeby lepiej się zaszczepić w obyczajach jakiegoś ludu, lecz nie do tego stopnia, aby stać się inną. Gdyż posiadać inną regułę, oznacza być w innym Zakonie.

5. Wspólnota  jest ukonstytuowana przez tych, którzy złożyli te same śluby w tym samym miejscu i przez ten fakt są z sobą związani. Gdyż oddając się Bogu w Zakonie, oni się oddają jedni drugim. Są nawzajem dla siebie świadkami, poręczycielami, wspólnikami i współpracownikami.

6.  Stąd Braterstwo, które nie wynika z krwi Ťani z woli ciałať, lecz z ducha i wyboru. Gdyż w tym przypadku wybiera się braci, tak jak się wybiera małżonka. Toteż braterstwo w Zakonie podobne jest małżeństwu i wymaga tego samego rodzaju wierności.

7. Lecz nie istnieje braterstwo bez ojcostwa. W Zakonie jak i w rodzinie wszyscy są równi, ponieważ mają jednakowy udział w dobrach, w honorze i nieszczęściach Zakonu, i wszyscy są jednakowo nierówni, ponieważ syn nie jest równy ojcu, ani młodszy starszemu. Jest głowa i serce i członki, lecz jedno życie podtrzymuje jednakowo całe ciało. Z tego wynika Hierarchia, to znaczy święty charakter władzy w Zakonie. Święty: to znaczy zgodny z Wolą Bożą, taką, jaka ona się objawia w całym wszechświecie i w ciele każdego stworzenia. Z drugiej strony, ojcostwo bez miłości i bez pokory nie zasługuje na miano ojcostwa.

Jest oczywiste, że można woleć inny Zakon albo i zakon (porządek)[43] tego świata, a nawet i nieporządek. Lecz jeżeli wybrało się Zakon Arche, trzeba rozumieć i w pełni akceptować każdy z jego siedmiu kardynalnych punktów, nie można być entuzjastą jednego, a niechętnym wobec drugiego. Nie można wstąpić do Zakonu, takiego jakim jest, z zamiarem wprowadzenia zmian czy żywiąc nadzieję, że on sam się zmieni. Trzeba go kochać, takim jakim jest, i pragnąć, żeby wzrastał w mocy, głębi i czystości. My przecież również musimy pragnąć stać się tym, kim jesteśmy, a nie innymi.

Dodajmy, że Zakon nie jest ideą, lecz bytem, i że nie jest on utworzony z reguły i doktryny, ale z ludzi. Trzeba, jeżeli chce się do niego wstąpić, kochać ludzi, którzy stanowią Arche, wszystkich aż do ostatniego, to znaczy tego, który nas najmniej przyciąga. To nawet od niego należy zaczynać. Faktycznie, skoro zostaliśmy przyjęci za jednomyślną zgodą wszystkich, jest słuszne, abyśmy kochali z całej duszy wszystkich, bez wyjątku. To wtedy miłość staje się aktem woli i duchowym ćwiczeniem. A jeżeli składa się śluby Ťbyć posłusznym regule i dyscyplinie Archeť, nie można zapomnieć o tym nieustannym ćwiczeniu, jakim jest braterskie miłosierdzie.

To nie jest zawsze łatwo, lecz trzeba w tym kierunku dążyć, jednakże nie zbytnio na siłę. Jeżeli miłosierdzie możemy wydusić z siebie tylko przez zaciskanie z wysiłku zębów i układanie na twarzy braterskiego uśmiechu jest to może znakiem, że  gdzie indziej mamy szukać naszego miejsca. Jakkolwiek by nie było, Zakon nie jest dla wszystkich, nawet nie dla tych wszystkich, którzy odnaleźli się w jego duchu. Lecz Ruch pozostaje otwarty dla wszystkich, dla wszystkich którzy chcą w mniejszym czy większym stopniu się zaangażować.

 

 

 

                                                      O  RUCHU

 

Siedem kategorii osób obraca koło Ruchu:

 

1. W pierwszym rzędzie Konfratrzy na misji, którzy jednocześnie przynależą przez swój stan do Zakonu, a przez swą funkcję do Ruchu. Wysyła się ich w objazd  bądź do przeprowadzenia kampanii na kilka tygodni czy miesięcy lub też zostaje powierzone im dzieło wymagające kilka lat, które być może zostanie uwieńczone fundacją.

2. Wierni i Sprzymierzeni tworzą promienie koła, których jeden koniec tkwi w piaście, drugi działa w szerokim świecie.

3. Wspólnoty, które są zakładane według naszego modelu, wzorujące się na naszej Regule czy z niej czerpiące natchnienie, oczekujące od nas wsparcia,mogą być uznane któregoś dnia za pełnoprawne wspólnoty Zakonu. Wszyscy członkowie są dopuszczeni wtedy do złożenia ślubów i nabywają prawo do przyjmowania nowych kmieci, po ich uprzednim przygotowaniu.

4. Grupy Przyjaciół  skupiają się wokół nauczania i stosują z niego w swym życiu to, co chcą i mogą, uczestniczą także dobrowolnie w akcjach podejmowanych przez Arche czy przez nią popieranych.

5. Wszyscy, którzy walczą w akcjach u naszego boku, czy są formalnie związani z Zakonem, czy nie, byleby tylko bronili tej samej sprawy pod naszym kierunkiem.

6. Wszyscy,  którzy nawrócili się dzięki naszemu nauczaniu , odnaleźli Boga, zmienili życie, zawód, stali się rzemieślnikami czy rolnikami, szukają ubóstwa, służenia innym, a  wyrzekają się bogactw, honorów, władzy, broni.

7. Wreszcie ci, którzy przez słowo, mówione czy pisane, rozpowszechniają myśl Założyciela po całym świecie.

 

Jest oczywiste, że Ruch daje tyle Zakonowi, co Zakon Ruchowi i że piasta bez koła nie wiele więcej znaczy, aniżeli koło bez piasty.

Nasza pierwsza wspólnota w Tournier była piastą bez koła i to po części było powodem jej upadku. Od kiedy powstały liczne grupy przyjaciół w mieście, wspólnota wieśniacza okrzepła i poczęła wzrastać. Stabilność i głębia Zakonu są w bezpośrednim związku z jego oddziałowywaniem na zewnątrz i nie można powiedzieć, czy jedni są przyczyną, czy owocem drugich.

Zarzut, że Ťodcinamy sięť od świata i Ťnie podążamy z naszym wiekiemť jest, jeżeli chodzi o Zakon całkowicie uzasadniony,  z tym, że nie może być to zarzut, gdyż jest to racją bytu każdego Zakonu (Arche jak innego). Zgodnie zresztą z obiegowym powiedzeniem wstąpić do Zakonu to Ťporzucić światť.

Zakon z całą świadomością przeciwstawia się wiekowi. Lecz jeżeli chodzi o Ruch, argument jest pozbawiony sensu.

Można nie być w Zakonie, można nie chcieć czy nie móc w nim być, ale to nie wyklucza zamusztrowania się na pokładzie Arche. Oto idea, jaką trzeba dobrze zrozumieć. Nie każdy z natury jest zdolny podporządkować się ścisłej dyscyplinie Zakonu, mimo że duchem czuje się z nim zjednoczony, pozostaje mu jednak jeszcze wiele możliwości w innych miejscach Arche, gdzie może się w pełni zrealizować.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

         PRZYRZECZENIE   SPRZYMIERZONYCH

 

Tobie, Shantidasie i Mohandasie, wam Konfratrom Arche, którzy nas uczycie służyć, składamy na rok uroczyste przyrzeczenie:

1. Przyjąć całe nauczanie Arche, pracować nad sobą samym, każdego dnia ćwiczyć się w poznaniu, posiadaniu i ofiarowaniu siebie samego, w jakiś sposób wejść w służbę bliźniemu, nauczyć się samemu pracy ręcznej i w miarę możności praktykować ją, zachęcać ludzi do życia prostego i pracowitego[44].

2. Przyrzekamy słuchać Przywódcy Zakonu we wszystkim, co nam poleci uczynić dla rozpowszechnienia nauczania i — biorąc pod uwagę nasze możliwości — dla wprowadzania je w życie przez nas samych oraz innych. Nie przystąpimy do żadnego innego ugrupowania bez jego zgody[45].

3. Przyrzekamy upraszczać nasze życie, pozbywać się sztucznych potrzeb, zajęć i zobowiązań żywiących naszą próżność, nadmiaru i luksusu. Przyrzekamy ćwiczyć się w  stopniowym odrywaniu się  od dóbr tego świata,  przyrzekamy ograniczać nasze wydatki i część z nich każdego miesiąca przeznaczyć na pomoc innym.

4. Przyrzekamy służyć prawdzie, mówić z odwagą to, co uznajemy za prawdziwe, chyba że ostrożność, szacunek czy miłosierdzie każą nam milczeć; wyrzekamy się oszustwa, intrygi, obmowy, nienaturalności.

5. Przyrzekamy  w naszych dysputach z bliźnimi, w konfliktach, w które jesteśmy zamieszani postępować według zasad non-violence;  wyrzekać się odwetu; raczej prosić aniżeli rozkazywać; raczej jednać tych, którzy się nienawidzą, aniżeli opowiedzieć się po jednej stronie; unikać sporów; nie dopuszczać do procesów; przekładać radość porozumienia nad satysfakcję triumfu.

Przyrzekamy nie szkodzić żadnej istocie ludzkiej, a jeżeli to możliwe, żadnej żywej istocie, dla przyjemności, korzyści czy wygody.

Nie znieważyć żadnej klasy czy narodu, czy wyznania, czy rasy. Nigdy nic nie powiedzieć, nic nie uczynić, co mogłoby kogokolwiek pobudzić do rewolty, do wojny, do represji, do prześladowań.

Konfratrzy i świadkowie, przypomnijcie nam to z mocą, jeśli kiedykolwiek  byśmy o tym zapomnieli.

Boże Wszechmocny, nie pozostaw nas naszej tylko odwadze, lecz niech przyrzeczenie wznieci żar w duszy, któremu nie pozwól zagasnąć. Niech to zaangażowanie wyzwoli nas z łańcuchów i odda nas zaangażowaniu pełniejszemu i głębszemu.

                                   Pomóż nam, Boże, z upływem lat,

                                     lepiej poznać, mocniej kochać,

                                    prawdę, sprawiedliwość, miłość

                                               i bardziej im służyć.

                                                          AMEN

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

         DOKTRYNA DUCHOWA

         CZY  DOKTRYNA  SPOŁECZNA?

 

Jest możliwe znaleźć kurs wiedzy religijnej, żywą parafię, dobrego spowiednika.

Jest możliwe znaleźć szkołę dyscyplin wschodnich, która by nie była kursem gimnastyki czy filozofii.

Jest możliwe posiąść wiedzę tajemną, która by nie była wymysłem szarlatana chciwego pieniędzy i uwielbienia.

Jest możliwe, z drugiej strony, oburzać się niesprawiedliwościami, gwałtami, oszustwami, korupcją, które królują w świecie interesów, policją, sądami i polityką, możliwe jest stać się żarliwym zwolennikiem zdrowych doktryn społecznych, walczyć o niezbędne reformy, prowadzić manifestacje, strajki, a nawet rewolucje.

Lecz nie można spotkać ludzi symetrycznych, o dwóch bokach, społecznym i duchowym, które byłyby tylko jedną i odwrotną stroną tego samego ludzkiego życia. I najbardziej aktywni i zaawansowani na jednym polu mówią i czynią głupstwa na drugim, albo nie robią nic, dając przystęp złu.

W rezultacie mamy wykoślawienie, sprzeczności, alienację i zamieszanie. W rezultacie polityka staje się coraz bardziej i bardziej sprofanowana, amoralna, sprzeczna z duchem. ŤPrawo Bożeť, Ťlud Bożyť, Ťkrólestwo niebieskieť są w dużej mierze tylko formułami, opróżnionymi z sensu, których się nie tylko nie realizuje, ale już nawet nie pojmuje.

Czy się kocha nasz Zakon, czy nie, trzeba przyznać, że on jedyny w swoim rodzaju stoi stabilnie na dwóch nogach i usiłuje ogarnąć duchowy i społeczny wymiar człowieka jednym spojrzeniem.



 

            VI.  RELIGIA

 

         POSTAWA  RELIGIJNA  ARCHE

 

 

ŚWIĘTY  JAN  CHRZCICIEL CZY  EPIFANIE

 

Dlaczego wybraliśmy Jana Chrzciciela za naszego patrona?  No cóż, powiem rzecz, która może zdziwić niektórych, tę mianowicie, że jest on jedynym ze świętych czczonych przez Kościół chrześcijański, który nie był chrześcijaninem.

Czy naprawdę jedynym? Mówi się nam przecież o Ťświętym królu Dawidzieť. A Abraham i Mojżesz, czyż nie byli świętymi? A również ci nie byli chrześcijanami.

Oni byli, można powiedzieć, prekursorami świętości i Tradycja Kościoła wspomina w związku tym fakt, którego jedynym świadkiem może być najwyżej Duch Święty, zejście Jezusa po śmierci do piekieł, aby wyzwolić tych świętych, którzy trwali tam w oczekiwaniu przez wieki historii. Tak, oni byli prekursorami świętości, ponieważ urodziwszy się w starej erze, nie mogli znać  Chrystusa, co najwyżej z przeczucia, nie znali Go jednak w ciele i nie mogli za Nim podążyć.

I w Janie Chrzcicielu widzi się ostatniego z nich, proroka i więcej niż proroka, kogoś, w kim streszcza się cała tradycja profetycka i rodzi się zapowiedź Chrystusa. On jest więzią między dwoma Testamentami.

Dobrze, lecz jest ciekawe, że Jan i Jezus współistnieją w jednym czasie historycznym. Jest znaczące (nigdy tego nie zaznacza się dosyć) zachowanie Jana po daniu swego świadectwa: ŤOn jest mocniejszy ode mnie. Ja nie jestem godzien odwiązać rzemyka u Jego sandała. Potrzeba, by On wzrastał, a ja się umniejszałť.  Czy rzuca się do stóp tego, którego uznaje za większego? Dołącza do jego uczni? Nie, on dalej naucza i udziela chrztów, a jego uczniowie mu mówią: ŤNauczycielu, oto Ten, którego ty ochrzciłeś w Jordanie, sam z kolei chrzciť. Z tego wynika, że oni uważali swego mistrza za większego od Jezusa Chrystusa. I mistrz nie bez trudu musiał łagodzić żar swych zwolenników.Prekursor więc przyszedł w czasie, który zapowiadał, przeżył własne świadectwo. W ostatnich dniach swego życia z głębi więzienia śle zapytanie do Chrystusa: ŤCzy Ty jesteś Tym, który ma przyjść?ť

Pierwszą rzeczą godną zauważenia jest to, że nie podążył on za Jezusem. Drugą, że Jezus nie wziął mu tego za złe.

Zdarzyło się (drobne zajście często zapominane), że uczniowie Jezusa oburzyli się na kogoś, kto nie chodził z nimi, lecz w Jego imię czynił cuda i usiłowali mu zabronić tego nielegalnego apostolstwa. Mistrz jednak usadził ich, a nie jego i rzekł:ŤKto nie jest przeciwko nam, ten jest z namiť. Prawda, że Ewangelia, jak zawsze, dostarcza i przeciwstawnych wskazań. Dlaczego? Żeby przeszkodzić nam w drzemce. Zawsze pragniemy usłyszeć: rób to, rób tamto; pragniemy otrzymać listę dobrych i złych uczynków, aby sobie oszczędzić trudu refleksji i ryzyka wolności. Jakże by to łatwo było powiedzieć: wszyscy  ochrzczeni będą zbawieni, a wszyscy inni potępieni! Można by wtedy, mając w ręku świadectwo chrztu, spać spokojnie.

A jak my, Chrześcijanie, mamy patrzeć na wielką postać, niezaprzeczalnie świętą, na Gandhiego? On zbliżył się do Chrystusa inaczej, aniżeli wołając: ŤPanie, Panie!ť On nie tylko wypełniał przykazania i rady ewangeliczne lepiej niż większość z nas, Chrześcijan, lecz dał dowody prawdziwości Kazania na Górze, jakich wielu Chrześcijan, nawet świętych, nie miało łaski dostarczyć.

Jak możemy go usytuować, jeżeli nie jako prekursora świętości, skoro przykład Jana Chrzciciela dowodzi, że prekursor świętości nie musi koniecznie urodzić się w wiekach poprzedzających świętość Kościoła.. Jeśli Jan Chrzciciel mógł być współczesnym Chrystusa, Gandhi może być współczesnym Jana, dwa tysiące lat później, to znaczy mieć tę samą misję prorocką do spełnienia, zapowiadać przyjście Chrystusa. Przecież sam Chrystus powiedział: Zanim Abraham był, Ja jestemť, a to oznacza, że jego nadejście dokonuje się stale.

Widzę w Janie Chrzcicielu nie tylko więź między Starym i Nowym Przymierzem, lecz także wspólny punkt wszystkich tradycji religijnych.

Święty Jan Chrzciciel jest Ascetą, jest tym, który w samotności wszedł w głębokie życie wewnętrzne i który przygotowuje drogę Panu, jest on typem świętego, jakiego spotyka się we wszystkich wielkich religiach, a w najwyższym stopniu w Indiach, lecz nie tylko w Indiach sprzed dwóch czy czterech tysięcy lat, również w Indiach współczesnych. U nas natomiast, w Europie ten typ zanikł, nie mamy już Słupników i Ojców Pustyni. Nie spotkałem nawet wielu doktorów Kościoła, którzy mogli by mi wytłumaczyć, co właściwie Słupnik robił na swym słupie i dlaczego wybrał miejsce tak niewygodne i tak widoczne.

Znajduję w Biblii cały szereg tych wzniosłych postaci, występujących również w tradycji hebrajskiej, które pojawiają się jak meteory otoczone tajemnicą. Widzę wynurzającego się z Genesis niejakiego Melchizedeka. Jedynie kilka zdań jest mu poświęconych. Dowiadujemy się, że Abraham dał mu dziesięcinę z wszystkich swych dóbr, co dowodzi, że Ojciec Wierzących uznawał go za wyższego od siebie. I Kościół wspomina go wszystkie dni podczas konsekracji chleba i wina, mówiąc o osobie Chrystusa: ŤTyś Kapłanem na wieki na wzór (według Zakonu[46]) Melchizedekať. Proszę was, zwróćcie uwagę na słowo Zakon (wzór).

Wywołujemy te wielkie cienie po to, aby wyjaśnić tak dyskutowaną, tak dyskusyjną, tak atakowaną naszą pozycję religijną. Arche jest zakonem i to zakonem, w którego szeregach są dzisiaj prawie wyłącznie katolicy, wierni Kościołowi, lecz nie będzie on nigdy zakonem katolickim, ani nawet chrześcijańskim.

Pozycja trudna do zrozumienia. Dlatego jest całkowicie zrozumiałe, że jedni zwalczają nas, ponieważ jesteśmy katolikami, a inni ponieważ nimi nie jesteśmy czy będąc nimi, nie mamy prawa być tym, czym jesteśmy. Trudno utrzymać się na tej pozycji bez przewrócenia się na jedną czy drugą stronę. Dlaczego nie staramy się o zatwierdzenie przez Papieża? To proste, nie jesteśmy zakonem religijnym. Jesteśmy zakonem nowego rodzaju, takim, jakiego być może żąda współczesna epoka. Zakony nie muszą być koniecznie religijne, istniały na przykład zakony rycerskie, które na zasadach lenniczych podporządkowały się  Kościołowi i świadczyły mu swoje usługi  i trwały  w ten sposób swój czas. One również miały pozycję trudną (upadek Templariuszy o tym świadczy) i paradoksalną, dużo bardziej niż my : bronienie Krzyża ostrzem miecza. Cóż powiecie? Czy nie jest w tym coś trudnego do zrozumienia?

Lecz nasza niezależność będąca w dużej mierze przyczyną naszej  obecnej kruchości i stałego ryzyka jest właśnie istotnym  warunkiem naszego powołania, służby, jaką możemy oddać Kościołowi i Chrześcijaństwu: służyć jako most, pracować nad wstępnym pojednaniem. ŤJeśli więc przyniesiesz dar swój przed ołtarz i tam wspomnisz, że brat ma coś przeciw tobie, zostaw tam dar swój przed ołtarzem, a najpierw idź i pojednaj się z bratem swoim! Potem przyjdź i dar swój ofiaruj!ť A jeśli tym, co twój brat ma przeciwko tobie, jest to, na przykład, że jesteś innego wyznania niż on? Także w tym wypadku biegnij najpierw pojednać się z nim!

Jak jest możliwe pojednanie, jeżeli uznaję (opierając się na kilku wybranych tekstach Pisma), że moja religia jest jedyną prawdziwą na świecie i że poza nią wszystko jest błędem, grzechem, bluźnierstwem skazanym na potępienie. No dobrze, ale może właśnie to jest tym punktem, w którym trzeba się pojednać przed złożeniem daru na ołtarzu? Pojednanie zresztą nie wystarcza: ŤPotem przyjdź i dar swój ofiaruj! ť, tak, w świątyni twoich ojców. Nie mówi ci się również, abyś nie wierzył, że twoja religia jest lepsza od innych (przynajmniej od wyobrażenia, jakie sobie o nich tworzysz). My nie głosimy równości wszystkich religii, lecz zabraniamy dyskutować o równości czy nierówności. Czy nie jest już znieważaniem twej religii, gdy porównujesz ją z inną? Gdy ściągasz sprawy wiary do poziomu dyskusji?

Czy nie możemy widzieć w naszej religii dwóch rzeczy? Tak jak w nas: ciała i duszy.

Jest ciało naszej religii i jest dusza naszej religii. Ciało naszej religii to Instytucja i ona wciela się w grupę ludzi. Ta grupa jest pełna wad, przyznajmy to, pełna wad jak wszystko, co  ludzkie. Uznać naszą religię bez wad i ograniczeń byłoby stwierdzeniem, że nie ma w niej nic ludzkiego. Jeżeli by nie miała ograniczeń, to czyż nie zgromadziłaby przed swym ołtarzem wszystkie ludy świata? Podtrzymujemy nadzieję, że to się spełni w bliższej czy dalszej przyszłości i że nasz Kościół zatriumfuje bezgranicznie na całej ziemi, lecz nic tego nie dowodzi, również Pismo. Czytajcie Apokalipsę. To ograniczenie wydaje się trwałe i ma trwać aż do końca świata, jeśli wierzyć Biblii.

Ciało z woli Boga ma swe ograniczenia i słabości. I fakt, że ciało nie jest doskonałe, w najmniejszym stopniu nie każe nam je odrzucać czy nienawidzić. Poślubiliśmy naszą żonę i poślubiliśmy nasze ciało, lecz w dniu ślubu nikt nas nie zapewniał, że łączymy się z istotą doskonałą. Ostrzegano nas raczej przed ukrytymi ułomnościami, których my zaślepieni słodkim uczuciem nie widzieliśmy. A jeśli weszliśmy w związek małżeński uwiedzeni taką iluzją, to w dniu, gdy wyjdą na jaw słabości i wady naszej połowicy, powiemy: ŤNie tę osobę poślubiłem, z tą nie chcę mieć już więcej nic wspólnego!ť Tak samo jeśli trzymamy się naszej religii przeświadczeni, że jest ona jako ciało doskonała,  czy przynajmniej zdecydowanie lepsza od innych, to wówczas przykład złego księdza, gorszący objaw faryzeizmu, zepsucia zdolne są uczynić z nas zaciekłych renegatów. I wystarczy następnie spotkanie z kapłanem, świętym człowiekiem innego wyznania, żebyśmy z zachwytem pobiegli do nowego kościoła, w którym poprzednio upatrywaliśmy samo zło. We wszystkich wychowaniach religijnych najgorsze, najniebezpieczniejsze być może jest to, gdy wpaja się dzieciom, wierzącym, że ciało ich religii jest doskonałe. Bóg jest doskonały. Bóg jeden jest doskonały. Cel mojej religii jest doskonały. To starczy. Moja wiara mówi mi, że w mej religii jest coś boskiego, coś doskonałego i to wystarczy, żebym był wierny i wdzięczny, żebym trwał jej poślubiony tak w dobrym jak i w złym. W euforii jak i w gorzkiej prawdzie, że nasz Kościół nie jest tak doskonały, tak piękny, jakbyśmy tego pragnęli.

Zastanówcie się nad ciałem i nad naszym pierwszym i podstawowym nauczaniem na temat ciała: nie jestem moim ciałem : ja posiadam moje ciało. Moje ciało należy  do mnie. Historyczna instytucja z jaką ja, człowiek cielesny, jestem związany, w której się urodziłem czy którą wybrałem, ta instytucja nie jest tym, co wielbię; ona jest instrumentem mego wielbienia. Moje ciało nie jest mną i nie jest moim celem, ono jest moim instrumentem.

Żadne ciało nie nienawidzi się i żaden człowiek nie nienawidzi swego ciała, chyba że jest obłąkany, i dodam: nikt nie ma prawa nienawidzieć swego ciała i szkodzić mu. Każdy ma obowiązek utrzymywać swoje ciało w dobrym stanie, wzmacniać je, oczyszczać, żywić i dbać, aby ono było w jak najszerszym zakresie  zdatne do służenia. Lecz to ciało ze swej natury ciągnie do siebie, zgodnie ze swą naturą ono pożąda i te pożądania nie są wszystkie złe i grzeszne, one są bowiem wpisane mu przez naturę, a więc nie mogą być sprzeczne z wolą Bożą. Troska o ciało, która jest obowiązkiem, zmusza mnie do pewnych postępków można powiedzieć egoistycznych, do brania, do ciągnięcia ku sobie, do obrony, które wynikają z nieuniknionych ograniczeń ciała najlepiej używanego i najlepiej strzeżonego. Mądrość radzi nam słuchać tej potrzeby, nawet jeśli ona jest mroczna.

Tak samo przynależność do określonej religii zmusza nas do aktów obronnych. Ta instytucja, którą stanowimy, nie utrzyma się całkiem sama, sama z siebie nie utrzyma się czysta. Żąda od nas pewnych wysiłków. Zobowiązuje nas do pewnych względów i pewnych sprzeciwów.

Co się tyczy naszego ciała, to powinniśmy robić to, co niezbędne, i koniec na tym.  Jako ciało Kościół wymaga, abyśmy postępowali identycznie. Musimy czynić wysiłek, aby go utrzymywać, ale tylko taki wysiłek, jaki jest niezbędny do jego utrzymania, nic więcej. Jako instytucja,  która się przeciwstawia wszystkim innym[47], brońmy jej powściągliwie. Strzeżmy się żarliwości, bojowości czy nieostrożności, nie pozwólmy, aby potężne ciało przesłoniło duszę.

Nie możemy wszakże tolerować, aby znieważano naszą religię. Nie zgodzimy się, aby jakaś władza narzuciła nam obcy kult, jak również, aby nasi współwyznawcy wywracali doktrynę i tradycję. Z pewnością będziemy zmuszeni walczyć i przysporzymy sobie wrogów. Ale czyńmy to możliwie jak najmniej, tylko w takich sytuacjach, gdy jest to naprawdę niezbędne.

Lecz nasza religia posiada również duszę. I podczas gdy ciało przeznaczone jest do bojowania, dusza do ugaszczania. Ta dusza otwarta jest na Boga i na wszystkich czcicieli Boga. Moje ciało przeciwstawia się wszystkim innym ciałom, lecz moja dusza nie przeciwstawia się żadnej duszy. Instytucja religijna, do której należę, przeciwstawia się wszystkim innym i odcina się od nich przez swe zwyczaje, tradycje, swój styl. I to musi być podtrzymywane i oczyszczane. Nie należy tego wszystkiego odrzucać, tym bardziej popełnić samobójstwo pod pretekstem, że ciało jest źródłem grzechu, więc należy je wyeliminować, gdyż w ten sposób dokonujemy rzeczy najgorszej : zbrodni. Lecz nie wzbraniajmy się przed wypędzeniem kupców ze świątyni i powiedzeniem naszym współwyznawcom: groby pobielane! hipokryci! Otrzymaliście klucze Królestwa, lecz trzymacie je schowane w waszych kieszeniach i utrudniacie innym otworzyć bramę. Bo  jest to prawda. I wiele innych ostrych słów możemy im rzec, jeżeli tylko nie zapomnimy, że sami jesteśmy jednymi z nich, grzesznikami, popełniającymi podobne błędy, podobne odstępstwa.

Uznajmy jednak za istotne to,  co jest istotne, ustawmy każdą rzecz na swoim miejscu i nic nie burzmy. Oczyszczajmy i wstawiajmy na miejsce. Lecz czy jest w Chrześcijaństwie możliwy taki zakon otwarty, otwarty na wszystko, co jest dobre, na wszystko, co jest czyste w innych religiach? Nauczanie, które by skupiło swą uwagę najpierw na wspólnym podłożu ?

Wszystko, co jest właściwe naszej religii, należy utrzymywać. Lecz to do Urzędu Nauczycielskiego Kościoła przynależy nauczanie prawd właściwych Kościołowi. Wierzymy w te dogmaty, wierzymy jak mało kto z naszych współwyznawców, lecz ich nie głosimy, gdyż czynią to inni. Często nam się zarzuca, że nie dajemy katolickich katechez, lecz jeżeli byśmy je dawali, Katolicy by nas zrugali i nie bez racji: ŤUważacie się więc za kapłanów czy teologów?ť To właśnie nie wchodząc na ich działkę, czynimy akt posłuszeństwa i poszanowania. Teologowie mogą od nas tylko wymagać, abyśmy nie przeczyli artykułom wiary, czego też nigdy nie czynimy, przynajmniej świadomie.

A więc, czy pozostaje jeszcze coś do nauczania? To tu dochodzimy do punktu ważnego. Czy w nauczaniu właściwym Arche jest coś, co nie znajduje się gdzie indziej? Tak, jest coś, co nie jest dzisiaj głoszone gdzie indziej, i to jest właśnie to, co jest głoszone wszędzie od początku świata, w różnych językach, pod różnymi formami i figurami (interpretacjami), we wszystkich wielkich tradycjach.

Ogólnie spór się toczy o sprzeczności istniejące między interpretacjami czy figurami. Jedni twierdzą, że taka prawda w ich religii jest lepiej zinterpretowana, przyswojona i wcielona w obrzędy i życie wiernych aniżeli w innych wyznaniach. Spór słowny, z którego nierzadko wytryskają strugi krwi. Dyskusja, która nie prowadzi, zdaje się, ani do zrozumienia tajemnic, ani do jedności Kościołów, ani do miłości bliźniego.

Te same prawdy są nauczane od zawsze z jakimś nastawieniem, z jakimś oświetleniem, które ożywia jedną część, a zadusza inną, ukazuje jeden aspekt, a kryje inny. Nie chcemy przedstawiać prawd religijnych jak filozoficznych systemów, ponieważ filozofowie muszą orzekać tak lub nie. My chcemy wyjść z pola dyskusji, z pola kontrowersji. Dyskusje mogą być uzasadnione w tym sensie, w jakim wszystkie wojny są mniej czy bardziej uzasadnione. W dyspucie można wsławić się równie walecznymi szarżami jak i podczas bitwy z mieczem w ręku. Waleczność jest piękną rycerską cnotą, jej owocami są zniszczenia.

Bez wątpienia są prawdy fundamentalne, które wszystkie wielkie religie potwierdzają, posługując się różnorodnymi pojęciami, a niekiedy nawet takimi samymi. Każda jednakże przychodzi ucieleśniona w ściśle zdefiniowane doktryny , w teologiczne i filozoficzne tezy, które formalnie sprzeciwiają się naszym, w praktyki, które są zakazane u nas. Tutaj nie można chować głowy w piasek,trzeba wybrać, a w wybór wpisuje się sprzeciw, sprzeciw natomiast jest usprawiedliwiony przytoczeniem argumentów i oto znów jesteśmy sprowadzeni do konieczności dyskusji. Cóż zrobimy?

Odpowiadam: Zajmiemy się najpierw Wspólnym Podłożem : wymierzymy jego głębokość, wysokość i szerokość. Poznamy jego solidność, gdyż to właśnie uważamy za najbardziej substancjonalne i zabezpieczające całość. Wobec wiernego z obcej tradycji wracać będziemy bez przerwy do tego Podłoża, aby wzmocnić porozumienie i mieć pewność, że mówimy tym samym językiem. Nie zlekceważymy tych nieprzeniknionych  prawd, wątpiąc, że one mogą być niewystarczającym oparciem dla nawiązania głębokiego braterstwa duchowego.

A cóż uczynimy z różnicami?

Wobec różnic ćwiczyć się będziemy w umysłowej dyscyplinie: zawiesić osąd.  Będziemy usiłowali  przyjąć, zrozumieć, uzasadnić rozwiązanie, jakie nasza tradycja nam narzuca ( a nie jest to zawsze łatwe), co nas nie przymusza do zamykania oczu na rozwiązanie przeciwstawne, ortodoksyjne dla innych, do zamykania się w wygodnej niewiedzy czy w dobrowolnym zaślepieniu. Będziemy poznawać obcą doktrynę, przeciwstawiając się pokusie wykazania jej fałszywości.

Wiedzmy, że w tych delikatnych dziedzinach, których rozum ani słowa nie są w stanie uchwycić,sprzeczność niekoniecznie musi być dowodem fałszu.

Aby nie być gołosłownym, wykażę to na przykładzie wiedzy najbardziej ścisłej, matematyki.

Każdy wie, że krzywa i prosta są niewspółmierne i specyficznie odmienne. Weźmy zatem dwa koła, duże i małe, i porównajmy ich krzywizny. Obwód większego będzie mniej wykrzywiony od małego i im ono będzie większe, tym bardziej jego krzywizna będzie się prostować. A czym będzie obwód koła o promieniu nieskończonym?

Linią prostą!

I ta prosta jest obwodem koła, a więc krzywizną.

Przejście i zlanie się form jednych w drugie dokonuje się w nieskończoności.

Nieskończoność, za każdym razem, gdy wchodzi w rozumowanie,  wymazuje sprzeczności i godzi przeciwieństwa.

Otóż każda religijna doktryna dotyczy boskiej nieskończoności i odpowiada na Logikę Nieskończoności.

To dlatego Nikolas de Cusa mówi o Bogu, że jest On Ťpojednaniem przeciwieństwť; w Nim się rozpływają Jasność i Tajemnica, Życie i Śmierć, Niebo i Przepaść, Tak i Nie.

Zresztą  sprzeczności, które przeciwstawiają nasze teksty i doktryny tekstom i doktrynom innych tradycji, są często nierozwiązywalne jedynie czasowo.

W żadnym języku nie istnieje święty tekst , który nie byłby wypełniony niejasnościami, pułapkami, zbijającymi z tropu wstawkami, specjalnie po to, aby uderzać, zdumiewać, mieszać szyki, aby pokazać, że to nie mędrek jakiś mówi, ale Głos Boga.

Te wielkie niepokonywalne sprzeczności mają swoje zadanie i niosą naukę: skutecznie odpierają wszystkie wysiłki rozumu, żeby  nam ukazać, iż  błąd, niewiedza, wątpliwości są ściśle związane z naszym stanem Grzechu i jedynym wyjściem z błędu, niewiedzy, wątpliwości jest wyjście z naszego stanu.

ŤBłogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będąť Nie wejdziemy w prawdę ostrząc argumenty, lecz oczyszczając serce.

Faktycznie, jakiż jest cel wszystkich religii, jeżeli nie oczyszczenie serca i wejście w prawdę?

I to tutaj nasze nauczanie, nasza dyscyplina, nasze ćwiczenia odnajdują swoje miejsce w przedsionku Świątyni jako bardzo użyteczne, jeżeli nie konieczne, wprowadzenie do wszelkiego poznania i wszelkiej praktyki religijnej.

Oczyszczenie siebie, poznanie siebie, posiadanie siebie, ofiarowanie siebie, rzeczywisty kontakt, bezpośrednie doświadczenie własnej duszy jako wewnętrznej jedności i obrazu Boga, spotkanie z Bogiem poprzez jego obraz, który  jest w nas, oto nasza metoda. Bez doświadczenia tego, wszystko,  co ludzie mówią i głoszą na temat Boga i religii, jest dyskusją ślepych o kolorach. W tym punkcie nie ma dyskusji. W ciszy wewnętrznej nie ma dyskusji. Z dyskusji wychodzą błyski i sparzenia, z ciszy wewnętrznej światło i ciepło. Swoich racji nie trzeba dowodzić słowami ani mieczem. Ten, który wszedł w ciszę wewnętrzna, nabywa wspólny język z wszystkimi tymi, którzy mówią innymi językami. Język ciszy jest wspólny.

Poznanie Siebie prowadzi do poznania Boga. ŤJeśli znałbym siebie, znałbym Ciebie[48]ť. Prowadzi do poznania innych, prowadzi do rozpoznania siebie w innych, co się nazywa miłością czy miłosierdziem. ŤKochaj innych jak siebie samego.ť  Lecz czuwaj, aby nie brać się za innego. I pracuj, aby usunąć z ciebie wszystko to, co jest inne  w tobie.[49]

Nauki, które cię tam zaprowadzą, znajdziesz w świętych tekstach twojej religii. I jest lepiej dla ciebie trzymać się tych tekstów, w których zostałeś wychowany od dzieciństwa; masz więcej szans je zgłębić.

Kiedy je zgłębisz, w zachwycie odnajdziesz je również we wszystkich wielkich tekstach ludzkości i doświadczysz cudownej jedności, przekraczającej wszelkie granice i bariery[50]

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

         OTWARCIE  I  WIERNOŚĆ

 

W religii trzeba rozważyć trzy elementy: pierwszym jest duch i osobiste, intymne życie religijne, jakiego wymaga Wiara.

Powiecie, że wiara jest łaską. Czy zatem ten, który jej nie ma, nie może wejść do Zakonu?

Odpowiadamy: wiara jest cnotą teologiczną, ona jest przede wszystkim wolą. Ten, kto nie chce wierzyć, nie wierzy; ten, kto szuka, znajdzie, gdyż wiara jest wymogiem rozumu.

Światło umysłu powinno doprowadzić do wiary. Wiara się objawia i  sprawdza  przez czyny. Pierwszymi jej czynami są modlitwa, medytacja, liturgie, doktryna, które się odbijają w całym życiu.

Poszukiwanie wiary (której nigdy nie mamy w pełni) polega na jej ożywianiu. Wyrażanie tej wiary w religijnych aktach jest jednym z obowiązków Konfratra Arche. I nie można wybrać modlitwy czy medytacji, czy liturgii, czy doktryny, gdyż praktykowanie religii, to przyjmowanie jej w spójnej całości.

Nie trzeba być erudytą czy teologiem i znać zawiłości doktryny, niemniej jest niedopuszczalne, aby wobec bluźnierstw i krytyk ludzi z zewnątrz kmieć pozostał zbity z tropu, nie wiedząc, co odpowiedzieć.

Oczywiście, najlepszą odpowiedzią jest kochać swą religię i mówić o niej wylewnie z żarem serca, lecz łatwo wtedy popaść w śmieszność. Lepiej jest być skoncentrowanym na kilku bardzo prostych prawdach.

Tradycja Religijna.  To nie my stworzyliśmy naszą religię; nigdy ona by nie była w stanie nas zadowolić, gdyby była wytworem naszego umysłu. Religijne objawienie zostało nam przekazane przez proroków, mędrców, świętych, doktorów. Byłoby zarozumialstwem twierdzić, że można obejść się bez tego wszystkiego i że religia Ťto sprawa między mną a Bogiemť.

Jeśli jest ktoś, kto mógłby tak postąpić, to tylko Jezus Chrystus, syn Boga. On bowiem wszystko wiedział bezpośrednio od samego Ojca. Lecz Jezus bynajmniej nie odrzuca tradycji hebrajskiej, wręcz przeciwnie, jego czyny, słowa, cuda są w niej mocno osadzone, a nawet w tradycjach pierwotnych.

Posiadamy wspaniałe dziedzictwo, czyż możemy pozbawiać się tych skarbów przez niewdzięczność, niewiedzę, pychę bądź przesąd?

Z pewnością Bóg może przemawiać do jednego z nas, ale On nie powie nam wszystkiego. I jakże wiedzieć, czy to pochodzi od Niego, czy może z naszej wyobraźni, i jakie to zajmuje miejsce w całokształcie? Jakże to wiedzielibyśmy, jeżeli brakowało by nam punktu orientacyjnego?

Posiadać tradycję znaczy mieć ją za plecami, opierać się na niej, a nie zamknąć się w jej wnętrzu i obracać się w kółko w środku. Lecz tradycja zawsze potrzebuje być ożywioną, wysuniętą do przodu, potrzebuje spotkania. Dzisiejsze ożywienie chrześcijaństwa jest wynikiem jego spotkania z tradycjami orientalnymi, otwarcia się na nie.

Wiecie, że Arche od swego założenia pełniła rolę takiego mostu. Wierność naszej tradycji, otwarcie się na inne. Otwarcie się  ma wartość tylko wtedy, gdy zachowana jest wierność. W jego wyniku nie może powstać jakaś bezkształtna mieszanina idei.

Oczywiście, to co przyjmujemy z obcej tradycji, musi być oczyszczone z ich form egzotycznych, zbędnych czy dziwacznych i niezrozumiałych dla nas. W nauczaniu Arche są elementy takiego godzenia, wzajemnej asymilacji, podobnie jak w innej epoce działo się to między tradycją hebrajską i grecko-rzymską.

Wyznanie . Może być kilka wyznań w jednej tradycji. Jeśli tradycja wiąże nas z przodkami, to wyznanie z braćmi w wierze. Wyznanie tworzy rodzinę i my zalecamy wszystkim naszym kmieciom wzmacniać więzy z ich współwyznawcami.

Człowiek pozbawiony więzów wyznaniowych jest całkowicie osamotniony w swej tradycji, całkowicie sam ze zmarłymi, bez oparcia, bez kontroli, bez braterskiej komunii. Brakuje tu jednego wymiaru miłosierdzia.

Powiecie mi, że wielu ludzi prowadzi głębokie życie religijne, są prawi, szlachetni, lecz nie są związani z żadnym Kościołem; być może zostali zranieni. Oni mówią: ŤNależę do tej rodziny wbrew sobie i nie czuję się tam dobrze.ť

Nauczanie Arche zaprasza ich do znalezienia sobie rodziny wyznaniowej lub do pogodzenia się z własną. ŤTak, powie mi ktoś, lecz będę hipokrytą, jeśli to uczynię bez wewnętrznego przekonania.ť

 Czy ktoś, kto znajduje się w takiej sytuacji duchowej, może wstąpić do Zakonu? Są możliwe wyjątki, gdy będą one jednomyślnie zaakceptowane przez Wspólnotę. Lecz wyjątki nie mogą być liczne, jeden, dwa, tak, lecz nie dwanaście, gdyż inaczej nasze nauczanie religijne, nasze życie religijne stanie się kalekie i nieprawdziwe. Nie istnieje kategoryczna przeszkoda wynikająca z samej zasady, lecz istnieje problem proporcji.

Zresztą surowość w tym wypadku jest równie niepożądana jak nadmierna tolerancja. Z jednakową ostrożnością należy podchodzić do kandydata na konfratra, którego religijność jest mętna i oziębła, jak i do gorliwego  wyznawcy, którego żar może zaiskrzyć fanatyzmem. Jeśli wszakże to serce płonie miłością Boga, nie można je przykręcać, gdyż Ťmiarą miłości Boga jest kochanie Go bez miaryť, mówi święty Bernard.

W apostolstwie trzeba zachować umiar i takt, gdyż ciągnąc ludzi na siłę za rękaw, zrażamy ich i rezultat okazuje się odwrotny.

Naszą uwagę przykładamy przede wszystkim do nawrócenia, którego nie rozumiemy jako przejścia z jednej religii do drugiej, lecz powrót ze stanu świeckiego do stanu religijnego. Cały nasz wysiłek apostolski powinien się skupiać na Ťowcach, które poginęły z domu Izraelať. Nawracajmy naszych współwyznawców.!

Katolicy, nawracajcie katolików, protestanci, nawracajcie protestantów, zanim wyruszycie na misje do Afryki czy Azji. A przede wszystkim nawracajcie się sami siebie, tę misję trzeba co dzień rozpoczynać.
                RÓŻE  I  LILIE,  BZY   I   FIOŁKI

 

ŤReligia chrześcijańska jest znana od początku świata; ona tylko została nazwana chrześcijańską, gdy Słowo wcieliło się w Jezusa Chrystusa.ť Uznajemy za naszą tę uniwersalną  deklarację, inaczej mówiąc katolicką, świętego Augustyna.

ŤTen, kto powołuje się na Nowy Testament, nie licząc się ze Starym, uprzedza ten sam autor, jest jak człowiek, który chce chodzić przy pomocy jednej tylko nogi.ť

Otóż Stary Testament daje nam przez Genesis objawienie tyczące początku świata.

Lecz Stary Testament ( ten Mojżesza i Izraela) jest pierwszym z paktów spisanych (ŤTestamentť znaczy Ťpakt Przymierza przekazywany z pokolenia na pokoleniať). Jednakże można przypuszczać, że były inne, pakty słowne, dane przyrzeczenia, zawarte przed wynalezieniem pisma, do czego Biblia czyni wyraźne aluzje: przymierze z Noe nie tyczyło jednego ludu, lecz wszystkie ludzkie rasy i całą przyrodę, tak samo z Adamem czyli Objawienie Pierwotne.

Przypomnijmy kilka punktów:

1. Że jedyną stroną korzystającą z Paktu są ludzie i to oni go zrywają, skąd po nieszczęściach wynikających z jego złamania zachodzi potrzeba nowego paktu.

2. Że nowy pakt nie znosi starego, lecz go odnawia i wypełnia.

3. Że pogwałcenie paktu jest częściowe. Większość zdradziła, lecz nie wszyscy; zawsze pozostaje mała reszta.

4.  Że wierni starego paktu, dla których odnowienie nie było konieczne, nie dołączają wszyscy do nowego, lecz wielu pozostaje w starym testamencie. W wiernych nowego przymierza wzbudzają  podziw bądź odrazę.

5. Oni z kolei, wierni staremu przymierzu, bądź oddają hołd nowemu prawu, nie wiążąc się z nim, bądź nim pogardzają, uważając się za depozytariuszy tajemnej tradycji, której motłoch nie jest godzien. Odprawiają  swe obrzędy w grotach czy prześladowani zamykają się w gettach. Tam, gdzie są mniejszością, tworzą społeczności sekretne, gdy stanowią większość, patrzą na braci, którzy ich opuścili, jak na zabłąkanych lub zaprzańców.

Różnice, jakie powstają między nimi, są powodem do wysokiego mniemania o sobie, tak dla jednych jak i drugich, i to oczywiście rodzi wzajemną wrogość i prowadzi do zapominania tego, co jest ich wspólnym podłożem.

Wróćmy więc do najdalszych korzeni:

 

 

 

ADAM

 

Jeśli Religia jest stosunkiem człowieka do Boga, to religia Adama była synowska. Został stworzony na obraz i podobieństwo Boga, był odblaskiem boskiego światła. Jedyny spośród stworzeń posiadał świadomość zdolną odpowiedzieć Świadomości Bożej.

Faktycznie, Bóg schodzi do Raju na poufałe z nim rozmowy. Osobiście go uczy czy ukazuje mu, co on sam z siebie wie; na przykład, że umie nazywać  zwierzęta, a nazwać znaczy uchwycić istotę żywego bytu. Jego wiedza nie jest rezultatem studiów : jest to łaska Boga włączona w jego naturę.

To poznanie, będące jednością w świetle, on traci w wyniku Grzechu, przehandlowuje je za Ťpoznanie-dobra-i-złať, które my odziedziczyliśmy, poznanie rozdwojone i wątpliwe, zewnętrzne i niepełne. Kontakt z Bogiem możliwy się staje już tylko w ciemnościach wiary.

Znamienne jest, że Adam, w pełni obdarzony boskimi darami, nie modli się, nie dziękuje, nie składa ofiar. Czy dlatego, że nie miał potrzeby takich aktów, które dla nas religią? czy też właśnie z powodu swojej niewdzięczności upadł?

 

SET

 

Po Upadku duch ludzki stacza się w barbarzyństwo i człowiek powierza  swój los czarownikom, którzy czerpią moc od demonów i zmarłych, bądź umiejąc  ich obłaskawić, bądź wręcz podporządkowując ich swej woli i nimi się posługując.

Albo też wznoszone są potężne cywilizacje wsparte na przemocy, przebiegłości, nadużyciach i w konsekwencji przeznaczone na runięcie w ogniu i krwi; ludy zapominają  swego Stwórcy i  oddają się bałwochwalstwu, kultowi  mocy przyrody. Cudowne moce natury usiłuje się uczynić łaskawymi i wykorzystać dla swych celów, lecz bezskutecznie, gdyż uznawane są za bogów i podchodzi się do nich nabożnie, z modlitwami i ofiarami. Dopiero później człowiek potraktował je naukowo, z lupą i probówką, i częściowo ujarzmił żywioły, zamykając je  podstępem w mechanicznych pułapkach. Lecz gra jest prowadzona z silniejszym i natura się mści.

Światłość ludzi przyszła, lecz ciemności jej nie przyjęły i poganie uzbrojeni wyzwolonymi z atomu mocami dalej wiodą świat, ku coraz już bardziej realnej zagładzie.

Jednakże tradycje mądrości przetrwały u wszystkich ludów, najczęściej przekazywane sekretnie.

Set jest według Biblii najstarszym depozytariuszem dziedzictwa adamowego i wiedzy życia.

Wspaniałość, przepych, zepsucie, zbrodnie Historii mają najczęściej ukrytą przeciwwagę w mądrości i świętości. Wymieńmy niektóre:

Misteria egipskie,

Astrologia chaldejska,

Upaniszady, wedy, hinduska joga,

chiński Tao i Yi-King,

Zen tybetański.

U nas Misteria orfickie,

wyrocznia delficka, przepowiednie sybillińskie,

szkoły Pitagorasa, Platona, Plotyna, Gnoza aleksandryjska.

Być może Templariusze, Katarzy, Alchemicy,

i budowniczy katedr rzymskich i gotyckich,

mistycy islamscy (sufi).

Zaczyna się dzisiaj odkrywać mądrość Czerwonoskórych i znaczenie obrzędów w czarnej Afryce.

Być może dzisiaj nawet u nas...

Wróćmy do Biblii:

 

HENOCH

 

Siódmy Patriarcha po Adamie. ŤOgólna liczba lat życia Henocha: trzysta sześćdziesiąt pięć. On zresztą nie umarł, ale został uniesiony w chmurze i Bóg go schował przy Sobie.ť

Jak Eliasz, jak Jezus zmartwychwstały, jak Dziewica Maryja, zgodnie z dogmatem o Wniebowzięciu.

Posiadamy abisyńską wersję księgi apokryficznej jemu przypisywanej (apokryficzny nie znaczy fałszywy  lecz ukryty). Prorocka księga niezwykłej piękności.

ŤOto chmury mnie wezwały i popłynąłem w powietrzu z nimi.

One mnie uniosły na wysokość niebios.

Wszedłem i znalazłem się przy murze zbudowanym z kryształów  lodu.

Języki ognia otoczyły mnie i zbliżyłem się do wielkiego domu. Jego dach był jak gwiezdna droga, cherubini z ognia na nim czuwali.

A jego dach był z wody.ť

                                                   Księga Henocha XIV,8.

 

Obchodzi niebiańskie domostwo i podziwia. W przepaściach odkrywa miejsce pobytu upadłych aniołów.

Gwiazdy uwięzione w swych orbitach płoną z powodu swych win.

Odnajduje Raj i Drzewo Życia.

Wreszcie przybywa do Wielkiej Chwały, do Tronu z ognia otoczonego siedmioma Archaniołami.

Henoch jest Prorokiem sekretów Stworzenia.

 

 

 

NOE

 

ŤKiedy zaś Pan widział, że wielka jest niegodziwość ludzi na ziemi, żałował, że stworzył ludzi na ziemi i zasmucił się. Tylko Noego Pan darzył życzliwościąť.

Księga Mądrości  sławi Ťjego sprawiedliwośćť.

List do Hebrajczyków  jego Ťbojaźń Bogať.

Drugi List Piotra  nazywa go Ťgłosicielem Sprawiedliwościť.

Klemens z Rzymu: ŤNoe wzywał do pokuty i ci, którzy go posłuchali, zostali zbawieniť.

Budować wielki statek na szczycie wzgórza, daleko od brzegu morza, daleko od rzeki, było wyzwaniem zdrowemu rozsądkowi. Bez wątpienia ludzie z okolicy schodzili się wieczorami, aby się zabawić tym widowiskiem.

Ach! stary wariat i jego durni synowie, patrzcie  jak się pocą, jak tną, jak smołują, jak harują!  Ha, ha! Patrzcie ich! Co za idioci!

Wydaje mi się, że wciąż słyszę ten śmiech. Słuchajcie dobrze, to prawda, on rozbrzmiewa do dzisiaj.

Oto czym jest akt prorocki. Zapowiedzią Dnia Pańskiego.

Także Amos, Izajasz, Jeremiasz, także Ewangelia głosi koniec czasów i powrót w chwale Syna Człowieczego; także Apokalipsa Jana.

Ť Dzięki Noemu i jego profetycznemu potomstwu nigdy nie brakowało na ziemi ziarna sprawiedliwościť (Jan Danielou).

 Po Potopie, Bóg powiedział:

ŤJa, Ja zawieram przymierze z wami

i z waszym potomstwem, które po was będzie;

z wszelką istotą żywą, która jest z wami: z ptactwem, ze zwierzętami domowymi i polnymi, jakie są przy was, z wszelkim zwierzęciem na ziemi.

Zawieram z wami przymierze, tak iż nigdy już nie zostanie zgładzona wodami potopu żadna istota żywa i już nigdy nie będzie potopu niszczącego ziemięť.

Po czym Bóg dodał: ŤA to jest znak przymierza, które Ja zawieram z wami i każdą istotą żywą, jaka jest z wami na wieczne czasy:

Łuk mój kładę na obłoki, aby był znakiem przymierza między Mną a ziemią.

A gdy rozciągnę obłoki nad ziemią i gdy ukaże się ten łuk na obłokach, wtedy wspomnę na moje przymierze, które zawarłem z wami i z wszelką istotą żywą, z każdym człowiekiem; i nie będzie już nigdy wód potopu na zniszczenie żadnego jestestwa.

Gdy zatem będzie ten łuk na obłokach, patrząc na niego, wspomnę na przymierze wieczne między mną a wszelką istotą żyjącą w każdym ciele, które jest na ziemiť.

Rzekł Bóg do Noego: ŤTo jest znak przymierza, które zawarłem między Mną a wszystkimi istotami, jakie są na ziemiť. (Rdz. 9, 9-17)

W tych dziewięciu wersetach słowo przymierze  powtarza się siedem razy.

Już zresztą na końcu rozdziału VIII Bóg rozciąga swój pakt między niebem i ziemią:

ŤBędą zatem istniały, jak długo trwać będzie ziemia: siew i żniwo, mróz i upał, lato i zima, dzień i nocť.

Te słowa przywołują myśl Gandhiego o ślubach (śluby i przymierze są tym samym):

 ŤPowrót słońca każdego ranka są wspaniałym znakiem wierności Stwórcy wobec swych ślubów.ť

Historia Noego jest nowym potwierdzeniem jedności ludzkiej rodziny. Wszystkie gatunki znikły z wyjątkiem tych uratowanych w Arce, a rasy ludzkie rozwinęły się z trzech braci, Sema, Chama i Jafeta. Nic nie jest powiedziane o ludach z Ameryki i Australii, gdyż były one nieznane autorowi tekstu. Lecz dzień się zbliża, kiedy zostanie dowiedzione ich pokrewieństwo, wzajemna łączność,żywe  kontakty w epoce, gdy istniała Atlantyda i inne zaginione kontynenty. Rozpoznajemy już zresztą pokrewieństwo symboli i legend, jak choćby Potopu, który odnajdujemy u Hindusów, Chińczyków, Czerwonoskórych.

Ofiara złożona Bogu przez Noego po ustaniu potopu jest wspólnym korzeniem wszystkich religii, mądrość Noego, jego znajomość sekretów przyrody, bezpośrednia łączność z wszystkimi bytami nie człowieczymi, natychmiastowe posłuszeństwo poleceniom Stwórcy stanowi źródło wszystkich tradycji mądrościowych. Mistyczne upojenie.

Jafet:  Skąd wiesz to wszystko?

Sem:   Dzisiaj, wczesnym rankiem

      Ojciec mnie przywołał i powiedział mi.

Jafet:  Lecz on, skąd się dowiedział?

Sem:    On poszedł na wzgórze,

         Zapytał skarabeusza,

         Zieloną jaszczurkę i zaskrońca,

         Zapytał kamieni, —

         Później medytował

         Pytał się wielkiej ciszy.

         To w ten sposób się dowiedział.

                                            (Noe, Akt I, scena VIII[51]

I  gdzie indziej:

Sem:  Lecz jak posiąść tę łagodność

         Silniejszą od mocy

         Ażeby trwać zawsze

         Na Ziemi Życia?

Noe:  Wiedzieć, że tylko Jeden jest,

         Gdyż być to być jednym,

         Powiedzieć nie tylko;

         Jest jeden Bóg,

         Lecz powiedzieć jeszcze: Jeden jedyny jest Bogiem.

         Powiedzieć nie tylko:

         Jest jeden Bóg,

         Lecz powiedzieć jeszcze: Byt jest Bogiem,

         Jeden, Jedyny i Ten Sam.

         I powiedzieć:  Jest tylko Jeden,

         Zatem wszystko co jest jednym

         Jest w Nim,

         I wszystko co się jednoczy

         Wraca do Niego.

         Poznać się, siebie samego,

         I wiedzieć, że jest się Jednym.

         Zjednoczyć się z sobą, żeby kochać Boga

         I modlić się do Niego ciszą.

         Zjednoczyć się z drugim, kochać.

         Kochać go jak siebie samego,

         I odnaleźć w nim jak w sobie samym

         Tego Samego, Jednego, Jednego który jedyny jest!

         Wejść w komunię z Życiem

         Ponieważ Życie jest jedno i Bóg jest Życiem

         Namacalnie obecny w każdym życiu.

         Umieć umierać, umieć nie zabijać,

         I wybierać śmierć aniżeli morderstwo:

         Umieć umrzeć, tak, z miłości dla życia.

         Rozwiązywać i roztapiać, a nie łamać,

         Jednać, nie panować,

         Rozkazywać nie, lecz radzić,

         Przekonywać raczej aniżeli pokonywać,

         Jednoczyć przeciwieństwa tak jak w roślinie

         Ogień i woda łączą się w zielonym płomieniu.

         Idź, czyń tak, mój synu, a żyć będziesz!

                                                   (Noe Akt I, scena XVI)

 

 

 

 

 

DANEL

 

Król chananejski sprzed przybycia Izraelitów do Ziemi Obiecanej.

Bóg mówi przez usta Ezechiela:

ŤGdyby jakiś kraj zgrzeszył przeciwko Mnie i gdybym wówczas wyciągnął rękę przeciwko niemu, i zesłał głód, wyniszczył ludzi i zwierzęta i gdyby tam byli owi trzej mężowie: Noe, Danel i Hiob, to tylko oni, dzięki sprawiedliwości swej, ocaliliby życie swoje.ť Żaden z tych trzech nie należy do potomstwa Abrahama : oni są z Pierwszego Przymierza i ukazani jako przykład.

Noe, Danel, Hiob, jak również Lot, pośród grzesznego świata skazanego na zniszczenie, jedyni unikają zagłady, a ludzkość jest uratowana przez nich — lecz ze wstawienniczą modlitwą Abrahama za Sodomę objawia się zbawcza moc Sprawiedliwego, która ocala tłumy winnych. Ta modlitwa jest powtórzona w Noe, w akcie III.

Odwołuję się, Panie, do twej sprawiedliwości!

W niezliczonych tłumach,

Które wypełniają ulice i place Henoch,

Z pewnością znajduje się pięćdziesięciu sprawiedliwych.

Jeśli, Panie, znajdowałoby się pięćdziesięciu sprawiedliwych,

Czy byłoby słuszne

Zniszczyć ich wraz z innymi?

Tak, odpowiadasz, tak, dla pięćdziesięciu sprawiedliwych

Ty ocalisz Henoch od zguby

I Gog i Magog, i Świat.

Lecz jeśli by się znalazło dwudziestu

Tylko, nie lepiej byłoby

Uratować świat z tymi dwudziestoma,

Aniżeli unicestwić dwudziestu razem ze światem?

Tak, odpowiadasz, dwudziestu sprawiedliwych wystarczyłoby,

Żeby podtrzymać Świat.

Lecz jeśli znalazłoby się dziesięciu.

Tylko dziesięciu, niewidocznych w tłumie,

Ty, czy Ty byś ich nie dostrzegł?

Lecz modlitwa nie jest wysłuchana, gdyż nie znajduje się ani dziesięciu, ani jeden : Henoch czeka zagłada, jak później Sodomę i Gomorę.

 

 

ABRAHAM

 

I oto doszliśmy do Abrahama i Przymierza Biblijnego ze swymi rozgałęzieniami:

 

Izrael                                                                               Izmael

i Prawo Mojżeszowe                                           i Islam

                                                           Jezus

                                                 i Chrześcijaństwo

Teologia, filozofia, nauki Ojców Kościoła greckich czy łacińskich są wypełnione biblijnymi cytatami. Liturgia również bez nich obyć się nie może, jak i sztuka chrześcijańska.

A to dlatego, żeby potwierdzić z mocą, iż nowe Przymierze nie znosi poprzedniego, gdyż Słowo Nieśmiertelnego i jego zaprzysiężone pakty obowiązują zawsze.

Tak samo Przymierze ustanowione z Abrahamem i z Izraelem nie znosi Przymierza zawartego z Noe i uniwersalnej religii z nim związanej.

 

MELCHIZEDEK

 

Naprzeciw Abrahama, w dniu jego zwycięstwa nad kacykami z Sodomy, wznosi się postać Melchizedeka, większa i bardziej tajemnicza od ojca narodu żydowskiego. Melchizedek, Melchi (Król) Tsedek (Sprawiedliwości), Król Pokoju.

On jest nazwany ŤNajwyższym Kapłanemť i według Psalmu 109 ŤKapłanem Wiecznymť.

List do Hebrajczyków  czyni z niego figurę Chrystusa, o którym jest powiedziane: Ťkapłan na wzór Melchizedekať.

Podczas ofiarowania Chleba i Wina w trakcie mszy przywołuje się jego imię wraz z Ablem i Abrahamem.

Trudno nie dostrzec tu więzi z Ostatnią Wieczerzą i Jezus zapewne  o nim myślał w tamtym momencie.

Nie wiadomo, skąd pochodzi i dokąd idzie? ŤKtóż może znać jego ród?ť

Jego Bóg jest Niewysłowiony, Nieskończony, Wieczny, jego religia uniwersalna i wszystkie wyznawane religie bezpośrednio czy pośrednio z niej wypływają.

Sam Abraham potwierdza tę zależność i składa mu dziesięcinę ze wszystkich swych dóbr, w zamian za co otrzymuje błogosławieństwo.

                                                               

 

HOŁDY   I  ŚWIADECTWA

 

Warto w związku z tym przypomnieć hołdy i świadectwa, jakie różne tradycje składają sobie wzajemnie. 

Abraham płaci daninę Melchizedekowi.

Królowa Saba ofiarowuje złoto i kadzidło Salomonowi.

Jan Chrzciciel, syn Świątyni Jerozolimskiej, ogłasza Jezusa ŤBarankiem Bożym, który gładzi grzechy światať i sam następnie dalej naucza i chrzci w Jordanie.

Magowie ze Wschodu przywożą Dzieciątku Jezus złoto, kadzidło i mirrę, po czym Ťinną drogą udają się do swej ojczyznyť.

Jezus świadczy, że nie przyszedł znieść Prawo Mojżeszowe, ale je wypełnić.

Wydaje się, że to wbrew jego ludzkiej woli, Ewangelia została przyjęta w świecie pogańskim, a nie w Izraelu, który trwa w oczekiwaniu.

Co nie znaczy, że Lud wybrany nie ma już racji bytu albo że łaska Boża go opuściła. Ich tradycja, Kabała, przypowieści Rabinów zawierają skarby mądrości. Zachowana  poprzez tyle wieków prześladowań wierność  musiała wydać owoce o nieocenionej wartości.

 

 

ISLAM

 

Mówiliśmy o hołdach i świadectwach jakie religijne tradycje sobie nawzajem świadczyły. Trudno byłoby zacytować wszystkie złożone przez Mahometa i Islam Abrahamowi oraz ŤLudziom Księgiť (Żydom i Chrześcijanom}.

Janowi Chrzcicielowi, zwanemu Yahya.

Jezusowi (Isha), synowi Dziewicy Maryi.

Ich tradycja podaje wiele pereł mądrości, wyrażonych w sentencjach, przypisywanych Jezusowi (ŤDuchowi Allahať), wiele sentencji i zdarzeń, których nie ma w Ewangeliach.

Czas nadszedł, abyśmy złożyli im hołd wdzięczności. Przypomnijmy sobie wszystko, co myśl religijna naszego Średniowiecza czerpie  z Awicenny i z Awerroes, wszystko, co Trubadurzy zawdzięczają arabskiej liryce, a mistyka chrześcijańska mistykom islamskim, począwszy od Błogosławionego Raymond Lully, ich nieprzyjaciela i ucznia zarazem.

Tradycja islamska historycznie jest świeższej daty aniżeli nasza, lecz w ludzkiej świadomości jawi się bardziej oddalona w czasie, wyrasta bowiem ze Starego Testamentu, a nie z Nowego.

 

 

KATOLICY, PROTESTANCI, PRAWOSŁAWNI

 

Wreszcie, Bogu dzięki! Pojednanie, na które tak długo czekaliśmy, dokonuje się na naszych oczach. Nie tylko walki i klątwy zanikły, ale nawet dysputy. Mnożą się natomiast spotkania międzywyznaniowe.

Wspólne modlitwy spontaniczne, zwane charyzmatycznymi, prowadzone są raz przez pastorów, raz przez księży, przez zakonników i przez świeckich, a Duch święty tchnie i spala odwieczne bariery, które dzieliły chrześcijan i rozdzierały Ciało Chrystusa.

Lecz czas nadchodzi, gdy spłoną bariery między chrześcijanami i innymi.

 

 

HINDUSI

 

Gdzież ich usytuujemy, jeżeli nie w pniu adamowym i noetycznym, skoro oni odwołują się do Manou, Pierwszego Człowieka, którego Ryba Wisznu umieściła w Arce?

A co im zawdzięczamy?

Trzy rzeczy:

1. Jogę, czyli Jedność w ciszy.

2. Poznanie Siebie, klucz do świata wewnętrznego i wszelkiej substancji, do Jedynego, poznawanego od wewnątrz.

3. Non-violence, czyli drogę Pokoju.

 

 

 

JAN  CHRZCICIEL

 

Łącznik między trzema biblijnymi religiami. Uniwersalna figura ascety.

Dlaczego, jeśli podążamy za Chrystusem, mamy odwoływać się do Jana Chrzciciela, który Go poprzedza i jest mniejszy aniżeli On?

— Ponieważ Ewangelia uczy nas umieścić na progu tę lampę, która płonie i świeci. Ponieważ on przygotowuje do drogi, na którą nie wchodzi się bez Chrztu i bez Nawrócenia. Ponieważ nawrócenie zawsze trzeba odnawiać.

Musimy wejść w nawrócenie za każdym razem, gdy zgrzeszyliśmy, a któż z nas śmie twierdzić, że jest bez win?

Religijną misją Arche jest skierowanie ku nawróceniu czyli przejściu ze stanu świeckiego do religijnego, lecz nie z jednej religii do drugiej.

Wzywamy każdego człowieka do wierności i pogłębiania własnej religii oraz do otwarcia się na inne.

Wzywamy do pojednania religijnych rodzin  — nie do podporządkowania się jednej.

Długa historia bratobójczych walk, które nie doprowadziły do ustalenia się jednego kościoła w świecie, gdyż wciąż kwitną na ziemi rozliczne religie, każda o ogromnych bogactwach duchowych, skłania do przypuszczenia, że Bogu, który jest ponad wszystkimi imionami i wszystkimi formami, podoba się być czczonym pod różnymi imionami i pod różnymi formami przez różne ludy.

Co wcale nie znaczy, że wszystkie religie są równe.

Lecz rozważmy, że  Stwórca, w swej wspaniałomyślności i dobroci, napełnił świat niezliczonymi gatunkami, z których jedne przewyższają inne; jednakże wszystkie posiadają swoją wartość, a ich różnorodność jest wartością także.  Bóg nie usunął z powierzchni ziemi robaków i płazów, gdy powoływał do życia  ptaki, ssaki i człowieka. Człowiek zresztą bez zwierząt i roślin nie mógłby przetrwać.

Róża może i jest najpiękniejsza z wszystkich kwiatów, ale to mi bynajmniej nie każe pluć na lilię, łamać bzy i deptać fiołki, konwalie i stokrotki.

                                                                                    Święty Jan 1974


O  ŚWIĘCIE

 

Na Początku było Święto. To poprzez Święto Duch zaczyna się objawiać pośród ludzi. Ze Święta wyłoniły się ludy, one powstały w dniu święta; ich byt opiera się na Święcie.

Każde święto jest świętem Jedności, to znaczy Boga.

Ze Święta zrodziły się filozofia, wiedza i wszystkie sztuki, nie mówiąc o polityce, będącej wiedzą i sztuką łączenia ludzi w lud i prowadzenia go.

Lud jest tylko wtedy, gdy jest jeden, i święto jest celebracją  Jedności. I Bóg jest Jeden, czy raczej Jeden jest Bogiem. Każde Święto zatem jest ofiarowane Bogu.

Powiedziałem, że ze święta rodzą się filozofia i wiedza. Faktycznie, święta nie obchodzi się obojętnie gdzie i obojętnie kiedy. Żeby określić miejsce i czas święta, trzeba spytać gwiazd. To w ten sposób  powstała  wiedza natury : przez obserwację pór i utworzenie kalendarza. Kalendarz, który dla nas stanowi  pospolitą rzecz, wieszaną na gwoździu w kuchni czy przedpokoju, jest dziełem wielu pokoleń, sumą niezliczonej ilości obserwacji przekazywanych i poprawianych  na przestrzeni stuleci.

W ten sposób zrodziła się astronomia, czy żeby lepiej powiedzieć astrologia, gdyż astronomia jest pół-wiedzą, astrologia natomiast wiedzą kompletną : wiedzą gwiazd powiązaną z postawą ludzi i przeznaczeniem ludów. Jej zadaniem jest więc wyznaczenie świąt w istotnych punktach roku, w dniu przesilenia i zrównania słonecznego oraz w punktach pośrednich. Każda z tych dat otwiera jakiś cykl i święto ma zapewnić łaski na ten okres : będzie to czas siewu, czas żniw, czas wejścia w wojnę czy w związek małżeński... Nie można się pomylić, nie można zlekceważyć gwiazd! To byłoby sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem. Należy otworzyć nowy cykl w sposób godny: godny, słuszny i zbawczy, jak głosił kiedyś kanon mszy.

To dlatego wiedza jest niezbędna : trzeba wiedzieć, że od gwiazd, a w szczególności od słońca, zależą pory roku, wiatry, deszcze. Stąd wynika cała wiedza natury, która najpierw nazywa się Ťmitologiąť.

Mitologia jest to poznanie sił natury, które uważa się za bogów, ich rodzin, ich miłości, ich potomstwa i ich wojen. To co nazywamy dzisiaj Ťprzyczyną i skutkiemť, w zamierzchłych czasach nazywało się Ojcem i Synem. Jupiter na przykład jest ojcem Nimf, ponieważ do niego, jako do Króla Nieba, należy deszcz, a z deszczu pochodzą źródła, czyli Nimfy. To jasno dowiedzione i w ten sposób idzie się dalej...

Dzisiaj stworzyliśmy matematyczne i fizyczne formuły cyfrowe, niegdyś również używano cyfr, lecz one były upoetycznione, w rytmie wiersza. Poezja bowiem jest tylko innym sposobem operowania cyframi.

I z tych mitologii powstaje filozofia oraz poezja, gdyż poezja służy najpierw do opowiadania historii bogów czy ludzkich herosów, którzy stali się bogami.

Wielcy bogowie żywiołów i małe ludzkie bogi, którzy zawsze mieli kontakt z sobą.

I to pobudza do refleksji. Gdzie jesteśmy?  Skąd przychodzimy?  Dokąd idziemy? Kim jesteśmy, że bogowie zajmują się nami, że jesteśmy Ťniewiele mniejsi od bogówť, jak mówi Biblia? Jednakże, jesteśmy śmiertelni. Śmiertelni, śmiertelni, śmiertelni...! Czy to możliwe?  Nie, nie, z tym się nie można pogodzić, to niemożliwe, to potworne!  To przede wszystkim musi być nieprawdziwe: życie jest, a co jest, nie może przestać być. A więc śmierć jest tylko zmianą. Jest to zmiana sytuacji, jest to zmiana stanu. Jest to po prostu powrót życia do Życia i powrót duszy, która jest wcielonym bogiem, do Boga. Począwszy od tego rodzi się metafizyka. W ten sposób religia rozwija się, kwitnąc cnotami i pogłębiając poznanie.

To dotyczy nie tylko człowieka, również całego ludu. Ludzie skupiają się w plemionach, to znaczy w rozszerzonych rodzinach, dzięki czemu mogą stawić czoło groźnej przyrodzie, jak i nie mniej groźnym innym rodzinom. Na miejscu rodziny naturalnej, która się składa z ojca, matki i dzieci, mamy wielką rodzinę rodzin, która w swej strukturze musi odtworzyć troistość rodziny naturalnej: funkcję ojca, matki, dzieci. Konieczny jest ojciec wszystkich rodzin. Przechodzimy w ten sposób do ustroju patriarchalnego. Normalnie najstarszy syn zajmuje pozycję ojca i staje się ojcem nie tylko swych synów, także swych braci, kuzynów, wszystkich tych, którzy stali się domownikami rodziny, którzy wtopili się w nią przez małżeństwo czy też oddali się pod jej protekcję.

Integracja nie zawsze jest łatwa. Sukcesja nie zawsze zapewniona. Ten, który z urodzenia przeznaczony jest na Ojca, może być chorym, szaleńcem, idiotą, niezdolnym do tej funkcji. Kto wtedy zajmuje jego miejsce?

Może być także zbyt dyktatorski, zbyt uciążliwy. Wielu będzie usiłowało usunąć go i objąć dowodzenie, dojdzie więc do walk wewnątrz plemienia i władzę pochwyci ten, który okaże się najsilniejszy czy najprzebieglejszy. Albo też wódz zostanie wybrany większością głosów.

Łączenie z innymi rodzicami odbywa się zwykle przy użyciu siły. Potężna rodzina podporządkowuje sobie inne. Tak powstają królestwa i Ojciec całości nazywa się Królem.

Przez to wszystko, chcę powiedzieć, że jedność tych grup, niezbędna do ich przeżycia, jest rzeczą trudną. A już niezwykle trudną, gdy nie mają  więzów krwi, tej samej rasy, tego samego języka i za plecami tej samej historii. Żeby zjednoczyć tak różnorodnych ludzi, trzeba coś mocniejszego aniżeli krew i zwyczaje : Ducha. A jak im tchnąć tego samego ducha?

To oczywiste, poprzez święto!

Wiem, że są pomiędzy wami młodzi, którzy chcą założyć wspólnoty, to taka moda dzisiaj. Z pewnością nic nie założą, jeżeli nie umieją świętować. Dla utrzymania wspólnoty potrzeba pracować, to prawda. Lecz jeśli umiecie harować, a nic po za tym, jeśli jesteście jak ptaki bez skrzydeł i głosu, to wasza wspólnota upadnie pod własnym ciężarem.

Wspólna praca was łączy, to prawda, lecz święto łączy was o wiele bardziej. I trzeba, żeby ci sami pracowali i świętowali, a nie żeby jedni świętowali, podczas gdy inni pracują. Trzeba zresztą, żeby wszyscy świętowali : nie ma większej zbrodni jak zaniedbać Święto!

Kościół katolicki to wie, gdyż on opuszczenie Mszy uważa za grzech śmiertelny, śmiertelny!

Pracować w niedzielę : grzech śmiertelny!  Jak to! Jesteś wezwany do uczestnictwa w święcie, a ty zajmujesz się dalej twoimi drobnymi sprawami!  Zdrajca! Zdrada całego świata!

ŤAch, jestem chory.ť ŤAch, straciłem mą matkę.ť ŤAch, jestem nie w humorze.ť Mniejsza z tym! Nic o tym nie chcemy wiedzieć i ty sam zapomnij wszystko. Chodź świętować. Gdyż będziemy robić dwie rzeczy nieskończenie ważniejsze: reprezentować i upamiętniać.

Święto jest świętem obecności Boga pośród nas, jest to upamiętnienie  naszego powstania, jest to przypomnienie naszej racji bycia. Naszej racji bycia i naszej racji Ťbycia razemť.

Naszej racji bycia, ponieważ zwracamy się do Boga, który nas stworzył, i naszej racji bycia razem, ponieważ to Bóg, czyli Jedność, sprawił, że jesteśmy tą rodziną czy tą wspólnotą, czy tym ludem. Jeden, jest to Bycie. To, co jest rozproszone, co jest wielorakie nie jest, lecz rozwiewa się w nicość.

Potężnym środkiem tworzenia jedności, zasypywania przedziałów, wymazywania uraz, zapominania trosk o przyszłość jest przygotowanie do święta. Wszystkie religie praktykują oczyszczenie się z win, pojednanie, refleksję. Odbywają się czuwania, ablucje, kąpiele, spowiedzi, rozgrzeszenia, rekolekcje, pokuty osobiste i publiczne. Dlaczego?  Żeby się przygotować.

A potem idziemy na Święto, ustrojeni i przebrani w kostiumy, gdyż przestaliśmy być małym ja-ja-ja i nałożyliśmy na siebie szatę światła. Wejdziemy w entuzjazm. Entuzjazm jest słowem, które znaczy, że Bóg jest w nas. Bóg jest w nas i to widać. To dlatego zakładamy nasze piękne ozdoby, kolorowe habity, korony czy pióropusze, gdyż przybieramy figurę boga. Wszyscy czy jeden z nas, czy kilku, wytypowani do szczególnej celebracji.

Święto jest to obecność Boga pośród nas i jest to obecność nas przed Bogiem. Jest to rodzaj aktu miłości, ślub ludu ze swoim Bogiem. Każdy ślub jest świętem i każde święto jest ślubem; ślub jest rozkwitem życia, wyzwaniem rzuconym śmierci: z naszej jedności wyskoczy iskra życia, ta iskra zwycięży śmierć. Wyrzekniemy się nas samych, żeby wejść w życie wieczne. To właśnie jest Świętem.



 

            VII. MODLITWY

 

 

 

WSPÓLNOTOWE  MODLITWY ARCHE

 

 

MODLITWA   OGNIA

 

Jesteśmy wszyscy przechodniami i pielgrzymami. Rozpalmy więc ogień na skrzyżowaniu w imię Nieśmiertelnego.

Zamknijmy koło i uczyńmy świątynię na wietrze.

Uczyńmy świątynię z tych murów ulotnych.

Albowiem czas nadszedł wielbić Boga w duchu i prawdzie.

Dziękować Mu w każdym miejscu i w każdym czasie.

Połóżmy kres czasowi, zewnętrznym ciemnościom środek i stańmy   obecni w teraźniejszości.

W tej teraźniejszości, którą na próżno goniliśmy w naszych dniach, gdyż ona była daleko od nas, kiedy była.

Oto ona, przed naszymi oczami i w naszych sercach, oto teraźniejszość.

Ogień jest to teraźniejszość, która płonie i świeci, jest to teraźniejszość, która się modli.

Ogień jest to ofiara tego, co płonie, żar życia i radość oczu.

On jest śmiercią rzeczy martwych oraz ich powrotem do światła.

Ogniu radości! 

Cierpienie i radość, jedno w drugim.

Miłość, jest to radość w cierpieniu.

Ogień jest życiem i śmiercią, jednym w drugim. Pozór, który się spala, i substancja, która się pojawia.

Śpiewajmy uwielbienia w języku ognia, oczywistym i jasnym dla wszystkich ludzi.

A wy, którzy przechodzicie szlakiem Czterech Wiatrów, przystąpcie do koła i podajcie nam ręce.

Tchnij w nas, Panie, żeby nasza modlitwa uniosła się w płomieniu.

Żeby nasze serce z drewna i kolców, jego chybotliwa iskierka życia usłużyła choć troszkę w szerzeniu twojej chwały.

                                                                          AMEN.

 

 

 

 

O BOŻE  PRAWDY

 

                                                                   O Boże prawdy

Którego różni ludzie nazywają różnymi imionami,

Lecz któryś jest Jeden, Jedyny i Ten Sam,

Który jesteś Tym-który-jest

Który jesteś we wszystkim, co jest

I w jedności wszystkich tych, którzy się jednoczą,

Który jesteś na wysokości i w otchłani,

W nieskończoności niebios i w cieniu serca

jak malutkie ziarenko.

 

Wychwalamy Cię, Panie, że nas wysłuchujesz,

Ponieważ ta modlitwa jest już wysłuchana,

Gdyż zwracając się razem do Ciebie,

                                   Unosimy naszą wolę, oczyszczamy nasze pragnienia

I jednoczymy się.

 

A o cóż jeszcze moglibyśmy prosić, jeżeli to jest spełnione?

Tak, o cóż innego prosić, jak tylko o łaskę, żebyśmy tak trwali, O, Wiekuisty,

Przez cały dzień i całą noc,

Żebyśmy Cię kochali na tyle, aby kochać tych, którzy Cię kochają

i wzywają tak jak my,

Na tyle, aby kochać tych, którzy modlą się do Ciebie, ale inaczej,

Na tyle, aby pragnąć dobra dla tych, którzy życzą nam zła,

Na tyle, aby pragnąć dobra dla tych, którzy ciebie nie znają czy się Ciebie zapierają,

Dobra powrotu do Ciebie.

 

Daj nam zrozumienie twojego Prawa, Panie,

Szacunek wypełniony podziwem i miłosierdziem do wszystkiego, co żyje,

Miłość nie podszytą nienawiścią,

Siłę, radość i pokój.

                                                                          Amen.

 

 

 

 

 

 

 

 

ŚWIĘTA  MODLITWA

 

Panie,

Uczyń z nas instrument twego pokoju.               

 

Tam, gdzie jest nienawiść, niech zaniesiemy miłość.

Tam, gdzie jest niezgoda, niech zaniesiemy jedność.

Tam, gdzie jest potępianie, niech zaniesiemy przebaczanie.

Tam, gdzie jest rozpacz, niech zaniesiemy nadzieję.

Tam, gdzie jest zwątpienie, niech zaniesiemy wiarę.

Tam, gdzie jest ciemność, niech zaniesiemy światło.

Tam, gdzie jest smutek, niech zaniesiemy radość.

 

Spraw, Panie, abyśmy pragnęli

Raczej napełniać, aniżeli być napełnianym,

Raczej rozumieć, aniżeli być rozumianym,

Raczej kochać, aniżeli być kochanym.

 

Ponieważ dając otrzymujemy,

Przebaczając uzyskujemy przebaczenie,

Umierając rodzimy się dla życia wiecznego.

 

Daj nam, Panie, Pokój, Siłę i Radość,

I naucz nas te dary przekazywać innym.

                                                                          AMEN

 

 

BŁOGOSŁAWIEŃSTWA

Błogosławieni ubodzy w duchu

Albowiem do nich należy królestwo niebieskie.

Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię.

Błogosławieni, którzy się smucą, albowiem oni będą pocieszeni.

Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem oni będą nasyceni.

Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią.

Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą.

Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój, albowiem oni będą nazwani synami Bożymi.

Błogosławieni, którzy cierpią prześladowania dla sprawiedliwości,

Albowiem do nich należy królestwo niebieskie.

AMEN.

 

CHRZEŚCIJAŃSKA  MODLITWA  ZA  GANDHIEGO

 

Dziękujemy Ci, Panie, że przez Gandhiego, naszego ojca, odnowiłeś naukę Kazania na Górze.

Błogosławieni ubodzy, lecz dlaczego? Dlatego, że nikt nie może zgromadzić bogactw bez odebrania ich bliźniemu, nie może ich powiększyć bez jego zniewolenia, nie może ich obronić bez jego pokonania; nie można być bogatym bez wspierania przemocy i nieszczęść świata, które spadają na wszystkich. Błogosławiony zatem ten, który z miłości staje się ubogim, gdyż on wspiera Królestwo Niebieskie i jego sprawiedliwość.

Błogosławieni cisi (nikt nim nie jest, jeżeli najpierw nie stał się ubogim), albowiem oni na własność posiądą ziemię, kiedy głośni, którzy ją zagarniają i niszczą, rozbiwszy się jedni o drugich, runą z wysokości ich babeli na ziemię i pod ziemię. Wtedy cisi podniosą głowę i odtworzą na ziemi ogród, z roślin, ze zwierząt, które przechowali i dziełem własnych rąk uszlachetnili.

Błogosławieni, którzy się smucą (ponieważ cisi powinni się smucić), lecz dlaczego?  Dlatego, że wraz z całym Stworzeniem znoszą bóle rodzenia i będą pocieszeni narodzeniem do życia wiecznego.

A jeśli się smucą, to z powodu głodu i pragnienia sprawiedliwości w świecie, w świecie, w którym wszyscy mają głód władzy i pragnienie krwi. Błogosławieni pośród pożądających przyjemności ci, którzy umieją  pościć, usychać w więzieniu, znosić razy. Dlaczego? Dlatego, że sprawiedliwość jest racją bytu i ci, którzy idą przeciw niej, połykają własne unicestwienie, podczas gdy ci, którzy spożywają chleb sprawiedliwości, żyć będą.

Lecz jeśli sprawiedliwość w nich mieszka, oni się pochylą nad najsłabszymi, jak Wszechmocny pochyla się nad nimi, gdyż taka jest sprawiedliwość łaski.

Błogosławieni miłosierni, ponieważ to poprzez miłosierdzie krew światła schodzi nas ożywiać. To dlatego ten, kto daje, otrzymuje (nawet jeśli o nic nie prosi), gdyż otwiera się, żeby dawać, i ten, kto traci swą duszę, odnajduje ją (nawet jeśli jej nie szuka), gdyż otwiera się na nieskończoność, i ten, kto umiera sobie samemu, budzi się i otwiera na życie wieczne.

Czyści ci, którzy są w ten sposób zanurzeni w żywej wodzie miłosierdzia, czyści od pożądań i czyści od strachu. Otóż, tak jak burza mąci oblicze wód, tak samo pożądanie i strach niszczą lustro serca.

Błogosławieni zatem czystego serca, ponieważ ich serce w pokoju ukazuje swoją głębię — duszę, i dusza w pokoju ukazuje swoją głębię —  Boga.

To dlatego, ci którzy wprowadzają  pokój, będą nazwani synami Boga. Oni noszą jego obraz, z Nim rozmawiają twarzą w twarz i wypełniają jego wolę. Szczęśliwi są dzisiaj, gdyż nowy mistrz uzbroił ich, żeby walczyli przeciw wojnie, żeby pokonywali niesprawiedliwość, nie czyniąc krzywdy nawet niesprawiedliwemu, żeby opierali się złu, nie uciekając przed cierpieniem, wiedzą bowiem, iż ofiara jest mocą, jest znakiem, który zwycięża, jak tego dowodzi Krzyż Syna Człowieczego.

Oto dlaczego prześladowani dla sprawiedliwości są szczęśliwi,  wszedłszy bowiem w mękę Syna, uczestniczą w dziele Ojca, a zatem i w chwale Ducha. I Królestwo Niebieskie do nich należy.  AMEN.

Wyznajemy przed Tobą, Panie, że to dzięki niemu te prawdy, niegdyś objawione przez twego Syna, lecz uśpione w sercach dzisiejszych ludzi, obudziły się w nas.

Prosimy Cię więc zaliczyć go w poczet twych sług, przyjąć go w szeregi twych proroków, ponieważ on otwiera i przygotowuje drogę dla Ciebie, jak Jan Chrzciciel, nasz patron.

Daj mu ochłodę i pokój, ponieważ on złożył nadzieję w Tobie, Boże Miłości i Prawdy, i świadczył aż do śmierci.

Obdarz nas łaską naśladowania go w życiu i śmierci, w prostej pracy i jasnej myśli, tak żebyśmy nigdy  nie zbłądzili, lecz zawsze słuchali cichego głosu.

                                                           AMEN.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

            MODLITWY ZA TYCH,        KTÓRZY  MODLĄ  SIĘ  INACZEJ

 

 

Poniedziałek

 

ZA  HINDUSÓW

 

W tym dniu spod Znaku Księżyca i poświęconym pokornej oraz  płodnej Kobiecości oraz wodzie, substancji życia i połyskującemu zwierciadłu nieba,

Prośmy za naszych braci Hindusów, którzy od tysiącleci trwają wiernie wpatrzeni w TO, które się kryje w sercu mniejsze aniżeli ziarnko prosa, większe aniżeli wszystkie światy — Ja-w-Sobie —, poszukiwacze pełni siebie w Bogu, czciciele Boga w głębi wszystkich istot żywych, a szczególnie w najbardziej niezwykłych i potwornych.

Uczyń nas, Panie, im podobnym w ich religijnym szacunku do najmniejszych twych stworzeń, w ich poznaniu wewnętrznym i ascetycznej postawie, w ich umysłowym skupieniu.

Wielbimy Cię, że wysłałeś nam przez nich Gandhiego i Vinobę, żeby przypomnieć naszemu zdeprawowanemu wiekowi non-violence i inne prawa Królestwa Niebieskiego.

Aum! Shanti, Shanti, Shanti! Aum!

 

 

 

Wtorek

 

ZA  MUZUŁMANÓW

 

W tym dniu rządzonym przez czerwoną gwiazdę i cnotę żelaza módlmy się za naszych braci muzułmanów, wojowników Boga, oddanych aż do krwi Jego Majestatowi, świadczących aż do śmierci, że nie ma innego boga poza Bogiem.

Panie, obdarz nas ich śmiałością w wyznawaniu własnej wiary wobec świata, nie zważającej na śmiech i szyderstwo.

Obdarz ich światłem, aby zrozumieli, że prawdziwą Świętą Wojną (tak jak im to powiedział ich Prorok u zmierzchu życia) jest ta, jaką się wypowiada samemu sobie we własnym wnętrzu, bez nienawiści do nikogo, bez rozlewu krwi.

Uwielbiony bądź za twe upojne wino, które pobudza do śpiewu tyle pięknych dusz.

Błogosławiony bądź za twoich Sufi, którzy uczestniczą w biesiadach nie dla rozkoszy biesiadnych, ale dla chwały Tego, którego głośno obwołują Panem, ale po cichu nazywają  Umiłowanym.

Uwielbiony bądź rano i wieczorem w wezwaniu minaretów.

Pochylamy się wraz z naszymi braćmi przed wolą Najwyższego i wraz z nimi mówimy:

Kładę mą ufność w Panu ludzi, Królu ludzi, Bogu ludzi,

Ażeby uwolnił mnie od podstępów Szatana

I żeby obronił mnie przed Demonami i Złymi.  AMEN.

 

 

 

Środa

 

ZA  GNOSTYKÓW

 

W tym dniu spod znaku rozdwojonej inteligencji, krętej, wężowatej, umykającej, falującej, przenikającej, zwodzącej, połyskującej i władczej,

Prośmy za tych, którzy się zwrócili ku tajemnej wiedzy,

I w inteligencji szukają wyjścia z mroków grzechu, z ograniczeń natury,

Gdyż rzeczywiście inteligencja została nam po to dana.

Ona ma służyć jako łącznik między Tobą, Stworzycielem, a nami, stworzeniami, ukształtowanymi na Twój obraz, żebyśmy mogli Cię odzwierciedlać, i na Twoje podobieństwo, żebyśmy mogli Cię rozumieć i wielbić.

Nie dopuść, aby oni brali własną inteligencję za Światło, własne idee za bogów.

Strzeż ich przed sidłami pychy, czarami magii, ustrzeż ich od grzechu przeciwko Duchowi.

Niech ich sekret będzie sekretem z głębi, nie oszukaństwem tego, który ukrywa fakt, że nie ma nic do ukrycia.

Wzbudź w nich pragnienie miłowania twej chwały w sekrecie, nie własnej poprzez posługiwanie się zagadkowym językiem czy wyniosłym milczeniem.

Niech dystans, którym się oddzielają od ludu, chroni ich rzeczywiście od nieczystości świata, nie pozwalając im jednak zapomnieć ludzkiego miłosierdzia i współczucia dla nieoświeconych; nie pozwalając im zapomnieć o ich własnej niewiedzy.

Niech samotne poszukiwania nie oddalą ich od Twojego Prawa objawionego wszystkim ludziom, ani od pobożności, ani od poświęcenia, ani od posłuszeństwa, którego wymaga Religia, lecz niech ich prowadzi do odkrywania ukrytego sensu Pism, symboli, mitów i obrzędów.

A nas, Panie, strzeż, przed znieważeniem jakiegokolwiek szczerego poszukiwacza prawdy, czy będzie to mag, czy jasnowidz, czy alchemik, czy astrolog, czy mistrz Kabały, Gnozy bądź Okultyzmu.

Strzeż nas przed prześladowaniem ich naszą podejrzliwością, dlatego tylko że tylu szarlatanów stroi się w ich szaty.

A jeśli tradycja przechowała do naszych czasów jakieś szczątki wiedzy dawnych mędrców i Objawienia Pierwotnego, uczyń nas godnymi mieć udział w tym dziedzictwie,

Abyśmy byli zdolni kontemplować twoje ślady odbite w rzeczach:

Cyfry, Proporcje, harmonie,

Związki między Elementami,

Między przepaściami z góry i tymi z dołu,

Właściwości roślin, przepowiednie w gwiazdach i snach,

Pismo dłoni i twarzy,

Znaki Twej świętej woli ukazywane całkiem nisko uważnym oczom,

Szyfr i znaczenie zwierząt, roślin, metali i kamieni oraz miejsce każdego bytu na drabinie Bytu.

Niech twój święty Duch nas prowadzi do głębokiego zrozumienia wszystkiego, co poznajemy.

Spraw, aby nadszedł dzień, kiedy prawda, tak dla nas jak i dla nich, przestanie być zagadką i grą zwierciadła,

Lecz niech ją poznamy, jak sami jesteśmy przez Ciebie znani.

Twarzą w twarz w Twej radości, w Twojej chwale i w Twojej miłości.

Twarzą w twarz, twarzą w twarz w Twojej radości, w Twojej chwale i w Twojej miłości.  AMEN.

 

 

 

 

Czwartek

 

ZA  BUDDYSTÓW

 

O, bez granic, bez kształtu, bez imienia,

Który jesteś inny, aniżeli wszystko co jest,

Który nie jesteś to, który nie jesteś tamto,

Który nie jesteś nicością, który nie jesteś —

Ty, który mówisz nie wszystkiemu, co mówi ja,

Który jesteś zaprzeczeniem pragnienia bycia,

Który jesteś poza bólem, pożądaniem i strachem,

Niewiedzą, przywiązaniem i zmartwieniem,

Słusznością i niesłusznością, omylnością i nieomylnością,

Mój Boże, przed którym bardziej przystoi milczeć aniżeli mówić                Mój Boże —

Bądź uwielbiony za ten lotos narodzony w pierwotnych wodach mądrości,

Gautama Buddę Sidharta, który się nazwał Ten-który-doszedł.

I podczas gdy każdy kwiat więdnie

I ani róża, ani jaśmin nie tchnie swym zapachem przeciwko wiatrowi,

Ten-który-doszedł, Błogosławiony tchnie swym zapachem przeciw wiatrowi wieków aż do nas,

Gdyż to, co przeszło od Ciebie w niego, nie może przeminąć.

Rozpala tych, którzy Cię wielbią tak jak on przez własne wymazywanie się, którzy zatracają się w twojej nicości, żeby tam odnaleźć Pełnię, Pokój, Życzliwość, Litość do najmniejszych stworzeń, Wyzwolenie.

Złącz w twoim jasnym świetle tych, którzy noszą czerwoną czy żółtą suknię pod słońcem Wschodu i czczą jego imię oraz nas, którzy nosimy na ramionach inne habity i w ustach inne imię,

O Ty, dla którego nic nie jest ani Ja,  ani Inny

O, bez granic, bez kształtu, bez imienia,

O, Aum.

 

 

 

Piątek

 

ZA  KOŚCIOŁY  ROZDZIELONE

 

W tym dniu przeznaczonym dla nas na pokutę oraz rozważanie Śmierci i Krzyża prośmy, moi bracia, za rozdarte Chrześcijaństwo, które ponownie krzyżuje Chrystusa.

Wyrwijmy z nas pyszne przesądy, które nas dzielą i rozszarpują Jego święte ciało,

Urazy, które otwierają Jego rany i je rozjątrzają,

Nasze doktrynalne dysputy, które Go koronują kolcami, przytrzymują na gwoździach i dławią Mu oddech,

Nasze roszczenia o pierwszeństwo czy o niezależność, które przebijają Mu serce, wykrwawiają Go aż do wody.

Czy to dlatego, że czcimy jednego Pana, musimy się nienawidzieć między sobą?

Czy to dlatego, żeby dowieść naszej miłości do Tego, który powiedział: ŤPo tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli będziecie się wzajemnie miłowaliť?

Odrzućmy nasze nienawiści, zanim przystąpimy do składania ofiary.

Niech głębie i bogactwa Kościoła Wschodu, siła i wielkość Kościoła Rzymskiego, szczerość i świeżość Kościołów reformowanych i natchnionych samotników stworzą wspólną ofiarę i  nowy kantyk.

Niech owce z tej owczarni i tamte z innych będą jednym stadem Dobrego Pasterza.

AMEN.

 

 

 

Sobota

 

ZA  IZRAEL

 

W tym dniu świętym dla Hebrajczyków i ich ojców od początku świata,

Prośmy, aby Pan wspomniał na Obietnicę daną Abrahamowi i jego potomstwu.

Prośmy za Synów Izraela, żeby pamiętali o Wiekuistym, ich Bogu, o Słowie Boga, o Prawie Boga, o słusznych i straszliwych wymaganiach Boga Zazdrosnego wobec Ludu Wybranego.

Prośmy, żeby pozostali ludem wyodrębnionym, żeby się nie wymieszali ze światem,

Żeby się nie zaniżyli, stając się narodem jak każdy inny,

Żeby się nie prostytuowali z Baalami, z narodami ani z Molochami mas,

Lecz niech niosą swe szczególne przeznaczenie i niech żyją.

Ponieważ oni są niezbędnym w świecie fermentem, dopóki przyjście Mesjasza nie otworzyło wszystkim oczu przez Odkupienie każdego Człowieka i Odnowienie wszystkich rzeczy,

Dopóki poznanie Wiekuistego nie wypełnia całej ziemi, tak jak wody dno morza.

A my, moi bracia, prośmy, prośmy, żebyśmy byli zdolni naprawić naszą niesprawiedliwość, oczyścić się z naszej niewdzięczności wobec Żydów,

Ponieważ im zawdzięczamy to, co mamy najcenniejszego: samego Boga, Boga prawdziwego, Jedynego Jednego, Żyjącego, tego, którego imię jest Jestem-który-jestem.

Czyż oni umarli, żebyśmy rościli sobie prawo do dziedzictwa? A jeżeli są martwi, dlaczego nie traktujemy ich resztek z należną czcią?

Lecz, jeśli oni żyją, to są naszymi dobroczyńcami, gdyż od nich otrzymaliśmy Biblię i nasz Zbawiciel był jednym z nich. Czym im się odwdzięczyliśmy za te dary? Pogardą, prześladowaniami, szyderstwem.

Przebacz nam, Boże. Módlmy się za nich i za nas samych.

Spraw Wszechmocny, abyśmy wszyscy odnaleźli się na świętej górze Syjon i w Wiekuistym Tabernakulum.

Amen. Amen. Alleluiach!

 

 

Niedziela

 

ZA  KOŚCIÓŁ  KATOLICKI

 

Światło Słońca, światło Chrystusa Zmartwychwstałego uczyńcie z tego dnia, który jest waszym, wspaniałe święto.

Módlmy się za naszą Świętą Matkę, rzymskokatolicki Kościół apostolski.

Za naszego papieża

Za naszego biskupa

Za naszych kapłanów i za wszystkie Zakony

Za wiernych z czterech stron świata, którzy idą pod znakiem krzyża, za żywych i za zmarłych.

Prośmy Boga, żeby bronił Kościół przed jego nieprzyjaciółmi — z których najgorszym jest nasza letniość — żeby go wzmacniał, oczyszczał, ożywiał i kierował nim na całej ziemi.

Lecz najpierw dziękujmy Bogu, że nam go dał, gdyż samo jego istnienie jest łaską i cudem.

Łaską i cudem Kościoła jest to, że przez nieustanny łańcuch nakładanych rąk dochodzimy do dłoni Chrystusa,

Że żywi i umarli, święci i grzesznicy trzymają się za ręce,

Że dłoń Boga poprzez tyle wieków dosięga nas tu i teraz.

I spójrz, Piotrze! Piotrze! chodzisz po falach, dopóki kochasz i wierzysz, lecz kiedy zląkłeś się i tonąłeś, ręka Zbawcy mocno cię przytrzymała.

Pamiętajmy o obietnicy, że bramy piekielne nigdy nie zwyciężą Kościoła.

Pamiętajmy o darze: dwa klucze, żeby otworzyć Niebo i żeby otworzyć Ziemię : żeby otworzyć serce i żeby odkryć duszę.

Pamiętajmy o moście : siedem filarów sakramentalnego mostu.

Pamiętajmy o rękojmi : chlebie i winie dla ciała i ducha.

Pamiętajmy o świadectwie : danym przez świętych, którzy je ożywiają w każdej epoce i w naszej.

Pamiętajmy o objawieniu : wiedzy, obcej całej nauce, tyczącej Początku, Końcu, Głębi, Sensu każdej rzeczy.

Pragnę, Panie, piękna Twojego Domu,  miejsca przebywania Twojej Chwały!

Niech jego mury będą z kryształu, topa